Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Wednesday, June 21, 2017

Rodzina

Wiele sie mowi na temat rodziny, a to ze jest najwieksza wartoscia, albo, ze rodziny sobie czlowiek nie wybiera, lub z rodzina najlepiej tylko na zdjeciu, ale tez, ze bez rodziny nie da sie zyc... mozna by tak wymieniac w nieskonczonosc.
A jak to jest naprawde?
Naprawde to raczej w kazdej rodzinie jest jakis trup w szafie. 
W mojej byla cala galeria trupow:))) 
Tylko oczywiscie nie wolno o tym mowic, bo "zly ten ptak co wlasne gniazdo kala" a wiec bez wzgledu na to ile krzywd, czy upokorzen ktos doznal od najblizszej rodziny to i tak ma "stulic dziob i siedziec cicho"  bo przeciez to najwyzsza wartosc czlowieka. 
Naprawde? Kochac matki i ojcow alkoholikow, bo splodzili i urodzili nie wazne, ze pewnie bez zadnej swiadomosci umyslu, a moze nawet niejeden ojciec zgwalcil matke, ale nalezy mu sie milosc i dobre slowo. 
No dobra, az takich drastycznych szkieletow to nawet w mojej rodzinnej szafie nie bylo, ale szczerze nie lubilam i nie lubie mojej rodziny. 
Dlaczego?
Bo moja rodzina jest jak osmiornica, oplata czlowieka ze wszech stron i zanim sie czlowiek obejrzy to juz nie ma czym oddychac.
Jak tylko daleko moge siegnac pamiecia bylam wiecznie pod pregierzem oczekiwan i to nie tylko rodzicow, z nimi akurat bylo w miare latwo. Ale od malego dziecka slyszalam "a co na to powie wujek?", bo brat matki byl jakas swieta osoba w tej idiotycznej rodzinie. A mnie akurat od zawsze zwisalo co powie wujek, bo wujka razem z jego opiniami mialam gleboko w odwloku. 
Nawet jak juz doroslam, wyszlam za maz, sama zostalam matka to ciagle uwazali, ze maja absolutne i niepodwazalne prawo krytykowac i wszedzie wtracic swoje "powinnas", na szczescie ja sobie z tego nic nie robilam, ale ile to nerwow kosztowalo to tylko ja wiem.
Oczywiscie wdzieczna jestem za pomoc, ktora otrzymalam po odejsciu od pierwszego meza, ale nie sadzilam, ze z okazji tejze pomocy rodzina bedzie pisac scenariusz na dalsze moje zycie po wsze czasy.
Emigracja do Ameryki byla najlepszym wydarzeniem w moim zyciu, bo nie dosc, ze ucieklam spod lupy to jeszcze dosc daleko i do tego zeby zapukac do moich drzwi potrzebna jest wiza. 
Jak slowo daje, jak kiedys jakis rzad amerykanski zniesie wizy dla Polakow to ja wypierdalam do Mongolii:)) 
Moja rodzina byla taka bardzo rodzinna w sensie, ze musieli mi zawsze naopowiadac roznych nowinek. 
Wsrod nowinek zawsze najwazniejsze bylo kto stracil prace, komu sie urodzilo kolejne dziecko a czyje idzie do komunii, bo oczywiscie zawsze laczylo sie to z oczekiwaniem zapomogi finansowej. 
Najlepsza byla kuzynka, ktora doslownie dwa miesiace po moim wyjezdzie z Polski napisala, ze wlasnie wychodzi za maz i czy moglabym wyslac jej suknie slubna. 
Pewnie... dlaczego nie? przeciez ja bylam w Ameryce, a im sie nalezy. 
Mistrzynia w bajdurzeniu opowiesci dziwnych tresci byla Mama, przy kazdej rozmowie telefonicznej bylo: 
-- Wiesz Tereska z siodmego pietra... 
-- Mamo, ale ja nie znam Tereski z siodmego pietra... - probowalam sie wyzwolic od nawalnicy nieszczesc jakie wlasnie przytrafily sie Teresce. 
-- Jak to NIE znasz???!!!!
-- Po prostu nie znam, w zyciu na oczy nie widzialam.... Jak dlugo Tereska mieszka na siodmym pietrze? 
-- No jak to? Dlugo mieszka.... bedzie juz ze 12 lat... 
-- Wlasnie a ja wyjechalam 19 lat temu, wiec nie znam! 
-- No dobrze, nie znasz to ja Ci o niej opowiem.... 
