Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Thursday, November 13, 2008

Zamiast komentarza

Postanowilam, ze raczej napisze tutaj niz w komentarzach do tamtej notki, bo ciagle jeszcze mam potrzebe wypisania sie. Dziekuje Wam wszystkim za zabranie glosu i wybaczcie, ale musze sobie jeszcze troche porzygac, to pomaga. Czytajac komentarz Marinika poczulam sie jakby ktos mnie serdecznie przytulil, a tak bardzo bylo i ciagle jest mi tego trzeba. I to cieplo zrozumienia nasilalo sie z kazdym kolejnym komentarzem, zwlaszcza, ze znakomita wiekszosc to komentarze od emigrantow, ktorzy czuja bardzo podobnie. Wydawaloby sie, ze przez 24 lata powinnam sie juz uodpornic na pewne rzeczy, ale jest ciezko zwlaszcza gdy spotykaja nas takie niespodzianki ze strony najblizszej rodziny. Rozmawialam wczoraj ze Wspanialym, bo leb mnie napierdalal caly dzien, wiec gdzies sie musialam wygadac. Wspanialy kochany czlek, ale On tego nie rozumie tak jak nie rozumie tego nikt kto nie zyje lub nie zyl na emigracji, bo to naprawde trzeba przezyc zeby wiedziec co moze czuc emigrant, a i tak co emigrant to inne doswiadczenia i inne przezycia.
Mysle ze kazdy czlowiek potrzebuje miec poczucie jakiejs przynaleznosci, stabilnosci, ciaglosci zycia, wiezi ze swiatem, jest to czlowiekowi potrzebne do utrzymania balansu psychicznego glownie, taka swiadomosc, ze cos sie zaczyna i konczy, ze gdzies mozna odwolac sie do przeszlosci i jednoczesnie patrzec z wiara i nadzieja w przyszlosc.
My emigranci tego nie mamy, bo w sposob bardziej lub mniej swiadomy sami podjelismy decyzje o oderwaniu sie od tego co bylo, wyrwalismy nasze wlasne zycie z korzeniami i podejmujemy probe przesadzenia tych korzeni gdzies na inna glebe. I od nas samych zalezy jak sie te nasze korzenie przyjma, to my jestesmy w nowej ojczyznie zdani na przystosowanie sie do nowego, zaakceptowanie innej kultury, jezyka, tradycji itp., ale bez wzgledu na to jak sobie dobrze radzimy te korzenie sa jeszcze bardzo watle i plytkie w pierwszej generacji. Ja widze to po Potomku, ktoremu jest o wiele latwiej, ale jeszcze nie tak latwo jak bedzie Jego dzieciom. To bardzo dlugi i trudny proces i naprawde potrzeba czasu, dobrej woli, pracy zeby sobie z tym poradzic. Ja moja decyzje o emigracji podjelam bardzo swiadomie, przygotowywalam sie do tego co mnie czeka tutaj i zegnalam z tym, co zostawialam tam przez cale miesiace przed wyjazdem. Idac ulicami miasta, w ktorym sie wychowalam niejednokrotnie mialam lzy w oczach na sama mysl o tym, ze tego nie bede miala, ze musze to wszytko zostawic. Moje rozstanie z Polska przezywalam pewnie setki razy, chcialam zabrac ze soba jak najwiecej wspomnien, krajobrazow, nawet zapachow tej ojczyzny, z ktorej postanowilam wyjechac. To sa bardzo intymne momenty, o ktorych nigdy wczesniej nikomu nie mowilam, bo i po co?? przeciez to bylo moje wlasne prywatne pozegnanie. Nie musialam sie z tym obnosic, odzierac z intymnosci to co bylo tylko moje...
Nie chodzilam i nie plakalam na pokaz, ale chodzilam ze scisnietym gardlem i nieraz lzy zamazywlay widok ulicy, nagle zaczelo mi sie podobac Mazowsze, co wczesniej byloby nienormalne, moglam sluchac Foga, Ireny Santor im bardziej sentymentalne tym blizsze sercu.
Zegnalam sie kazdego dnia i kazdego dnia zabieralam czastke tej Polski ze soba, zachowywalam gdzies tam na dnie serca i wiem, ze to wszystko ciagle tam jest i nikt mi tego nie zabierze.
Ale teksty jak ten, ktory dostalam od Brata bola i to bardzo i na ten bol nie bylam i nie jestem przygotowana, bo nigdy nie przewidywalam, ze spotka mnie cos takiego ze strony Rodziny.
Od czasu, kiedy przyjechalam tutaj wiedzialam, ze teraz nastepuje nowy etap mojego zycia i znow zaczela sie ciezka praca, nauka jezyka, zdobywanie zawodu, zmaganie sie z codziennym zyciem, a nie zawsze bylo latwo. Zwlaszcza, ze po 3 latach rozsypalo mi sie malzenstwo i zostalam sama z dzieckiem. Robilam wszystko co moglam, zeby wrosnac w ten nowy swiat, bo pewne decyzje raz podjete zostaja "na zawsze" zreszta to prawda, ze tutaj zyje sie latwiej ale i wracac nie bylo do czego. Jakos nie lubie narzekac, a juz napewno nie tak personalnie wiec nawet jak bylo bardzo ciezko, to sobie wmawialam, ze mnie jest i tak lepiej niz tym, ktorzy zostali.
