Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Wednesday, February 10, 2010

Kolorowe kreski

Pamietam, ze przylecialam do Nowego Yorku w czwartek, na lotnisku czekal Owczesny i cala reszta sie wtedy nie liczyla. Z Kennedy'ego pojechalismy na Brooklyn do Bay Ridge i po drodze nie moglam sie polapac, jak to jest, ze ten Nowy York taki "niski" bo ja sie spodziewalam widokow Manhattanu.
Tuz przed wejsciem do domu powitala nas nasza gospodyni Vicky. Powitanie bylo z cala pompa czyli chlebem i sola, do dzis nie wiem, kto podpowiedzial Vicky o tym staropolskim zwyczaju, ale cichutko podejrzewam sasiadke o kilka domow dalej Jolante.
Vicky urodzila sie w Ameryce, ale oboje rodzice byli Polakami, w zwiazku z czym mowila troche po polsku, a w zasadzie to nigdy nie mowila czysta angielszczyzna, ani czysta polszczyzna, zawsze cos wplatala z jednego albo drugiego jezyka. Strasznie mnie to denerwowalo i szybko nazwalam mowe Vicky "kurestwem jezykowym" obiecujac sobie, ze ja do tego nigdy nie dopuszcze.
Z perspektywy 25 lat moge stwierdzic, ze w 90% mi sie to udaje, ale z czasem moje polskie slownictwo bardzo zubozalo i coraz czesciej jest trudno ubrac amerykanskie mysli w polskie slowa.
I wtedy zdarza mi sie wtracic angielskie slowo, albo pozniej dostrzegam, ze wybrane przeze mnie polskie slowo wcale nie jest najbardziej odpowiednim, coz pogodzilam sie z tym, bo i co innego moge zrobic?
Wiem, moglabym sobie zainstalowac polska telewizje satelitarna, moglabym czytac polskie ksiazki, gazety, moglabym ogladac polskie filmy, moglabym, moglabym, moglabym...
Tylko skoro to wszystko moglabym, to po jasna cholere mieszkac w Ameryce?
Ja od poczatku przylecialam tutaj z nastawieniem, ze tutaj bede zyc a nie przebywac czasowo. I zeby to zycie bylo w pelni szczesliwe to postanowilam sie do niego przystosowac.
Wiec zaczelam sie przystosowywac;)
W pierwszy weekend pojechalismy na Manhattan i na Coney Island, oczywiscie subway'em.
Dziwne to wszystko bylo, bo mieszanka roznych jezykow, kolorow skory, mnie sie wydawalo, ze wsrod tego wszystkiego dominuje czarny. Wiadomo, przyjechalam z bialej Polski, wiec czarny rzucal sie w oczy.
Nie przywiazywalam zadnej wagi do tego gdzie jedziemy, jak jedziemy, bo przeciez nie musialam.
Owczesny zabral mnie do Macy's, o tym juz gdzies pisalam.
Macy's jako atrakcja dla kogos, kto jak ja nienawidzi sklepow oczywiscie wzbudzil we mnie instynkty mordercze. Po przejsciu bez celu przez dwa pietra przypmnialam Owczesnemu, ze ja nie lubie.
-- Wszystkie kobiety radzily mi, zeby zabrac Cie do Macy's - oswiadczyl z zawiedziona mina.
-- Kochanie, ja nie jestem "wszystkie kobiety" ja jestem Stardust, Twoja zona i nie lubie sklepow. Chcesz mi zrobic przyjemnosc, zabierz mnie na Time Square:))
Tak bylo, bo wszystkie Polki, ktore w tamtym czasie przylecialy do Stanow to wrecz uwielbialy przesiadywac w Macy's albo chociaz Alexander's, ten drugi to rowniez dom towarowy ale nizszej klasy i o bardziej przystepnych cenach. Alexander's juz nie istnieje od ok. 15 lat.
Nigdy tego nie rozumialam, bo ja nawet jak mam pieniadze i musze cos kupic, to na mysl o pojsciu do sklepu dostaje bolu zebow, wysypki alergicznej i sraczki z padaczka. A taka Anka potrafila jezdzic do skelpu tylko po to zeby sobie poogladac, zawsze wiedziala gdzie co jest, co przestawili, co przesuneli i kiedy bedzie kolejna obinizka cen.
W sobote, lub niedziele Owczesny rozlozyl mape subway'a na stole i wskazujac jakis punkcik zaczal mi tlumaczyc:
-- Tu jest stacja, przy ktorej mieszkamy, a ta tutaj, to wieksza stacja wezlowa, na ktorej mozesz sie przesiasc na ekspres, tak wlasnie jechalismy do Macy's i tak jechalismy na Coney Island...
