Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Sunday, February 19, 2017

Wiosna panie sierzancie!!

Na wypadek gdyby polska telewizornia zapomniala zeznac to ja zeznaje, ze od wczoraj mamy wiosne.
Wczoraj bylo 16C a dzis doszlo do 20C w czwartek ma byc 22C oczywiscie to temperatury srednie, bo w sloncu to jestem przekonana, ze dzis bylo 25C.
Jestem uchodzona po pachy, spocona bo niestety garderoba na takie temperatury jeszcze nie jest gotowa.
Ale serio, gdyby nie fakt, ze mi pan doktor nozke uszkodzil laserem to dzis wyciagnalabym krotkie spodnie, albo chociaz takie ledwie za kolano.
A tak musialam sie pocic w co prawda cienkich legginsach, ale jak czlowiek chodzi zwlaszcza w sloncu to czulam jak mi pot splywa po tej czesci gdzie plecy koncza swoja szlachetna nazwe.
Caly ten tydzien ma byc taki cieply, w przyszlym tygodniu temperatura spadnie do 10C i ewentulanie ciut wiecej. Jest pieknie, slonecznie i po tym zasypaniu co to tak nim straszyli nie ma sladu.
Jak tak dalej pojdzie to za dwa tygodnie bedzie juz warto wybrac sie do Central Parku w poszukiwaniu prawdziwej wiosny.
A teraz ide zalegac, bom umeczona tym goracem.
Organizm nie jest przygotowany na taki skok termiczny.
Ale nie narzekam, wole to niz zimno i deszcz.



Friday, February 17, 2017

Ostatnie dni zycia pewnego koguta

Klarka popelnila taki post.
Wszyscy znaja i czytaja Klarke, polecac nie trzeba, ale skoro moja notka jest inspirowana przez Klarke, to bardzo prosze, kto jeszcze nie czytal, niech tam szybko pobiegnie.

Bylo to lekko ponad 40 lat temu, w czasie glebokiego PRL-u i w czasie mojego pierwszego, w przeciwienstwie do glebi PRL-u plytkiego malzenstwa.
Na poczatku lata wybralismy sie z Menzowatym odwiedzic jego ciotke zamieszkala na wsi, gdzies w okolicach Jedrzejowa. Spedzilismy z ciotka (swieza wdowa) caly tydzien glownie pomagajac jej w zalatwianiu spraw urzedowych po smierci meza.
W poniedzialek skoro swit mielismy wracac do domu. Tak nam sie szczesliwie trafilo, ze do naszych rodzinnych Kielc (tak wiem, tam pizdzi, zawsze pizdzilo i dzis pewnie tez pizdzi) jechal ktos z mieszkancow wioski i wyrazil chec porzucenia nas do domu. Ucieszylismy sie jak nie wiem co, bo taka przyjemnosc nie trafiala sie w tamtych czasach czesto, a wracanie autobusem, czy tez pociagiem jest o wiele mniej przyjemne.
I tak pobudka odbyla sie skoro switanie, bo umowiony Laskawca mial sie stawic pod domem ciotki o godzinie cos ok. 5tej tak mi sie przynajmniej teraz wydaje, bo nie powiem, ze pamietam na 100%.

Tak czy inaczej w pospiechu pakowania ostatnich rzeczy, jedzenia czegos na szybko, bo ja akurat bylam swiezo zaciazona i bez wrzucenia czegos na pusty zoladek meczyly mnie okrutnie odruchy wymiotne.
W ostatniej chwili jak juz siedzielismy w samochodzie to ciotka wreczyla Menzowatemu cos Pierzastego. Pierzaste bylo nieznanej nam blizej plci, ale za to zywe.
-- Kryste, ale po co nam to?!! - zawolalam z przerazeniem.
-- Na rosol - odpowiedziala szybko ciotka i zatrzasnela nam drzwi samochodu przed szeroko otwartymi ze zdziwienia koparami.
Kierowca docisnal na gaz i pojechalismy.
Pierzaste siedzialo, a w zasadzie to bylo sila trzymane pod pacha Menzowatego, ktory mial za zadanie Pierzaste trzymac jak najmocniej aby nie zaczelo fruwac w samochodzie co mogloby sie zakonczyc wypadkiem drogowym, ale nie na tyle mocno zeby zostalo uduszone. Pierzaste mialo dojechac do samych Kielc zywe, przeciez nikt nie je rosolu z padliny.
I dojechalo, jak najbardziej zywe, jeno ciezko wystraszone co sie ujawnilo zafajtanymi spodniami Menzowatego.