Przez lata cale w kazde swieta ryczalam jak wol, nie tylko z tesknoty za bliskimi ale potrafilam plakac nad plasterkiem szynki, bo wiedzialam, ze w latach 1984-95 to ta szynka ciagle byla tam w Polsce trudna do zdobycia. Do dzis reaguje lzami na widok np. wodospadu Niagara, czy Kanionu, bo natura wywiera na mnie takie wrazenie, a jednoczesnie jest mi ogromnie przykro, ze nie kazdy moze to zobaczyc. Ale jak dzwonilam do Polski to oczywiscie nie pozwalalam sobie na mazganie sie, bo i po co, nie chcialam sprawiac nikomu przykrosci, nie chcialam zeby Oni tam plakali bo ja placze. Wiec zagryzalam wargi i u mnie zawsze wszystko bylo OK.
Mariniku i Sze, ja nie utozsamiam tego paszportu w jedna strone ani z ziemia ani z narodem, ktory te ziemie zamieszkuje. Do dzis twierdze, ze to jest skurwysynstwo najwyzszej klasy dostac taki paszport w kraju urodzenia, ale to juz dawno przeminelo, przebolalam i nie mam zalu. Ot tak bylo, ale nie znaczy ze zupelnie zapomnialam, bo pewnych rzeczy nie da sie zapomniec, mozna je wybaczyc ale one ciagle pozostaja w pamieci.
Od pierwszego dnia w moim mieszkaniu az po dzis wisi godlo Polski Orzel w Koronie, jakkolwiek w czasach kiedy opuszczalam kraj tej korony jeszcze nie bylo. Kilka lat pozniej do Orla w Koronie dolaczyl portret Pilsudskiego, ale czy ja musze o tym obwieszczac swiatu?? Chociaz ten Pilsudski to dolaczyl wyraznie w odpowiednim momencie, zeby zagrac mojemu rosyjskiemu gospodarzowi;) ale to moze kiedys innym razem.
Czy naprawde nie mozna mi zaufac?? ze pamietam daty?? rocznice?? historie?? Czy to tak ciezko zrozumiec, ze moge kochac i jeden, i drugi kraj?? czy musze kochac jeden bardziej?? Ale ja nie potrafie, ja je kocham jednakowo i jednakowo jestem wsciekla jak cos mi sie nie podoba.
Czy ja mam skladac jakis raport?? Nie sadze, ale przez to, ze go nie skladam nikt tez nie ma prawa mnie osadzac.... No jestem tak wkurwiona na mojego wlasnego Brata, ze po prostu nie moge myslec normalnie. Wczoraj caly dzien pekal mi leb, w nocy spac nie moglam, wiec wstalam zeby sie odreagowac, czego owocem poprzednia notka pisana o 2 rano.
Nam emigrantom zwlaszcza pierwszego pokolenia sa potrzebne te dwa swiaty, a przede wszystkim jest nam potrzebne zrozumienie najblizszych i tu sie zawiodlam i to bardzo boli ... My mozemy tylko czerpac sile z tamtego swiata, ktory zostal w przeszlosci, aby moc egzystowac tutaj jako pelni obywatele. Zycie w rozkroku jeszcze nikomu sie nie udalo, albo przynajmniej nie wyszlo na zdrowie, ale zeby tworzyc zdrowe relacje z nowym swiatem, potrzebujemy zdrowych relacji z tym, ktory pozostal.
Te sile mozemy czerpac stamtad tylko jesli mamy akceptacje najblizszych, rodziny, przyjaciol jesli nie jestesmy ciagle pod mikroskopem krytyki, jesli nasze tutejsze decyzje spotykaja sie ze zrozumieniem z Waszej strony. Nie macie pojecia jak milo czytalo mi sie te wszystkie komentarze, nie odpisywalam tam kazdemu osobno, bo i tak sprowadziloby sie to do jednego wielkiego "dziekuje, ze rozumiesz".
Moja radosc jest tym wieksza, ze czesc z Was mialam okazje poznac bedac w Polsce i teraz mam kolejne chwile, ktore bede wspominac i pielegnowac w pamieci - chwile spedzone z Wami.
Wspanialy ciagle powtarza, ze nigdy nie spodziewal sie, ze mozna wejsc do domu ludzi, ktorych sie nigdy wczesniej nie znalo i nagle poczuc sie czlonkiem rodziny. A tak wlasnie bylismy przyjmowani w Waszych domach. I to jest wyjatkowo polskie, ta goscinnosc i serdecznosc, ktora nie ma rownych sobie na swiecie. Ja to wiem, ja to znam, ja jestem z tego dumna.
Tak samo jak jestem dumna z historii Polski i pamietam i wiem, ze nie bylo latwo, ze poczawszy od tego, ze mamy fatalne polozenie geograficzno-polityczne to jeszcze ciagle ktos nam noz w plecy wbija. Ja tu ciagle przypominam Amerykanom jak nam sie odwdzieczyli w Jalcie. Ale nie robie z tego tragedii, bo to juz dawno minelo, a ja chce budowac przyszlosc, a tylko pamietac a nie rozpamietywac przeszlosc.