-- Ty a po cholere, Ty mi to wszystko tlumaczysz? - przerwalam.
-- Jak to po cholere? musisz sie nauczyc poruszac, a ze nie znasz jezyka, to lepiej zebys wiedziala, bo nie bedziesz miala mozliwosci zapytac.
Popatrzylam na te wielka plachte mapy (spokojnie zajmujaca prawie caly stol) pokryta roznokolorowymi kreskami i dostalam obledu w oczach.
-- A daj mnie Ty swiety spokoj, jak przyjdzie czas i potrzeba to sie naucze, a narazie to ja nigdzie nie ruszam bez Ciebie.
I odeszlam, co go akurat wkurwilo, wiec powiedzial:
-- OK, mowisz czas i potrzeba, to w takim razie przyjedziesz po mnie do pracy w poniedzialek.
I tu sie zaczela wojna, bo slyszaca to wszystko Vicky postanowila sie wtracic.
-- Ty chyba rozum pogubil!! Ona ledwie przyleciala, a Ty chcesz, zeby sama brala subway, po Ciebie do pracy. Ty sam z pracy przyjechac!!
Zaczela sie pyskowka, ona wrzeszczala, ze on bez serca, on przekrzykiwal, ze ona sie nie zna, bo ja glupia nie jestem i dam sobie rade i ze w koncu to nie musze nic wiecej robic tylko wsadzic dupe i z jednej stacji w Brooklynie dojechac tym samym pociagiem do innej stacji w Manhattanie.
A ja sobie spokojnie siedzialam i palilam papierosa.
Ale ze konca tej awantury nie bylo widac, to przerwalam:
-- Nie macie sie o co klocic, pojade!! Tylko mi pokaz na ktora stacje mam dojechac.
Zapadla cisza.
Po chwili Owczesny wskazal stacje docelowa na mapie.
Pojechalam i zgodnie z umowa on juz czekal na mnie na peronie, mialam tylko wysiasc i stac w miejscu, co tez zrobilam. Znalazl mnie i razem wrocilismy do domu, przy tej okazji nauczylam sie zmieniac kierunek jazdy. Po miesiacu jak juz Potomek poszedl do szkoly (material na osobna notke) to Owczesny zapisal mnie na darmowy kurs angielskiego organizowany przez YMCA w Manhattanie.
Jezdzilam do tej "szkoly" piec razy w tygodniu, bodajze po 4 godziny dziennie, na tyle, ze wystarczalo czasu, zeby dziecko zaprowadzic do szkoly i po powrocie odebrac.
Jezdzilam ciagle nie przesiadajac sie na zaden express, trwalo to dluzej, ale jakos nie mialam odwagi na przesiadki. No i pewnego dnia, cos sie popierdolowalo i nagle zobaczylam ze wszyscy wysiadaja z pociagu.
Co prawda, cos tam brzeczalo w glosnikach, ale ja nie rozumialam, ba do dzis czesto nie rozumiem tego co oni nadaja przez glosniki, bo bardziej slychac szum glosnika niz glos osoby podajacej komunikat.
Coz moglam zrobic, jak ludzie wychodzili to ja tez wyszlam. I zaraz na wstepie jak sie rozejrzalam to zauwazylam, ze to jakas inna, zupelnie nieznana mi stacja, nigdy wczesniej nie widzialam tej nazwy.
O kurcze, co robic?
Pierwsze co przyszlo mi do glowy, to zmienic kierunek jazdy, czyli wrocic gdzies do stacji, ktora znam i wtedy zaczac od nowa. Hah calkiem niezly pomysl!!
No to polecialam po schodach do gory, przeszlam na druga strone, zeszlam na dol i cala zadowolona jaka to jestem madra, wsiadlam w pierwszy lepszy pociag, ktory wlasnie podjechal.
Jade i na kazdej stacji probuje sie rozejrzec, ale nie widac nic znajomego, dogadac sie tez nie moge, bo owszem w tej durnej szkole nauczyli mnie jak mam na imie, ile mam lat i jaki mam kolor wlosow, no moze jeszcze dni tygodnia, ale to akurat mi niewiele pomoze.
Szlag, teraz juz wpadlam w panike, i zaczelam wysiadac i wsiadac do roznych pociagow, bez ladu i skladu, latac po schodach w lewo i prawo poszukujac w ciemno znajomej mi linii pociagu R.
NIE MA !!!!
A przy tym wszystkim tak juz nakrecilam, ze w ogole nie mialam pojecia gdzie jestem, poza faktem, ze gdzies pod ziemia i pewnie nade mna tetni zyciem Nowy York.
Wreszcie na jakiejs stacji gdzie bylo bardzo "czarno", zrobilo mi sie nijako, bo przypomnialam sobie durne ostrzezenia Vicky, jak to mam uwazac, bo po Czarnych mozna sie wszystkiego spodziewac.