Teraz juz lecial regularny zyciorys Tereski, czasem zdarzaly sie drobne potkniecia typu: 
-- Jej rodzice mieszkaja gdzies na wsi pod Jedrzejowem.... oj... chyba mi sie pomylilo... chyba pod Starachowicami... 
-- Mamo nie wazne gdzie mieszkaja rodzice Tereski... - probowalam przekonac bo najbardziej sie balam, ze odlozy sluchawke na bok i poleci na to siodme pietro zapytac Tereske co bylo wielce prawdopodobne. 
Nie bylo czasu na opowiadanie co sie dzieje w moim zyciu, bo przeciez "alez coreczko TY sobie zawsze poradzisz", nie bylo czasu nawet zapytac o wnuka, ktorego ponoc bardzo kochala, bo jeszcze byly opowiesci o pani Krawcowej, o sprzedawczyni z kiosku Ruchu, o tym kto umarl, kto sie urodzil w okolicy, gdzie mieszkalismy 40 lat temu czyli za czaswow mojego wczesnego dziecinstwa. 
To wszystko bylo wazniejsze ode mnie, od mojego zycia. 
A jak juz nawet udalo mi sie cos wtracic to nastepowala krytyka podparta gleboka dezaprobata, czyli czesto jekliwe: 
-- Yyyyyy.... 
Do tego wszystkiego wrecz karalne bylo nie wyslanie zyczen, czy tez nie wykonanie telefonu z okazji imienin, urodzin, czy tez jakichs swiat. Najgorzej mialam z Dniem Matki, ktory u nas jest ok. 2 tygodnie wczesniej i jak zapomnialam kupic kartke z tej okazji to juz po drugiej niedzieli maja nie mialam mozliwosci. 
Wreszcie sie zmadrzylam i zakupilam zapas kartek na te okazje, tak jednorazowo, zeby nie zabraklo.
Jak by ktos potrzebowal to ciagle mam kilka sztuk na stanie:)  
Przestepstem tez bylo wyslanie takiej samej kartki jak kilka lat wczesniej, a ja nie prowadze rejestru:) 
Nie chce sie tu wdawac w szczegoly, bo to bez sensu, ale relacje z moja rodzina byly zawsze uciazliwe, mowiac bardzo delikatnie.
Tak naprawde to nie wiem kto byl gorszy, Mama czy Brat, bo Mamie mozna bylo wiele wybaczyc chocby ze wzgledu na wiek, ale Brat jest ode mnie starszy tylko dwa lata a zachowuje sie jak by mial 120 lat.
Polecielismy do Polski ze Wspanialym, chcialam mu pokazac Polske, a wiec nie tylko Kielce. Jak tylko wspomnialam Bratu, ze jedziemy do Lodzi, Warszwy, Gdanska, Krakow, Torunia to natychmiast padlo pytanie:
-- Ale po co? 
Jak na takie pytanie odpowiedziec, nie wiem bo ja naprawde nie mam cierpliwosci do idiotycznych rozmow. Dal mi stary telefon komorkowy, podobno zebym mogla sie porozumiewac z ludzmi, do ktorych jechalam, z ktorymi bylam umowiona juz od miesiecy przed wyprawa do Polski.
Ladny gest, wykupilam tylko nowa karte i mialam mozliwosc kontaktu, bardzo mnie to ucieszylo. Tak od wieczora kiedy dostalam ten telefon az do nastepnego rana.
Rano wyjezdzalismy autobusem do Lodzi, Brat nas nawet dostarczyl na stacje autobusowa, pozegnalismy sie "do zobaczenia za 2 tygodnie" i myslalam, ze mam dwa tygodnie prawdziwych wakacji przed soba.
Ale... juz po godzinie jazdy autobusu zadzwonil telefon.
Kto?
Braciszek.
-- Gdzie jestes? 
-- W autobusie - odpowiedzialam zgodnie z prawda.
-- No tyle to wiem, ale gdzie? Jaka miejscowosc mineliscie? Do jakiej sie zblizacie? 
-- Nie wiem, nie interesuje mnie to, ja nie jestem kierowca tego autobusu, ja jestem pasazerem. 
Za nastepna godzine znow telefon, wiadomo Braciszek.
-- To jak Wam sie podoba? 
-- Kryste a co ma sie nam podobac? Droga widziana przez okno? 
Trzeci raz zadzwonil dokladnie w momencie kiedy wysiedlismy z autobusu juz w Lodzi i wlasnie kierowca wykiprowal nasze bagaze na sam srodek przejscia, tak ze tarasowalismy mozliwosc poruszania sie innych pasazerow.
-- Nie moge teraz rozmawiac - urwalam krotko.