Stardust odzyskujac spokoj

13 comments:

  1. Troche rozumiem Twoje rozterki, bo moja sister też wyemigrowała do USA jakieś 8 lat temu. Na początku byłam na nia zła, ale nie dlatego, że opuszcza ,,ojczyznę'', bynajmniej. Raczej szło o to, że rodzice coraz starsi i jak przyjdzie przejąć opiekę, to spadnie to wyłącznie na mnie.
    Gdy przyjechali po dwóch latach i szwagier zaczał mówić ,,u nas'', mając na myśli USA, dostawałam białej gorączki. Teraz przywykłam, zrozumiałam, że to normal. Nie mam juz zalu, zostawilam to na boku, rozumiem, ze tam im lepiej. Dzieci siostry bardzo sie zamerykanizowały. Też rozumiem, taka kolej rzeczy. Kazdy ma prawo zyc, jak chce. Nie mam urojen, ze kosmopolita to szatan! Bynajmniej!
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    ReplyDelete
  2. ->Zgago i dobrze, ze zrozumialas, ja juz po tygodniu zaczelam mowic "u nas" znaczy tutaj, bo zdawalam sobie sprawe, ze im wczesniej to zrobie tym bedzie mi latwiej. Tak jak napisalam, nam emigrantom potrzebne sa te kontakty, co nie znaczy, ze nie mozemy bez nich zyc. Ale niezdrowy kontakt jest gorszy od braku kontaktu. Ja tez jestem zamerykanizowana, nawet meza mam Amerykanina(jak wiesz) ale to nie znaczy, ze nie mozna tego zaakceptowac. Tak samo jak ja akceptuje, rowniez z trudem, ze moja rodzina "stoi w miejscu" tak oni powinni zaakceptowac fakt, ze ja zyje w innym swiecie. Innym, co nie znaczy, lepszym czy gorszym poprostu innym. Pozdrawiam:)))

    ReplyDelete
  3. Marylko, dziekuje za wczorajsza rozmowe. Jadzka wyczula, ze humor masz rozdeptany calkiem. I wiesz jak podsumowala calosc juz po tym jak sie rozlaczylismy?
    Otoz powiedziala: "kurna - powiedz Maryli, zeby ja CI WSZYCSY w dupe pocalowali i sie od niej odpierdolili. Czy ktos z tych wypowiadajacych sie szedl z nia razem przez zycie zeby ja oceniac w jakikolwiek sposob?"
    Ups - takie slowa w ustach jJadzki sa dowodem, ze i ja to mocno tapnelo.
    Powiem Wam wszystkim - EMIGRANTOM - wnioskuje z Waszych postow, ze takie oceniajace podejscie do Was musi nie byc calkiem sporadyczne. Czuje z Waszych wypowiedzi, ze spotykacie sie z tym od czasu do czasu - i choc nie doswiadczam emigracji- to jednak jestem w stanie wczuc sie w wasza sytuacje, zrozumiec to oderwanie od korzeni. Nie moge za to pojac jak mozna w ogole stawiac Wasze zycie na oczyznie jako zarzut.
    Hm... a moze ja tez jestem jakis porabany?
    To juz wole moja porabanie i bratanie sie z Wami.