Mieszkalismy na najwyzszym, 10tym pietrze, mieszkanie dwupokojowe jak to sie dawniej mowilo, oczywiscie z lazienka i nawet balkonem. Jeszcze w drodze ustalilismy, ze najbezpieczniejszym miejscem do przechowania Pierzastego  bedzie lazienka, balkon odpadl, bo zadne z nas nie wiedzialo czy Pierzaste nie cierpi aby na lek przestrzeni, co mogloby spowodowac dodatkowe tortury.
Wystarczy, ze Pierzaste bylo z gory skazane na smierc, a wiec ostatnie dni zycia w/g wtedy jeszcze nie bardzo znanej i nie rozpowszechnionej ekologii powinno Pierzaste spedzic w spokoju a nawet szczesciu.
Nie znam sie, ale wychodzi na to, ze szczesliwi latwiej umieraja.

Wsadzilismy wiec Pierzaste do lazienki zostawiajac zapalone swiatlo, zeby Pierzaste moglo oswoic sie z nowym otoczeniem. Oczywiscie sprawdzilam, zeby klapa sraczyka byla zamknieta bo pamietalam jak mojej kuzynce lata wczesniej utopil sie krolik w sraczu. A biedny krolik mial byc domowa maskotka i tak mu sie marnie zeszlo z tego padola.
Pierzaste na poczatek siedzialo cicho i nie rozrabialo.
A my zaczelismy rozmawiac na temat wykonania wyroku.
Menzowaty stwierdzil, ze jest gotowy zabic Pierzaste pod warunkiem, ze ja zrobie cala reszte a wiec skubanie z pierza, patrosznie i te inne wielce nieprzyjemne obrzadki.
Widzialam wielokrotnie jak robily to Babcia i Mama wiec przystalam na taki uklad co przypieczetowalam oswiadczeniem:
-- Jak Ty zabijesz, to ja oczywiscie zrobie reszte. 
Bogowie tylko wiedza jak bardzo sie balam tych slow, ale tez po cichu liczylam, ze Menzowaty nie bedzie w stanie zabic Pierzastego.
Okolo poludnia doszlismy do wniosku, ze trzeba Pierzaste nakarmic, bo nie przystoi zeby Pierzaste umarlo z glodu, w koncu to tez bylaby zdechlizna, a zdechle podobnie jak uduszone czy tez utopione nie nadawa sie na rosol. Pierwszy miejski posilek w postaci pokruszonego chleba dostalo Pierzaste w jakiejs misce.

Wszystko niby bylo bez zmian, tylko korzystnie z lazienki troche dziwne. No bo nagle sa oczy, ktore na czlowieka patrza jak sie rozbiera. A juz nie daj buk jak czlowiek siada na tronie w wiadomym celu, a tu stoi takie Pierzaste i patrzy, lebek przechyla i sie przyglada z taka wnikliwoscia jak by sie samo chcialo nauczyc.
W sumie szkoda, ze sie nie nauczylo tylko sralo gdzie popadnie, na roznych wysokosciach.
Juz tego pierwszego dnia ewakuowalam wszystkie moje kosmetyki z lazienki do sypialni, przy czym oznajmilam Menzowatemu, ze to on jest odpowiedzialny za sprzatanie odchodow Pierzastego, bo to on zgodzil sie wykonac wyrok smierci.
Przeciez ja nie moge oskubac i wypatroszyc ciagle zywego Pierzastego.
Logika zwyciezyla i do walki z kupami zostal oddelegowany Mezowaty.
Dwa dni pozniej okazalo to sluszna decyzja, bo podejrzalam, ze Mezowaty wracajac z pracy przynosi Pierzastemu garstke trawy z okolicznego trawnika. Oczywiscie miseczka z woda juz zostala ustawiona miedzy sraczykiem a wanna.
Nie powiem symbioza miedzy nami a Pierzastym kwitla, Pierzaste tylko od czasu do czasu wydawalo jakies dziwne odglosy, ale nie budzilo nas glosnym pianiem, bo profilaktycznie na noc gasilismy swiatlo.
Owszem istnialo zagrozenie, ze po ciemku Pierzaste nie wyrobi i pierdolnie gdzies lbem skutkiem czego moze zginac smiercia samobojcza a to tez nalezy do kategorii "zdechlak nie nadajacy sie na rosol".
Niestety tego ryzyka nie moglismy w zaden sposob wyeliminowac.
Po dwoch dniach stwierdzilismy, ze skoro Pierzaste mimo karmienia nie znioslo jeszcze zadnego jajka to znaczy, ze Pierzaste jest kogutem, co akurat nic juz nie zmienilo, bo ksywka "pierzaste" przylgnela jak rekawiczka do dloni.
Przyznam, ze nawet siedzac na tronie glaskalam Pierzaste, w zamian za to Pierzaste nie wskakiwalo mi na leb w przekonaniu, ze wlasnie znalazlo gniazdo. A moze koguty nie potrzebuja gniazda?
Nie wiem, ciagle sie na tym nie znam.
Zazylosc miedzy Pierzastym a Menzowatym byla jeszcze glebsza, bo Menzowaty przyznal sie, ze w czasie posiedzen na tronie Pierzaste spoczywa na jego kolanach.