Hmmm chyba ze strachu przypomnialam sobie, ze mam w torbie te wielka plachte mapy.
Wyjelam mape i patrze na te kolorowe kreski jak sroka w kosc i wcale mi nie jest latwiej. Po pierwsze teraz dopiero dostrzegam, ze niektore linie sie pokrywaja i na pewnych odcinkach jada prawie tym samym torem, a tak naprawde to na roznych poziomach w glebi ziemi, o czym wtedy jeszcze nie wiedzialam.
Teraz tez czytajac mape z gory do dolu dostrzeglam, ze te same nazwy stacji moga sie powtarzac w roznych dzielnicach miasta.
O kurwa!!! Niezle sie wrobilam.
Nie dosc, ze nie zdaze sie nawet spoznic do szkoly to jeszcze moge nie zdazyc odebrac dziecka, na szczescie szkola zadzwoni do pani Jolanty, lub Marysi i ktoras z nich go odbierze, ale dzieciak bedzie wystraszony co sie stalo ze mna.
Przy okazji ciagle pamietam, zeby nie wychodzic na zewnatrz, bo to mi i tak w niczym nie pomoze, a tylko bede musiala dodatkowo zaplacic za powtorne wejscie do podziemnej sieci subway'a.
Szlag by to trafil, nie pozostaje nic innego, jak czekac w tych cholernych podziemiach do czasu kiedy Vicky wroci z pracy (do 18ej a jest dopiero po 11ej) i zadzownic do domu, zeby mi pomogla.
Jak tak siedzialam na lawce peronowej i rozmyslalam patrzac tepo w mape to nagle zauwazylam przed soba duze meskie buty i uslyszlam glos z gory:
-- Czy potrzebujesz pomocy? - bardziej sie domyslilam niz zrozumialam.
Przesuwajac powoli wzrok od butow w gore zatrzymalam sie na usmiechnietej zyczliwie twarzy czarnoskorego mezczyzny. Lekko wystraszona, dyskretnie zerknelam, patelni nie ma, wiec chyba mnie nie bedzie jadl. Skinelam potwierdzajaco glowa, jednoczesnie wyduszajac:
-- Yes. I don't speak english.
Wbrew moim oczekiwaniom, mezczyzna nie odszedl machajac reka na moja glupote, tylko usiadl obok i przy pomocy rak i nog zaczal wypytywac, gdzie chce dojechac. Inteligentnie wskazalam paluchem na mape w odpowiednim miejscu. Na co on tylko sie za glowe zlapal, bo sie okazalo, ze juz tak namieszlam, ze teraz potrzebuje az 3 przesiadki. Wyrwal kartke ze swojego notesu i zaczal mi robic notatki jak na kolejnej stacji sie przesiadac. To byla nie tylko lekcja nauki jazdy subway'em ale rowniez lekcja angielskiego, bo przy okazji poznalam "left" i "right" poznalam rowniez kilka nazw kolorow. Pokazal mi tez jak odczytywac oznaczenia na peronach, to juz byla lekcja z przechodzeniem z jednego poziomu na drugi.
I od tamtej pory jak mi ktos powie, ze Nowojorczycy sa niezyczliwi to przegryze tetnice.
Od tamtej pory tez prawie nigdy nie musze korzystac z mapy, tzn. musze, bo trudno zeby czlowiek pamietal wszystko, ale mam bardzo dobra orientacje wiem jakie linie jezdza po zachodniej i wschodniej stronie Manhattanu, wiem jakimi mozna dojechac w glowne czesci Brooklyn'a i Queens'u, wiem ktore sa expresowe, a ktore lokalne. Podobno trzeba sie raz zgubic, zeby sie naprawde nauczyc i w moim przypadku to prawda. A co jeszcze wazne wynioslam z tamtej przygody? Jak tylko widze kogos z mapa, to natychmiast lece pomoc, w ten sposob splacam dlug doznanej wtedy zyczliwosci od tamtego czlowieka.
Spoznilam sie tamtego dnia na moje lekcje 2 i pol godziny, weszlam do klasy dumna i blada i od drzwi zaanonsowalam:
-- I am lost.
Na co nauczycielka wyjasnila mi, ze juz nie jestem zgubiona, tylko bylam zgubiona, a teraz sie juz znalazlam:)))
To byla jedna z najbardziej owocnych lekcji, poznalam rowniez dodatkowy czas;)
Dla ciekawych, to jest kawalek mapy nowojorskiego metra, brakuje gornego Manhattanu, Bronxu i Staten Island i Queensu. Czyli w sumie tutaj jest tylko Brooklyn i poludniowa czesc Manhattanu.