    ReplyDelete
  4. Mnie nigdy nie przeszło przez gardło "u nas" ;-)Po pierwsze dlatego, że kiedyś tak bardzo kłuło u innych, po drugie - nigdy nie byłam tam "u nas". U nas to w Mieście ;-)
    Emigracja zdecydowanie zmienia punkt widzenia, poszerza horyzonty, pokazuje inne strony. Wiele daje, wiele też zabiera.
    Wylałam morze łez nad albumami Miasta, podobnie jak u Ciebie - pojawiła się Santor i Bajm.
    Żyłam w rozkroku, miałam trudniej, bo bliżej. Mogłam wsiasć w auto i po 12 godzinach byłam w Domu. Potem zesłano mi tanie linie lotnicze, które kochac będę do konca zycia. Gdybym miała daleko, pewnie bardziej zadbałabym o ukorzenienie się na miejscu. Żyłam w rozkroku a to nie jest dobre. Za każdym razem wylatując z Miasta ryczałam jak nienormalna, pocieszając się "że pzrecież mieszkam na zachodzie i jest dobrze" ;-)))))
    Niewielu ludzi to rozumiało. Większosć, z wierzchu przynajmniej, zazdroscila i zawiscila. Część rodziny (ze tak oględnie napisze) doiła badz probowala doic kasę. Przeciez mialam swoj biznes na zachodzie, no nie? :-))))Od obcych slyszalam o zdradzie, folksdojczach, uciekinierach, tchórzach itp. Ale takich ludków, to ja w dupie mam. Moi najblizsi staneli na wysokosci zadania. Ci, którzy doili, smai sie wkrotce przekonali jak to jest.
    No i wrocilam do Polski. Z meżem zagranicznym. Jestesmy teraz biedni. Ja jeszcze nie pracuje. Moj maz zarabia srednio. Nie moge pojsc sobie ot tak do sklepu i zaszalec. MUSZE ZBIERAC NA SERWANTKĘ!!! Mieszkam w dzielni Kurwy i Szatana, zaniedbanej, z liszajami i parszywym sasiedztwem i codziennie rano wstaje usmiechnieta od ucha do ucha. Jestem szczesliwa. Patologicznie szczęśliwa.
    Mam za soba kolejne doswiadczenie zyciowe, jestem bogatsza.
    I jestem tak zajebiscie szczesliwa, ze ludzkie slowo nie opowie!
    A takie pierdolenie ludzkie puszczam mimo. Traktuje je jak zwykłe maglowe dziamgotanie i żal mi tych ludzi po prostu. Nic nie wiedza, tylko pierdolą. Omijam takich szerokim łukiem a jak się, który nadzieje, to trudno :-)

    ReplyDelete
  5. I jeszcze coś. Po powrocie te same małomądre ludki od razu zaczęły pytać czy nie żałuję i dlaczego mi nie wyszło na zachodzie :-)))))
    A z potępieniem, pogardą i poczuciem wyższości spotkałam się ze strony najnowszej brytyjskiej emigracji. Im akurat wybaczam. Oni cierpią na swój sposób i tak to okazują po prostu. A ja nie pasuję do układanki.

    ReplyDelete
  6. no no, pogratulować bratu, nie ma to jak wsparcie najbliższych...

    ReplyDelete
  7. ->Mariniku, no to narobilam powiedz Jadzi, ze mnie na szczescie takie wkurwy szybko mijaja, bo nie moze byc inaczej. I na dzien dzisiejszy jest juz dobrze, a pojutrze bedzie juz bardzo dobrze. Ja poprostu jestem z tych co to musza z siebie wyrzucic, wyrzygac i w ten sposob sie regeneruje. Tak mnie wczoraj podkusilo na ten telefon, ale przyzekam, ze nastepnym razem jak zadzwonie to juz bede radosna jak wiosna.