Tak minal tydzien i wiadomo bylo, ze jak Pierzaste przezyje weekend to automatycznie przedluzamy mu zycie na nastepny tydzien, bo cala akcja pozbawiania zycia, skubania, patroszenia i gotowania rosolu to operacja na dwa dni.
W sobote wstalam wiec w bojowym nastroju i tuz po sniadaniu przypomnialam Mezowatemu, ze to on ma wykonac pierwszy etap spisku na zycie Pierzastego.
--... albo dzis albo nigdy!! - zakonczylam mocnym wydawalo mi sie akcentem.
Mezowaty zamarl, po chwili wstal, bez slowa poszedl do kuchni, naostrzyl i tak juz ostry ale za to najwiekszy noz i tylko zerkajac w moja strone udal sie bez slowa do lazienki.
Ratujcie mnie wszyscy swieci!!!!!!!!!!!!!!
Nogi odmowily mi posluszenstwa, nie moglam wstac, wiec siedzialam przy tym po-sniadaniowym stole ocierajac pot z czola. Serce o malo nie wyskoczylo mi z piersi.
A w glowie klebilo sie "teraz juz nie ma odwolania..... jak ja to Pierzaste bede skubac z pierza... oj trzeba zagotowac gar wody... a potem te wszystkie flakiiii...."
W tym momencie nie wytrzymalam i z braku dostepu do lazienki polecialam do kuchennego zlewu rzygac.
Po czym osiadlam a raczej klapnelam resztkami sil na kanapie i czekalam....
Czekanie jest najgorsze........ ale to wszyscy wiemy.
Minelo pierwsze 5 potem nastepne 5 minut a Mezowaty ciagle w lazience i cisza....
Cisza.... jak makiem zasial........
Podeszlam po cichutku, przystawialm ucho do drzwi lazienki... nic szczegolnego nie slysze ot jakby jakies szepty a raczej szum glosu...

Powoli zaczelam otwierac drzwi zerkajac przez powiekszajaca sie szpare....
Az moim oczom ukazal sie taki widok.
Oto Menzowaty siedzial na wierzchu zamknietego sracza, Pierzaste na kolanach, noz na podlodze obok i Menzowaty gaworzacy cos do Pierzastego...
-- Rozumiem - podsumowalam zanim zaczal wyjasniac.
-- Tylko co teraz? Przeciez nie bedziemy mieszkac z Pierzastym przez reszte zycia. 
-- Zawieziemy Pierzaste do Twojej mamy i niech oni sobie z tym radza, a my tylko przyjedziemy jutro na obiad - wpadl na genialny pomysl Menzowaty.
-- Ooo NIE!!! - zawolalam jak tylko szybko i glosno moglam.
Juz widzialam oczami wyobrazni "szczescie"  malujace sie na twarzy mojej mamy a zaraz potem jej slowa "to wiesz coruniu ja ci pomoge, ale tak naprawde to ty musisz sie nauczyc jak to robic".
Nie, nie, nie!!! Wszystko tylko nie to!!!
Raczej bylam gotowa zostac wegetarianka niz uczyc sie jak to robic.
-- O nie moj drogi, Pierzaste pochodzi z Twojej rodziny i tam go zawieziemy!!! - podsumowalam dla pewnosci tonem nie znoszacym sprzeciwu.
I tak tez zrobilismy.
Tesciowie mieszkali (a nawet ponoc byli wspolwascicielami) starej kamienicy. Ich "rezydencja" byla na najwyzszym drugim pietrze a w podworku mieli tez jakas gospodarska drewutnie, gdzie dziadek tworzyl czasem rozne meble. Mieszkala z nimi siostra tesciowej, ktora nigdy nie wyszla za maz i tak na zdrowy rozsadek to zawsze uwazalam, ze oboje wykorzystuja biedna ciotke Wande do wszelkich prac. Poczawszy lata wczesniej od zajmowania sie trojka synow, po gotowanie, zakupy i wszelakie prace domowe.
Ale tak sobie biedna Wanda pozwolila i tak na niej jezdzili.
Poszlismy z Pierzastym na gore i prosto do kuchni, gdzie siedzialy tesciowa i ciotka Wanda.
Menzowaty zdal relacje z pochodzenia Pierzastego i wyluszczyl cel naszej wizyty.
-- Co z Ciebie za chlop jak koguta zabic nie potrafisz??!!! - zawolala ciotka Wanda lapiac zgrabnie Pierzaste za obie nogi.
W tym momencie mialam wrazenie, ze Pierzaste wie co go czeka, bo nagle z potulnego stworzenia jakie zylo z nami pod jednym dachem przez cale 5 dni przerodzil sie w demona walki trzepoczac skrzydlami i rzucajac sie na wszystkie strony.
Tyle zapamietalam i zanim przerobilam te scene w mojej swiadomosci to juz ukazala mi sie nowa....
Do kuchni weszla ciotka Wanda trzymajac tym razem spokojne juz Pierzaste jak poprzednio za dwie nogi, ale z wiszacym do dolu lbem ociekajacym krwia.