Za piec minut nastepny telefon.
-- Nie mozesz rozmawiac to co sie stalo??? 
-- Nic sie nie stalo, do kurwy nedzy, przestan mnie meczyc - wylaczylam sie, bo wlasnie ladowalismy bagaze do samochodu mojego przyjciela.
I tak bylo przez caly dzien, w koncu sie wkurwilam i powiedzialam, zeby mi nie zawracal dupy, bo to sa moje wakacje. 
Dotarlo ale nie na dlugo, szybko sie przekonalam, ze ten telefon to wcale nie z troski o ulatwienie mi zycia, ale to jest smycz, za pomoca ktorej moj Braciszek bedzie mnie molestowal przez cale dwa tygodnie.
Skonczylo sie na tym, ze musialam go zdrowo opierdolic i przestac odbierac jego telefony, a przeciez moglo byc fajnie. 
Jaka jest rodzina Wspanialego? 
Bardzo nieinwazyjna, nie natarczywa, ot jak jest powod to potrafia sie skrzyknac, jak nie ma to potrafia milczec, po prostu wiedza, ze w razie potrzeby sa i moga na siebie liczyc. 
Jak przyjechala z wizyta moja Mama to byl "gosc na stanie" przez 6 miesiecy, trzeba bylo podawac, obslugiwac i dotrzymywac towarzystwa ach i malowac paznokcie codziennie, mimo, ze cale zycie ich nie malowala. 
-- Usiadz i porozmawiaj ze mna - domagala sie co w rzeczywistosci oznaczalo "usiadz i wysluchaj mojego narzekania", bo Mama jakos dziwnie nie miala nigdy nic pozytywnego do powiedzenia. 
Jak przyjezdza Tatek to wiemy, ze jest, kiedy jest o czym rozmawiac to rozmawiamy, jak nie ma o czym to kazdy zajmuje sie swoimi zainteresowaniami i nikt sie nie obraza, ze nie poswiecamy mu czasu. 
Sam sobie robi sniadanie, jak jest glodny to wie gdzie kuchnia i potrafi zadbac o swoje potrzeby. Tak naprawde to tylko obiady jemy razem. Tatek nie opowiada o ludziach, ktorych nie znamy, bo potrafi rozroznic fakt, ze to ludzie z jego otoczenia i nie interesuje nas co sie u nich dzieje. 
Wspanialy ma w Buffalo dwie kuzynki i kuzyna, jak jedziemy odwiedzic Tatka to sie czasem z nimi spotykamy, ale w wiekszosci przypadkow nie, bo nie mamy na to czasu. A jak mamy czas to wolimy jechac do znajomych do Toronto. Jakos nikt nie ma o to pretensji. 
Dlaczego nie lubie jezdzic do Polski? 
Bo kazda wizyta to skazanie na towarzystwo tylko rodziny. Jak nie daj buk powiem, ze gdzies chcialabym pojsc, pojechac cos zobaczyc to zawsze pada niesmiertelne: 
-- Ale po co? 
Owszem gdybym powiedziala, ze funduje wyjazd jemu i calej jego rodzinie lacznie z wnuczka to pewnie by nie mial nic przeciwko temu.
Niedlugo bedzie 9 lat jak bylismy w Polsce.
Czy jeszcze kiedys pojade?
Raczej nie, bo dla mnie to nie sa wakacje, to jest zeslanie na ciezkie tortury psychiczne. Po kazdych takich "wakacjach" mam wrazenie, ze tak naprawde to zupelnie niepotrzebnie tam pojechalam lepiej byloby gdybym wyslala im te pieniadze, ktore stracilam na podroz i zgrozo pokazywanie mezowi kraju. 
Ktos pomysli, ze sie czepiam? Niezupelnie, moje wizyty i tak zaczynaja sie od splacenia dlugow poszczegolnych czlonkow rodziny. 
Czy ja kiedys cos od nich dostalam? albo chociaz moj syn kiedy jeszcze byl dzieckiem. 
Nie, przeciez my bylismy w Ameryce po to zeby im pomagac. Ja wyemigrowalam po to zeby IM wszystkim "bylo lzej" w Polsce, syn mojego brata wyjechal do Anglii nascie lat temu, zeby "sobie tam ulozyc latwiejsze zycie". 
Czuje ktos te roznice? 
Taka wlasnie jest moja rodzina. La familia... jak mafia :) 
Rok temu pojechalam do Kalifornii na dwa tygodnie, ktore spedzilam z kuzynka Wspanialego. Tak naprawde to nie znalysmy sie prawie zupelnie, bo 3 lata wczesniej spedzilysmy troche czasu razem w gronie rodziny, zeby sie odnalezc na lotnisku wyslalam jej moje zdjecie zeby wiedziala jak jestem ubrana:) 