    ReplyDelete
  8. Marylko, no cos ty - dzwoniac do nas nie udawaj nastrojow - badz soba - jak zawsze, i niech Cie to kusi ile sie tylko da - bo te rozmowy to juz wiosna w duszy :))))))))))))

    ReplyDelete
  9. ->Sze, tak jak wspomnialam ilu emigrantow tyle roznych doznan i doswiadczen. Twoja emigracja byla zupelnie inna, o innym podlozu, no i Ty bylas "za miedza". Ja od momentu podjecia decyzji wiedzialam, ze to jest na zawsze i w dalszym ciagu jest "na zawsze". Jak nie bylam w Polsce przez 14 lat to mi sie juz obraz w jakis sposob wypaczyl i zaczelam sobie tworzyc wlasny. Teraz po powrocie znow wiem, ze jednak nie potrafilabym tam zyc, bo ja chyba normalnie juz wyroslam z tamtego swiata. Tak jak Ty wylewalas morze lez za kazdym razem kiedy opuszczalas Miasto, tak ja juz po 2 tygodniach chcialam "do domu". I tak jak Ty jestes szczesliwa tam, a wiem bo widzialam, krotko, bo krotko ale widzialam tak mnie sie mordzisko smieje tutaj. Tyle, ze wobec wlasnej rodziny chcialoby sie miec inne troche oczekiwania. Ale jest jak jest;) z ta rodzina znaczy sie;)) Napisalam to wszystko glownie po to, zeby samej z siebie wyrzucic, jak rowniez po to zeby przyblizyc proces mysleniowy emigranta tym, ktorzy tego nie doswiadczyli. Nie wiem, moze ktos teraz troche inaczej bedzie patrzyl na emigracje, nie tylko przez pryzmat mamony.

    ReplyDelete
  10. O tym zyciu w rozkroku pomyslalam czytajac juz pierwsze zdanie tego postu.
    Kazdy czlowiek ma historie do opowiedzenia, a emigranci chyba w szczegolnosci, bo dla nikogo ta decyzja nie jest latwa.
    A takie gwaltowne wyrwanie z gruntu na ktorym sie wyroslo i przeniesienie na nowy jest szokiem i niesie za soba rozne wstrzasy. No i zawsze zostawia blizny, ktore chyba nigdy do konca sie nie zablizniaja.
    I jak to boli to wiedza tylko ci, ktorzy wyjezdzali nie wiedzac, czy kiedykolwiek dane im bedzie wrocic.
    Moj paszport nie byl jedna strone, ale zostajac poza granicami zatrzaskiwalam sobie drzwi.
    I nie wiedzialam "kiedy", ani nawet "czy", bede mogla znow je przekroczyc.
    Te decyzje byly wowczas bardziej chyba tragiczne niz dzis - teraz mozna jechac rozeznac sytuacja, albo na jakis czas, wowczas to byly decyzje "bez odwrotu" i najczesciej zupelnie w ciemno.
    Choc jak tak mysle, to i dzis nie jest latwo (tak jak pisze Szeherezada). W inny sposob, ale dla tych, ktorzy to przezywaja pewnie nie mniej bolesne (choc z innych nieco powodow niz kiedys).

    A jak tak patrze z perspektywy lat to jednak to "bez odwrotu" mialo tez plusy, bo - bez wzgledu na to jak by sie nie tesknilo (ja tez pamietam przeryczane Swieta) - to jednak przyspieszylo aklimatyzacje i sprawilo, ze szybko uswiadomilismy sobie, ze nie mozemy zyc w rozkroku.
    No a bardzo pomogl i fakt, ze tu gdzie zamieszkalismy, spotkalismy wielu zyczliwych ludzi, sporo Polakow i to nie z gatunku tych, co to "jesli ci nie zaszkodzili to juz ci pomogli", wrecz przeciwnie.

    Ale takie “wykorzenianie” i “odrastanie” to dlugotrwaly proces (moze nawet nigdy sie niekonczacy?).
    Pierwszy wyjazd do kraju po paru latach (pamietny 1989!) to przerazajace uswiadomienie sobie, ze tutaj JESZCZE nie jestem u siebie, a Polsce JUZ nie…
    Dopiero kolejny wyjazd (w 1996 roku, w czasie tych olbrzymich przemian w Polsce) sprawil, ze zrozumialam, ze Polska za jaka tesknie, juz nie istnieje.
    Nie istnieje w Polsce. Ale istnieje w mojej duszy, a te mam ze soba wszedzie 
    Zmienily sie krajobrazy, zmienil sie styl zycia, zmienily sie stosunki miedzyludzkie.
    Nawet z przyjaciolmi, z ktorymi kiedys rozumielismy sie w pol slowa nie bylo juz tej nici porozumienia.
    Nasze doswiadczenia zyciowe byly rozne i juz nie dalo rady wejsc wspolnie do tej samej rzeki.