Ledwie wyrobilam zakret to lazienki zeby nie zarzygac calej kuchni i oczywiscie....
Nigdy nie przyjechalismy na tamten obiad....



Monday, February 13, 2017

Duje jak za cara

Nie bylo zimy, nie bylo az sie wreszcie zdecydowala:)
W czwartek caly dzien w sumie padal snieg, napadalo go az ok. 8 cm, z czego juz w piatek i sobote polowa stopniala. To co nie stopnialo to pagorki na brzegach chodnikow, bo jak ludzie odsniezaja to odrzucaja wlasnie na brzeg chodnika.
Wczoraj obchodzilismy dzisiejsze urodziny Wspanialego.
Tak dawno juz nie pieklam zadnego tortu, ale sie zmobilizowalam i upieklam z przepisu na stronie Moje Wypieki tort z maslem orzechowym i bananami.
Dziecka mlaskaly z zachwytu i stwierdzily, ze to najlepszy tort jaki do tej pory popelnilam. Wnuki poniewaz w kwestii babcinych poczynan cukrowniczych maja zdecydowanie mniej doswiadczen tylko mlaskaly i chcialy ambitnie nawtykac Dziadkowi cala paczke swieczek, ale ich przystopowalam w odpowiednim momencie, bo sie balam, ze Dziadek rozedmy pluc sie nabawi.
Skonczylo sie krakowskim targiem na 10 swieczkach.
Ja chcialam siedem, bo dziadkowi tylko rok do 70tki brakuje, ale siedem w zaden sposob nie dalo sie podzielic przez dwa, a wnuczkow dwoje i musi byc po rowno.
Nie ma tak, ze jedno dostanie cztery swieczki do wtykania, a drugie tylko trzy.
Nie pytajcie jakim cudem z siedmiu zrobilo sie dziesiec, bo mnie po prostu wykolegowali, a przeciez nie bede sie ze smarkateria targowac o dwie czy jedna swieczke.
Tym bardziej, ze oboje grzecznie zjedli obiad, bo "bez obiadu nie ma tortu" takie sa u babci przepisy:)
Dzieci sa na etapie grania w karty, pamietam jak ja bylam w tym wieku i gralismy w Piotrusia.
Josh zupelnie nie ma cierpliwosci do konkretnej gry, wiec Aviva grala z mama i wujkiem Juniorem, a Josh zostal oddelegowany do roli konsultanta.
Rola konsultanta miala polegac na pomaganiu graczom, ktorzy o to prosza, w podjeciu decyzji jaka karte uzyc w danym momencie, niestety konczylo sie na tym, ze konsultant podgladal karty jednych graczy i szeptal na ucho przeciwnikom co kto ma w rece.
Widocznie mu malo placili wiec sie zemscil.
W sumie mielismy bardzo udane popoludnie i wczesny wieczor, bo wiadomo najpozniej o 18:30 towarzystwo zbiera sie do domu, bo  dzieci musza isc spac. Nie bardzo im sie chcialo, bo byly dosc rozbawione, ale tu sie nie dyskutuje, one dobrze wiedza, ze nie maja zadych szans wygrac wiec nawet nie probuja.
Dzis za to wiatr duje jak za cara Mikolaja, czyli ok. 65km/godz. a w porywach powyzej 80km/godz.
A ja musialam z rana do znachora, trudno pojechalam autobusem, chociaz wolalabym isc.
Niestety przy tym wietrze nie moglam nawet utrzymac sie na nogach.
Najgorzej bylo w drodze powrotnej, bo akurat jak wyszlam od znachora, zanim zdazylam przejsc na druga strone ulicy to odjechal mi autobus.
Musialam czekac 10 min na nastepny.
Mozecie sobie myslec co chcecie, nie jestem malutka kobiecinka, ale stalam i w porywach wiatru musialam sie trzymac okolicznego ogrodzenia, bo nie dalo sie ustac na nogach. Normalnie leb urywalo przy samej dupie. A przez to wydaje sie, ze jest duzo zimniej niz naprawde jest.
Co prawda dzis tylko 3C na plusie, ale odczuwalna jak -4C.
Na szczescie nigdzie nie musimy wychodzic, wiec mozna spokojnie przelezec w lozku przed telewizornia lub poczytac ksiazke.
Wspanialy twierdzi, ze wiosna juz za rogiem, bo ptaki buduja gniazda, ja sie tam nie znam, wiec tylko powtarzam co on bajdurzy:)))
W srode musze jechac do dermatologa, ale ma byc 8C ciepla wiec bedzie spoko. Patrzylam tez na prognoze na nastepne dwa tygodnie i wyglada, ze ten dzisiejszy dzien najzimniejszy a potem juz... zgodnie z przepowiednia Wspanialego :))