Spedzilysmy razem dwa tygodnie, przejechalysmy razem ponad 3 200 kilometrow i bylo fantastycznie. 
Owszem klocilysmy sie i sprzeczaly na rozne tematy, potem dochodzilysmy do wniosku, ze w sumie to albo jedna potrafi przekonac druga albo pomimo dyskusji kazda zostaje przy swoim, ale to byly rozmowy argumentami bez zadnych chorych emocji.
Judie w sposob idealny wyczuwala moje potrzeby odpoczynku, byla na to wrecz przygotowana majac swiadomosc, ze 9 miesiecy wczesniej przeszlam przeszczep szpiku kosci, wiec mialam prawo czuc sie zmeczona. Na tylnym siedzeniu zawsze byl kocyk i poduszka dla mnie:))
Ot tak w pelnej gotowosci, bo potrzeba to tak naprawde byla tylko raz kiedy wracalysmy z San Francisco do miasteczka, w ktorym ona mieszka i w drodze zastala nas noc.
Padlam tez w miejscowosci Cambria gdzie mialysmy i tak zatrzymac sie na noc. Padlam tuz po obiedzie na "drzemke" ale prosilam zeby mnie obudzila, bo chcialam koniecznie sfotografowac zachod slonca.
Tymczasem obudzilam sie na 15 minut przed momentem kiedy slonce zupelnie zniknelo na horyzoncie.
"Och czyzby Judie zapomniala mnie obudzic" pomyslalam wybiegajac z aparatem na plaze.
A tam siedziala Judie z moim drugim aparatem i robila dla mnie zdjecia...
-- Tak smacznie spalas... nie chcialam Cie budzic... Ty tak malo odpoczywasz w tej calej podrozy, ze sie martwie, czy sobie nie zaszkodzisz... 
Z radoscia i lzami w oczach rzucilam sie jej na szyje.
Nie jestem przygotowana do takiej troski, nigdy tego nie zaznalam od mojej rodziny. 
Przez dwa tygodnie naszej wyprawy zaden maz (ani moj ani jej) do nas nie wydzwanial tylko po to zeby sprawdzic co robimy i gdzie jestesmy. 
Mialysmy super wakacje. Wszystkie koszty calej wyprawy sprawiedliwie dzielilysmy na pol mimo, ze ja chcialam placic wiecej bo cala akcja byla moim pomyslem, ale Judie sie nie zgodzila, albo 50/50 albo nie ma wakacji tak postawila sprawe. 
Wpadlysmy do jej domu po 9ciu dniach tylko po to zeby Steve umyl samochod, bo juz niewiele bylo widac przez szyby a nam bylo szkoda czasu na myjnie:) 
Taka rodzina to mi sie podoba. Nikt nikogo nie wypytuje, dlaczego, po co i na co? Nikt nie oczekuje, ze pojde z nim po zakupy i oczywiscie zaplace nie tylko za ewentualne produkty spozywcze co mozna przetrawic ale jeszcze za buty "ktore sie akurat trafily okazyjnie"
Nikt nikomu nie zadaje pytan finansowych, nie mowi sie po prostu o pieniadzach, no chyba, ze ktos jest w potrzebie wtedy moze liczyc na pomoc rodziny ale tez bez zagrozenia, ze od tego momentu juz bedzie systematycznie rozliczany do konca zycia. 
Wiem co czesc z Was mysli:) Znow jestem ta wyrodna co sra we wlasne gniazdo bez wzgledu na to czy to gniazdo jest rodzina czy tez krajem urodzenia. 
Problem w tym moi kochani, ze ja juz od bardzo dawna nie mam zadnego gniazda i tak naprawde to mi zwisa zwiedlym kalafiorem czy tam natka pietruszki kto co o mnie mysli. 
Bo serio, to wszyscy moga mnie pocalowac tam gdzie plecy koncza swoja szlachetna nazwe. 
Nikt mi w zyciu nic nie dal, to co mam lub czego nie mam to zawdzieczam tylko sobie.
I niech tak zostanie.
Moim (nie)skromnym zdaniem wiezy krwi to stanowczo za malo, zeby tworzyc rodzine.
Rodzine tworza emocje miedzy ludzmi, takie jak milosc, szacunek i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Krew?
No coz, tu podobnie jak z miejscem urodzenia nie mamy na to wplywu.