    I chyba - mimo olbrzymiej zyczliwosci - ciagle gdzies tam w podswiadomosci (ich i naszej) tkwila chyba potrzeba udowodnienia sobie nawzajem (i sobie samym tez!), ze decyzje, jakie podjelismy (o wyjezdzie, czy o pozostaniu) byly tymi slusznymi.
    I podejrzewam, ze stad, Lucky, ta e-mail od twojego brata.
    Moze on tobie zazdrosci, ze zyjesz sobie spokojniej, albo ze stac cie na wiecej, albo…?, wiec musi Tobie (i sobie!) pokazac, ze on ma cos czego ty nie masz?

    G.

    P.S. Moj tata gdy zyl, niejeden raz pol zartem pol serio nazywal nas zdrajcami. Ale nawet nie mam do niego zalu, bo wiem, ze jemu bylo bardzo przykro, ze wyemigrowalismy I nigdy tak do konca nie pogodzil sie z nasza decyzja…

    ReplyDelete
  11. Co do patriotyzmu to unikam wypowiadania sie w swiecie wirtualnym na ten temat.
    Nie moge z czystym sumieniem nazywac siebie patriotka, bo jednak wybralam zycie poza Polska.
    I nie ma znaczenia, jak malo bylo w tym mojej woli wyjazdu, jak ograniczona wowczas mialam mozliwosc wyboru i jak bardzo bolesna byla to decyzja.
    Bo jednak ja podjelam.
    Z drugiej jednak strony, nie sadze, zeby Polska znaczyla dla mnie mniej (jej tradycje, spuscizna, historia) niz dla wielu zyjacych w Polsce krzykaczy, ktorzy gotowi sa bigosowac :D tych mniej patriotycznych rodakow (czytaj tych, ktorzy nie krzycza glosno: “Ojczyzna!”). Sami zreszta opluwajac na prawo i lewo wszystko i wszystkich, lekcewazac i wladze i bliznich i co tylko sie da.
    Mnie zawsze przypomina sie w takich momentach wiersz Kasprowicza o Ojczyznie:
    http://wiersze.annet.pl/w,pokaz,972,,0,0

    G.

    ReplyDelete
  12. ->G. Dziekuje, ze sie odezwalas i dolaczylas ze swoja, znow nieco odmnienna historia emigracji. Wczoraj rozmawialam z klientka, ktorej Ojciec byl Niemcem, a Ona sama po rozwodzie rodzicow zostala wlasnie z Ojcem i przez 8 lat (5-13) swojego zycia mieszkala w Niemczech i mimo, ze urodzona w Stanach tez uwaza sie za emigrantke:) Potwierdzila w wiekszosci moje prywatne odczucia i doswiadczenia, sama mowi, ze jakkolwiek nie identyfikuje sie z Niemcami, ani niemieckimi tradycjami to jednak jak slyszy gdzies jezyk niemiecki to MUSI sie odezwac;)) Wiec jednak cos w tym jest;)) Ja dodam jeszcze, ze jestem szczesliwa, ze wyladowalam w Stanach i szczegolnie ze wyladowalam w NY bo to jest wlasnie ten najbardziej urozmaicony zlepek roznosci. I tutaj w jakis szczegolny sposob czujemy sie wszyscy "u siebie" bez wzgledu na to skad pochodza nasze korzenie. Wracajac do Brata, ja chyba prawie na 100% domyslam sie, ze ten wybuch zawarty w tych kilku slowach prawdopodobnie ma moze tylko 40% zwiazku ze mna. Mysle, ze jest to frustracja pod zupelnie innym tytulem, a nieszczesliwym zbiegiem okolicznosci zostala rozladowana w liscie do mnie. To sie pewnie wyjasni, ale przy okazji dalo przynajmniej temat na bloga;))

    ReplyDelete
  13. G bardzo ładnie napisala. Zgadzam sie.
    Emigracja to trudna sprawa.
    Myslę, że teraz , w czasach latwych wyjazdów za kasą, ludzkośc troche bardziej zrouzmie. Bo, mimo wszystko, problemy pozostają te same. GB też ryczy ;-)
    Moja Polska jest w moim Domu, w domach moich przyjaciół, w pieknym Mieście i krajobrazach. Wróciłam zmieniona, usmiechnięta, spokojniejsza, pełna optymizmu. Moja Polska jest fajna. Nie mówię o tej w telewizorze ;-) To jakaś inna jest!
    Sze.

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...