Thursday, February 9, 2017

Czy to jest milosc... czy to jest kochanie?

Zaraz po Nowym Roku mialam spotkanie na szczycie z moim onkologiem, tak dla omowienia wszystkich wynikow moich badan na okolicznosc skutkow po leczeniu, a leczenia jak wiemy mialam skolko ugodno albo i jeszcze wiecej. Przebadali mi wiec tez kazdy organ osobno i wszystkie na raz w poszukiwaniu czegos co wymaga dalszego leczenia lub chociaz wsparcia farmakologicznego.
Pojechalismy ze Wspanialym, bo wiadomo Wspanialy ciagle lubi uczestniczyc w tych wizytach, czasem udaje mi sie go namowic zeby zostal w domu, ale ta miala byc wielkopomna, wiec nie mialam szans.
Doktor popatrzyl na mnie, przysiadl sie do komputera i po chwili rzekl:
-- Jak na dwa lata po przeszczepie robisz doskonale postepy, wszystkie Twoje wyniki sa wrecz idealne, jakbys nigdy nie chorowala. 
-- Hmm.. doktorze, jak by to powiedziec? Ja nie jestem dwa lata po przeszczepie a tylko nie cale 14 miesiecy - wyprowadzilam go z bledu.
Zerknal szybko jeszcze raz na monitor komputera i powiedzial:
-- Masz racje, ale to tylko znaczy, ze jeszcze bardziej trudno uwierzyc, ze masz tak doskonale wyniki. Wszystko pracuje tak jak powinno a nawet lepiej. 
-- Wszystko? - zapytalam, bo wiem, ze faktycznie czuje sie fantastycznie, ale mimo to chcialam uslyszec.
-- Wszystko, serce, watroba, nerki... nawet pluca, ktore byly najbardziej obciazone i o ktore najbardziej sie martwilismy sa w bardzo dobrym stanie. 
To prawda, z plucami byly obawy, szczegolnie po radiacji, ale juz wiedzialam, ze jest dobrze, skoro pulmonolog powiedziala, ze juz nie musze korzystac z inhalera, z ktorego i tak korzystalam raz dziennie.
Najczestszym skutkiem ubocznym leczenia chemia i po przeszczepie jest neuropatia, no i oczywiscie chemia rujnuje uklad kostny, wiec jeszcze zapytalam dla pewnosci o wyniki badan na ewentualna oseoporoze, bo co do neuropatii to sama wiedzialam na 100% ze nigdy nie mialam zadnych nawet najmniejszych objawow.
-- A jak kosci doktorze? 
-- Kosci, jak u kobiety przed menopauza czyli w idealnym stanie. Skoro tak pytasz o wszystko to teraz ja zapytam, jak sie czujesz? 
-- Fantastycznie!! - odpowiedzialam i dodalam - Codziennie chodze na dlugie spacery takie min. 5 mil (to jest dokladnie 8km) codziennie zapitalam po schodach 10 pieter. Nie mam zadnych problemow z jedzeniem... no czuje sie doskonale... 
-- I wygladasz swietnie - przerwal mi z usmiechem - Serio to nie obraz sie, ale wygladasz lepiej niz przed choroba - dodal kladac mi dlon na ramieniu, chyba zebym sie naprawde nie obrazila.
-- Alez oczywiscie, ze wygladam lepiej, schudlam przeciez ok. 55 funtow (to jest prawie 25kg) wiec wiadomo, ze wygladam lepiej - potwierdzialam uradowana, bo nie ukrywam bardzo sie z tej utraty wagi ciesze. A jeszcze bardziej sie ciesze, ze jestem w stanie te wage utrzymywac.
Po tym zostalam jeszcze obsluchana na okolicznosc, obmacana co nieco, dostalam kolejna szczepionke i spotkamy sie w kwietniu, ale tydzien wczesniej bede miala CT scan zeby sprawdzic czy nic sie nie wykluwa. Pan doktor pozegnal mnie slowami:
-- Do zobaczenia wiosna i rob co robisz, bo Ty od poczatku mialas... - tu sie zatrzymal na chwile w poszukiwaniu odpowiednich slow - ... takie "zdrowe podejscie do choroby" - zakonczyl z usmiechem.