Monday, June 19, 2017

Pracowicie jak mroweczki...

... organizujemy Tatkowe urodziny.
Tym razem nie jest to niespodzianka, bo raczej nie mozna ryzykowac w tym wieku, wystarczy, ze 10 lat temu o malo nie zemdlal z wrazenia jak wszedl na sale. Jednak w wieku 90 lat to mogloby byc troche niebezpieczne.
Caly weekend spedzilismy na telefonie w poszukiwaniu adresow mailowych zeby wyslac oficjalne zaproszenia.
Wyglada na to, ze bedzie ok. 70 osob lacznie z dziecmi, a dzieci to przeciez tez czlowieki, wiec musze przygotowac taka ilosc malych prezentow na pamiatke uroczystosci.
Nie bedzie to nic wielkiego, ot kazdy uczestnik imprezy dostanie czekoladki-caluski w ozdobnych tiulowych pakiecikach. Kazdy taki calusek bedzie mial specjalna naklejke okolicznosciowa, cos w stylu "90 lat".
Trzeba bedzie dla najmlodszych przygotowac jakis kacik do zabawy wyposazony w klocki, malowanki itp.
Sale wynajelismy w budynku gdzie Tatek mieszka, bo jest taka mozliwosc i to nam bardzo ulatwi sprawe lokalu, bo z tym troche ciezko na odleglosc.
Od ostatnich okraglych (80tych urodzin) ubylo nam 5 osob i to jest przykre.
A wiec nie bedzie przyjaciolki Tatka E.
Nie bedzie jego brata R.
Nie bedzie jego siostry M.
Wszyscy troje zmarli w ciagu pierwszych 6 miesiecy 2015 roku, to byl naprawde ciezki rok dla Tatka.
Nie bedzie syna jego brata B, ktory zmarl 4 lata temu.
I nie bedzie corki E. Patty, ktora zmarla zupelnie niespodziewanie 2 miesiace temu, a juz sie deklarowala do pomocy przy organizacji.
Najbardziej nie moge sie pogodzic ze smiercia Patty, miala tylko 53 lata, to takie zupelnie bez sensu.
Powtarzam sobie, ze takie jest niestety zycie, ale ciagle jest ciezko, wczoraj po rozmowie z jej bratem sie po prostu rozryczalam.
Chcemy wiec tez przy tej okazji wspomniec krotko, tych ktorzy odeszli w ostatniej dekadzie a byli obecni w czasie 80 tych urodzin Tatka.
Nie bedzie do zaden pogrzebowy akcent, ale mysle, ze taki moment pamieci o nieobecnych bedzie mile odebrany przez ich rodziny i przyjaciol.
Patty rowniez chciala zrobic na Tatkowe urodziny salatke ziemniaczana, ktora jest tu bardzo popularna.
Amerykanie maja zwyczaj przynoszenia zrobionych w domu salatek czy tez innych dan przy takich okazjach. Wobec powyzszego, ze Patty nie bedzie z nami z tej okazji to wymyslilam, ze ja zrobie polska salatke jarzynowa, ktora smakowo jest moim zdaniem duzo lepsza od tej amerykanskiej ziemniaczanej.
Mam nadzieje, ze bedzie im smakowac.
Jak bylismy ostatnio w Buffalo to juz znalazlam restauracje gdzie zamowimy jedzenie.
Poniewaz impreza bedzie w godzinach od 14 tej do 18 tej czyli raczej lunchowo a nie obiadowo, to zamowimy jakies salatki, pizze i slynne buffalowskie skrzydelka w ostrych sosach, kanapki, napoje oraz wino i piwo. Oczywiscie bedzie tort z odpowiednim napisem ale tez wstawiona dekoracja w postaci napisu "90 years loved".
Bylismy juz w restauracji gdzie chcemy zamowic jedzenie, znamy jakosc jedzenia jakie oferuja i uwazam, ze bedzie to strzal w dziesiatke, bo jedzenie jest swieze, nie przesolone, a same skrzydelka mozna zamowic w sosach o roznym stopniu ostrosci zeby dogodzic wymaganiom smakowym poszczegolnych gosci.
No i do tego, co tam ktos chce przyniesc to niech przyniesie jestesmy bardzo otwarci na taka pomoc i doceniamy kazda oferte.
W przyszlym tygodniu zamowie elementy dekoracji sali.
Oraz wczoraj ustalilismy z bratem Patty, ze on zorganizuje na te okolicznosc wystep trzech piosenkarek, ktore przybeda w uniformach wojskowych i wykonaja kilka piosenek z czasow II wojny swiatowej jak i piosenek kombatanckich.
To bedzie glowna niespodzianka dla Tatka i jego najstarszych przyjaciol, ktorzy sa weteranami wojen.
Oczywiscie znajac historie ekspansji amerykanskiej to kombatantow tu nie brakuje, wiec uwazamy, ze to bedzie dla nich milym akcentem.
Mam juz przygotowany "sloik zyczen" czyli zakupilam taki specjalny sloik, ktory ma w nakretce podluzna dziure, gdzie goscie beda wrzucac specjalnie na okolicznosc wydrukowane bileciki, na ktorych kazdy gosc bedzie mial mozliwosc wpisac zyczenia.
Jest tez kilka osob, ktore z roznych powodow nie moga przybyc na uroczystosc i tym zaproponowalismy, zeby napisali do nas email z osobista wiadomoscia dla Tatka, odczytamy mu te wiadomosci w czasie imprezy.
Wspanialy nawet myslal o zorganizowaniu "zyczen przez Skype", ale to raczej za duze rozproszenie uwagi w grupie tylu osob i biorac pod uwage, ze mamy tylko 4 godziny na cala impreze mogloby okazac sie strata cennego czasu.
W sumie pisze te notke nie tylko dla Was, ale tez dla siebie, zebym czegos nie przegapila w calym procesie przygotowan.