Lekow juz od roku nie biore zadnych oprocz jednej tabletki raz dziennie zapobiegajacej polpascowi, bo mialam to swinstwo. I niestety te jedna tabletke bede musiala brac az do jesieni kiedy to faktycznie minie dwa lata od przeszczepu i bede mogla przyjac szczepionke, ktorej nie moga mi dac wczesniej.
Trudno, jedna tabletke da sie przezyc, tym bardziej, ze jest to minimalna dawka i jakos nie mam zadnych niepozadanych reakcji. Oczywiscie biore codziennie garsc witamin i innych wspomagajacych organizm suplementow, ale to bralabym rowniez bez chorowania, ot tak profilaktycznie i wiekowo:)))

Prosto od doktora udalismy sie do restauracji na obiad, ktory stal sie okazja do rozmowy takiej "od serca".
-- Nie masz pojecia jak bardzo sie ciesze, ze wszystko jest w porzadku - powiedzial Wspanialy jeszcze zanim zdazylismy usiasc.
-- Alez oczywiscie, ze mam pojecie, przeciez w najwiekszym stopniu to Twoja zasluga. 
Spojrzal na mnie pytajacym wzrokiem...

I przypomnialam mu jak to od samego poczatku nikt inny tylko on dopingowal mnie do ruchu.
On doskonale wiedzial jakie sa skutki uboczne chemii, w koncu koktajl ktory mi serwowano jest produkowany przez firme, w ktorej on pracuje.
Pamietam jak sie probowalam buntowac, bo przeciez tak latwo jest chorowac, lezec i czekac az ktos poda, ktos zrobi, a jeszcze jak do tego przytuli i poglaszce po glowce to juz czlowiek sie topi jak sopel lodu w sloncu, a jak obieca, ze bedzie "trzymal kciuki" to juz w ogole jest pelnia blogiego szczescia:)))
Tak naprawde to jak to jest z tym trzymaniem kciukow?
Czasem mysle, ze gdyby ludzie naprawde "trzymali kciuki" to nikt by nic nie robil, bo wszyscy mieliby rece "pelne kciukow":))
Wiem, czepiam sie :)) Nikt tak naprawde tych kciukow nie trzyma, ale za to jak to ladnie brzmi.