Tuesday, June 13, 2017

Wspomnienia z Buffalo

Do Buffalo wybralismy sie pociagiem, po to zeby wrocic samochodem.
Tak, pojechalismy tam specjalnie zeby kupic nowy samochod. Dlaczego do Buffalo, przeciez mozna tu na miejscu? Pewnie, ze mozna, ale tak sie sklada, ze MJ (kuzynka Wspanialego) pracuje w jednym z najwiekszych dealership w zachodniej czesci stanu NY i dlatego decyzja padla na kupno smochodu u niej.
Prosty rachunek, ona nam sprzedaje po nizszej cenie, bo ma prawo dac nam family discount a my z kolei kupujac u niej dajemy jej zarobic procent od sprzedazy.
Taki plan zostal juz uknuty w ubieglym roku w czasie naszej w Buffalo wizyty i teraz tylko wprowadzilismy go w czyn.
W sumie nie mielismy zadnych upatrzonych marek ani tez zadnych "musze miec, bo jak nie to umre".
Oboje podchodzimy do takich rzeczy bardzo realnie i bez niezdrowego podniecania sie.
Samochod mial byc maly, bo na cholere dwojgu starszym autobus jak ja nazywam te ogromniaste SUV?
Jesli chodzi o wyposazenie to tez nie potrzebne mi jakies tam teatry, bo ja do jasnej cholery nie bede mieszkac w samochodzie, on ma mi sluzyc do przemieszczania sie z jednego miejsca w drugie i to wszystko.
I tak pojechalismy do MJ do pracy w sumie bez zadnego konkretnego planu, samochod mial byc albo zupelnie nowy albo uzywany, byle w doskonalym stanie.
I tak zakonczylo sie kupnem dwu-letniej Toyoty z przebiegiem 23 000 mil, co jest w sumie bardzo niewiele, samochod jest w idealnym stanie a oszczednosc na kupnie uzywanego nad nowym ok. 9 000 dolarow.
Tak wyglada nasza nowa Toyota Corolla S:


Nie ma nawet najmniejszego zadrapania, jest wrecz jak nowiutenka prosto z fabryki.
Zakup samochodu zajal nam w sumie dwa dni, bo pierwszego dnia pojechalismy zeby cos wybrac, nastepnego dnia MJ zalatwila juz wszystkie dokumenty lacznie z rejestracja i ubezpieczeniem i pojechalismy po odbior. Mnie sie podoba, ale tez jak pisalam wyzej, ja nie mam zadnych wymagan poza tym zeby samochod byl maly, nie wiem czy potrafilabym jezdzic duzym, no i zeby byl w miare wygodny.
Jeszcze nie mialam okazji nim jechac jako kierowca, bo po tylu latach bycia pasazerem to musze jednak na nowo przyzwyczaic sie do roli kierowcy.
Wspanialy sie ciagle przyzwyczaja, bo Sabcia byla na biegi, Toyota jest wiadomo automatic, bo skoro ja tez mam byc kierowca to niestety tak musi byc.
Jest troche szersza niz Sabcia i Wspanialy tez jeszcze nie opanowal dlugosci samochodu, glownie przodu, bo niestety nie widac, Sabcia pod tym wzgledem byla laskwsza i kierowca widzial chociaz troche przodu, tu nie widac nic, ale z czasem sie przyzwyczaimy.
W sobote umowilismy sie z kuzynkami i kuzynem Wspanialego w knajpie i tu moj maz dal popis:))
Do dzis mi sie morda smieje jak sobie przypomne te scene.
Jeszcze przed wyjazdem z domu ustalilam z nim, ze to my placimy caly rachunek za wszystkich. Ustalilam to z gory, bo wiem jaka jest MJ ona zawsze placi i przewidywalam, ze tym razem bedzie to chciala zrobic dodatkowo ze wzgledu na fakt, ze w sumie "dalismy jej zarobic".
No taka jest i juz kilkakrotnie dowiodla, ze ciezko z nia wygrac wyscig po rachunek.
I teraz taka scena, siedzimy w knajpie, ja pod sciana miedzy dwoma kuzynkami i zona kuzyna, a wiec nie mam absolutnie mozliwosci "dyskretnie" uprzedzic kelnerke, zeby to mnie podala rachunek a nie jak to maja w zwyczaju polozyc na stole.
Patrze na tego mojego Wspanialego i mrugam ale ten zupelnie nie kuma czaczy.
No to wyjelam telefon i jak tego nigdy nie robie wystukalam mu szybkiego esesmana.
Teraz patrze i czekam na reakcje, ale reakcji.... ZERO...
No to mowie:
-- Kochanie sprawdz swoj telefon
-- A co Ty wyslalas mu wiadomosc? - odzywa sie ze smiechem kuzyn B.
-- No wyslalam, bo nie mialam innego wyjscia - odpowiadam rowniez ze smiechem.
I teraz, uwaga... Wspanialy wyjmuje telefon i zaczyna czytac na glos:
-- Kochanie, ja nie mam mozli.... - w tym momencie krzyknelam:
-- Zamknij sie!!! czy  mozesz przeczytac po cichu? gdyby to byla wiadomosc dla wszystkich to nie wysylalabym Tobie tylko sama obwiescila wszem i wobec!!! 
No dobra, na szczescie reszte doczytal po cichu ale ja i tak sie spocilam z emocji:)))
No i faktycznie tak zalatwil sprawe, ze kelnerka w ogole nie musiala przynosic rachunku bo pod pozorem pojscia do lazienki wzial i wszystko zaplacil.
A reszta byla jak przewidywalam czyli MJ sie miotala, ze to przeciez ONA powinna zaplacic bo MY kupilismy od niej samochod.
Ta kobieta ZAWSZE znajdzie powod dla ktorego to ONA ma wydac pieniadze.
Ze tez cos takiego nigdy nie zdarzylo sie w mojej rodzinie:))) Moja rodzina jak przychodzi rachunek to siedzi grzecznie z raczkami w kieszeniach i czeka, ze ja zaplace. I niekoniecznie musi to byc w restauracji, moja rodzina uwielbia chodzic na zakupy w moim towarzystwie i wtedy tez przy kasie maja raczki w kieszeniach mimo, ze ziemniaki, pietrucha i schabowe to niby na obiad, ktorym chca MNIE ugoscic:)))
Co jeszcze robilismy?
Ja chodzilam  na spacery po Tatkowej okolicy wiec mam kilka zdjec to Wam pokaze w jakiej dzielnicy Tatek mieszka.







Bardzo mi sie podoba ten krzew na ostatnim zdjeciu wiec zrobilam zblizenie.


Nie wiem jak sie nazywaja te krzewy ale sa sliczne, sa tez czerwone, ale te biale robia na mnie duzo wieksze wrazenie niz czerwone.

A tu budynek, w ktorym mieszka Tatek, najpierw front.