Wspanialy gdyby trzymal kciuki to ja bym pewnie do dzis lezala w lozku i narzekala na moj biedny rakowy los.
Ale on nie, bra buk, zamiast glaskac po glowce i obslugiwac to siedzial obok tylko po to zeby mnie dreczyc. Jeszcze na dlugo przed przeszczepem, zaraz po kazdej chemii jak tylko wracalam do domu zabronil mi jesc w lozku, musialam isc do stolu w kuchni, bo stol w jadalni byl blizej, wiec zlosliwa malpa serwowala w kuchni.
-- Ale w szpitalu jeszcze wczoraj jadlam w lozku... - probowalam sie buntowac.
-- Tu jest dom, nie szpital. 
-- Ale to tak daleko (serio to jakies 35-40 krokow w jedna strone dla chorego to bardzo daleko).
-- Dam Ci laske. 
-- Z laska tez moge upasc jak mi sie zrobi slabo... - nie dawalam za wygrana.
-- Bede szedl razem z Toba i nie pozwole Ci upasc, w polowie drogi jest kanapa, jak nie dasz rady to mozesz usiasc i odpoczac. 
I tak mial zawsze argument na moj kazdy powod zeby sie nie ruszyc, wiec sie poddawalam. Nie korzystalam z tego siadania na kanapie w polowie drogi, bo wstawanie z kanapy to juz byla osobna katorga. Wolalam sie zebrac w sobie i pokonac te 40 krokow, bez odpoczynku, tylko z ewentualnymi przystankami.
Nie mialam pojecia po co on to wszystko robi, bo nawet mowienie sprawialo mi trudnosc.
Zreszta ja z natury jestem jakos malo dociekliwa:)
Raz tylko zapytalam po kiego licha doktory ciagle mnie pytaja czy mam jakies mrowienie w palcach dloni i stopach, nigdy nic takiego nie mialam, ale oni ciagle o to pytali, wiec nareszcie bylam ciekawa.
-- Takie mrowienie to pierwsze objawy neuropatii, ktora jest bardzo czestym skutkiem ubocznym chemii zwlaszcza tego koktajlu, ktory Ty dostajesz. 
-- A ta neuropatia to co takiego? calkiem ladnie sie nazywa... 
-- Nazywa sie moze i ladnie, ale w bardziej zaawansowanym stadium jest bardzo bolesna. Chorzy na neuropatie wczesniej czy pozniej jesli sami nie zaczna chodzic i uzywac dloni to koncza w wozku inwalidzkim. Dlatego ja sie upieram, zebys chodzila. 
-- No dobra, zatrybilam, bede chodzic. 
I chodzilam, tyle ile sie dalo, ale chodzilam. Pamietacie jak napisalam bodajze w kwietniu, ze Junior wyprowadzil mnie na spacer i poszlam duzo dalej niz normalnie?
Ja pamietam, szczegolnie pamietam jak mnie niektorzy obsobaczyli w komentarzach, ze nie wolno przesadzac.
No to wiecej juz na ten temat nie pisalam, bo po co?
Jeszcze by ktos pomyslal, ze Wspanialy na zmiane z Juniorem sie nade mna znecaja fizycznie.
Faktycznie, troche sie znecali.
Na ten przyklad Wspanialy sie uparl, ze mam lepic z plasteliny... no jak dwuletnie dziecko.
Ale jak sie taki uprze to nie ma przepros, wiec lepilam.
Ta plastelina to dlatego, ze nie mialam sily sciskac gumowej pileczki do cwiczen, to wpadl na pomysl plasteliny. Wszystko, zeby tylko czlowiek nie mogl spokojnie i po bozemu chorowac.

Jak juz skonczylam chemie i zaczelam radiacje, byla pelnia lata, goraco jak w piekle, ja ciagle slaba ale wtedy akurat nie musialam byc w zadnej izolacji to jezdzilismy codziennie subwayem do szpitala.
Od subwaya mozna bylo dojsc 5 ulic i to dosc dlugich bo pomiedzy alejami to te odcinki sa dluzsze niz te pomiedzy ulicami. Mozna bylo tez wziac autobus.
Jakims cudem zawsze namowil mnie na spacer zamiast autobusu, wiec szlam, co prawda w polowie drogi mielismy stoliki i krzeselka pod parasolami wiec moglam odpoczac i z tych odpoczynkow korzystalam.
Pamietam jak sie ubieralam do wyjscia z domu zaraz po chemii.
Kurde siedzialam na brzegu lozka, owszem podal mi wszystkie szmaty, wiec chociaz tego nie musialam robic, po czym stal naprzeciwko w odleglosci "na wyciagniecie reki" i sie gapil. Tak jak by sie bylo na co gapic. A ja co wsadzilam jedna noge w gacie to juz musialam odpoczac. Nie raz myslalam "do kurwy nedzy dlaczego on mi nie pomoze?" ale nic nie mowilam, bo taka jestem, jak ktos sam nie oferuje pomocy to sie zawezme, zapre kopytami i chocbym miala umrzec tu natychmiast na miejscu to o pomoc nie poprosze.
Dopiero jak juz bylam w pelnym rysztunku co mi zajmowalo na poczatek prawie godzine to wtedy laskawie klekal i zakladal mi buty.
Wyprowadzal mnie na spacery codziennie, z wyjatkiem ulewnego deszczu musialam wyjsc i przejsc ile moglam. Czasem troche wiecej niz wczoraj, czasem troche mniej ale musialam to zrobic.
Pamietam jak ustawialam moj Fitbit na poczatek na 500 krokow dziennie, potem po kilku tygodniach podskoczylam na 700 krokow, pozniej 1000 i tak co jakis czas jak juz widzialam, ze przez dwa tygodnie z rzedu robie wiecej niz mialam zaplanowane to wtedy przestawialam.
Dzis mam ustawione na 10 000 krokow a przez ostatnie dwa tygodnie mam srednia w okolicach 13 000 do 14 000 ale jeszcze nic nie przestawiam.

Czy mnie sie naprawde chce tak chodzic?
Nie, oczywiscie, ze mi sie nie chce. W koncu nie pracuje, wiec na dobra sprawe nie musze wychodzic z domu, a to rozleniwia.
Ale codziennie niezmiennie slysze:
-- Czy idziesz dzis na spacer? 
-- Ideee, ideee ale jeszcze nie teraz. 
Za pol godziny znow slysze:
-- Mowilas, ze idziesz na spacer? 
-- No mowilam i owszem ide, ale dlaczego Ty mnie wyganiasz? 
-- Ja Cie nie wyganiam, jak nie chcesz to nie musisz... wiesz teraz to takie fajne wozki inwalidzkie robia ze nawet mozesz pod prysznic takim wjechac... - oczywiscie to ostatnie ze smiechem, ale ja wiem, ze to nie jest zart.
Co wiecej ja wiem, ze on ma swieta racje.
Moja wlasna Mama przestala chodzic w wieku bodajze 65 lat po operacji biodra bo bylo latwiej nie chodzic. Jak kupilam balkonik taki z siedzeniem, zeby mogla w kazdej chwili odpoczac jak idzie to sie prawie smiertelnie obrazila i dwa tygodnie pozniej juz sie pozbyla balkonika.
Obrazila sie bo ja "bylam wyrodna, wredna, bez serca i nie wierzylam, ze ja boli, ze ona nie moze itp." Wszyscy byli zli, a glownie lekarze, ktorzy udowadniali przeswietleniami, ze operacja byla udana i przestanie bolec jak zacznie chodzic. No jak mozna wymagac takiego poswiecenia od chorej kobiety!!!
Pamietalam o tym i bez wzgledu na to jak bardzo chcialo mi sie jojczyc i biadolic nad wlasnym losem to dawalam i ciagle daje sobie kopa. Wiem, ze jak juz wyjde z domu to pojde te 8km.
Najwazniejsze zeby wyjsc.
Zwiekszac juz nie bede, bo to niestety zajmuje duzo czasu, wiec zamiast poswiecac dodatkowy czas na dluzsze spacery wole do tych spacerow dodac cwiczenia na gore mojego czlowieka, bo to jest mi bardziej potrzebne. Narazie na chodzenie poswiecam dwie godziny czasem 15-20 minut wiecej, jak do tego dodam cwiczenia to sie z niczego zrobi juz 3 godziny, a przeciez w miedzy czasie trzeba tez zyc.
Wspanialy juz cichcem zanabyl odpowiedni sprzet do cwiczen;)))
Tylko czekac jak zacznie wydawac rozkazy.
Strasznie upierdliwy ten moj chlop!!!
Ale jestem mu tak bardzo wdzieczna za kazda chwile tej jego upierdliwosci, ze nie mam nawet cienia watpliwosci.
To nie jest zwykle kochanie...
To milosc i to taka z najwyzszej polki.

Jak siedzielismy przy obiedzie to mu o tym wszystkim powiedzialam i na koniec dodalam:
-- Ale jak nie mialam sily wstac z kibelka to mnie jednak podnosiles... 
-- Teraz moge Ci powiedziec prawde - zaczal sie smiac.
-- Zawsze sie balem, ze kiedys zauwazysz, ze ja Cie nie podnosze tylko pozwalam Ci sie samej podciagnac. Przypomnij sobie, ja Cie nigdy nie dotykalem w czasie tej operacji kibelek, ja sie pochylalem, czekalem az zapleciesz dlonie na mojej szyi i wtedy po odliczniu do trzech jak Ty sie zaczynalas podciagac, to ja tylko sie powoli prostowalem do pionu. Ty sama wstawalas, ja Cie tylko ochranialem i bylem gotowy zlapac gdybys jednak stracila sile... 
-- Ty!!! Ty!!! Ty.... oszuscie!!!! - zawolalam i sie rozplakalam ze wzruszenia.
No nie dokladnie sie rozplakalam, ale mokro mi sie zrobilo w oczach i jakos tak cieplo na sercu.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...