 I tyl budynku:

Jest tu duzo zieleni, lawki zwykle oblezone przez mieszkancow, ale te zdjecia robilam wczesnie rano, wiec bylo pusto.
W niedziele bylismy zaproszeni na grilla do Tatkowych przyjaciol, ktorzy w sumie sa i naszymi, bo raczej w naszym niz Tatkowym wieku:))
Zrobilam jedno zdjecie zanim sie wszyscy zjechali, a potem juz sie tak zagadalam, ze nawet zapomnialam, ze moglam cos jeszcze kliknac. Jakosc tez nie najlepsza bo robilam telefonem i z duzej odleglosci, ale jest jak jest. 


Bylismy tez w polskiej restauracji pod wezwaniem "Polish Villa" i nareszcie musze przyznac, ze bylam bardzo pozytywnie zaskoczona. Ladny wystroj, jedzenie moze dupy nie urywa ale smaczne i co najwazniejsze nie przesolone.
W polskich knajpach na Greenpoincie jest wszystko tak slone, ze czasem podejrzewam, ze na kazda lyzke strawy przypada lyzeczka soli.
I to mnie wlasnie bardzo pozytywnie zaskoczylo, bo sie okazuje, ze jak sie chce to mozna.
No ale moze to tez zasluga faktu, ze w tej restauracji jednak wiekszosc konsumentow to Amerykanie a na Greenpoint glownie Polacy.
Tatek czesto bywa w tej restauracji z przyjaciolmi i wielokrotnie chcial nas tam zabrac, ale jakos nie mialam przekonania, a tu prosze taka mila niespodzianka.
Zrobilam kilka zdjec, ale niestety przy tym przyciemnionym oswietleniu nie sa najlepszej jakosci, zwlaszcza, ze obrazy na scianie sa podswietlane indywidualnie, wiec musicie mi uwierzyc na slowo, ze sa naprawde ladne:


Jesli kogos zaskoczyl obraz przedstawiajacy Smigus-Dyngus to wyjasniam, ze jest to bardzo uroczyscie obchodzone swieto w Buffalo. Nie slyszalam, zeby gdzies jeszcze w Ameryce ludzie wiedzieli co to jest za tradycja, ale wlasnie w Buffalo jest kultywowana i nawet jest tego dnia parada oraz zorganizowany objazd po polskich restauracjach i barach.





Najlepiej z tych zdjec oczywiscie wyszedl mi Tatek:)))


Tyle na dzis, bo mam jeszcze kilka zdjec na telefonie Wspanialego, ale to juz moze nastepnym razem tym bardziej, ze tematyka inna mimo, ze ciagle z podrozy.



Monday, June 12, 2017

Padlam

Mialam dzis w planie napisac cos o naszej wyprawie do Buffalo, no naprawde mialam szczery zamiar.
Wstalam dzis o 5:30 i na zewnatrz bylo juz 27C a ja musialam jechac na akupunkture na godzine 11-ta a wiec jeszcze nie w najgorszy upal, ale juz ciezko.
Wyszlam z domu o 10tej i juz myslalam, ze sie roztopie, jak wracalam tuz po poludniu bylo juz 36C.
Ocipiec mozna, na szczescie subway i autobusy maja klimatyzacje, ale kuzwa trzeba do nich dojsc w tym skwarze.
Lazlam doslownie jak mucha w smole.
Jak wrocilam do domu to padlam i wstalam teraz czyli cos ok. 16:45 i ciagle jest taki upal.
W nocy ma spasc do 25C, oczywiscie ja tu pisze o temperaturach srednich, bo w sloncu to jest powyzej 40C.
Moze ktos tak lubi, ja ledwie zyje, nie mam czym oddychac, pocieszam sie, ze to moje ostatnie lato w takich warunkach. Polnoc stanu jest o ok. 10 stopni chlodniejsza no i tamtejsze lato trwa krocej.
A narazie nie oczekuje cudow, ale do jasnej cholery niech chociaz bedzie ponizej 30C.
Podobno ma byc, podobno, bo z tym tez nigdy nie wiadomo, ale mam nadzieje, ze bedzie.
Polpasiec juz prawie wyleczony, jeszcze zostalo troche strupkow, ale to juz koncowka.
Tyle na dzis, na nic wiecej nie mam sily, bo mi sie mozg lasuje.
Jutro bedzie powtorka z dnia dzisiejszego, ale jutro moge lezec do gory odwlokiem w klimatyzacji, bo nigdzie nie musze wychodzic.
Moze wiec jutro uda mi sie cos wyskrobac na temat ostatniej wycieczki.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...