63 comments:

  1. Matulu, a ja - znajac jezyk i potrafiac sie w miare niezle dogadac - balam sia londynskiego underground'u...
    Podziwiam Cie coraz bardziej, zes dala rade, nie zwariowala, wyszla na ludzi i jeszcze Potomka wychowala.
    Bogiem a prawda - nie mialas innego wyjscia;)

    Ale jak jeszcze raz zaczniesz marudzic na swoj rzekomo slaby polski, to ja tetnice przegryze. Tobie.

    ReplyDelete
  2. Hm.
    w sumie nie mialas zle.
    Maz gadajacy po polsku, gosposia tez.

    Ja jak przyjechalam tutaj, to nie mowilam po angielsku.
    Znalam pare slow, owszem, ale to tylko na papierze. na dodatek moj maz nie mowil po Polsku.
    Mowic sie nauczylam sama - z pomoca slownika i telewizji.

    po 3 miesiacach dostalam prace jako QA - do dzis nie mam pojecia jak w ogole przeszlam przez interview....
    A potem sie zaczela jazda: szef, ktory siedzial w kubiku obok, przychodzil i cos do mnie gadal - ja NIC NI W ZAB (duzo pozniej dowiedzialam sie, ze nawet Amerykanie mieli problemy ze zrozumieniem jego mowy bo belkotal potwornie).
    Za 2 minuty, wysylam do niego emaila proszac, zeby powtorzyl to, co powiedzial i wytlumaczyl, co mam zrobic...

    Ze tez oni wtedy nie stracili cierpliwosci do mnie.

    ReplyDelete
  3. Czarownico--> No ja bylam przystosowywana do amerykanskiego zycia metoda "zanuzenia":))
    A na temat polskiego sie w takim razie przymkne;))

    ReplyDelete
  4. Nina--> Ale ja chyba nigdzie nie napisalam, ze mialam zle;))
    Z drugiej strony to zainteresowalo mnie jak Ty wyszlas za maz nie znajac angielskiego za faceta ktory nie znal slowa po polsku? Czy to bylo malzenstwo aranzowane? No jakos mam wrazenie, ze wypadaloby przed slubem chociaz wymienic "kocham Cie" w jakims zrozumialym dla obojga jezyku. Zaintrygowalas mnie, nie powiem.

    ReplyDelete
  5. o jej !!! :)))
    moja teściowa poleciala TAM mając lat coś 54 i ni w ząb nie znając amerykańskiego/angielskiego.
    No to ona musiala dopiero mieć problemy.

    ReplyDelete
  6. Tuv--> No nikomu nie jest latwo jak sie nie zna jezyka, a tym bardziej jak ktos przylatuje w sumie "do nikogo". To tylko moze sie wydawac latwe, ale wyobraz sobie, ze nie rozumiesz polskiego. Wiem, tego sobie nawet wyobrazic nie mozna;))

    ReplyDelete
  7. .... gubiac sie poznalam londynskie metro ;)))).... ale nikomu sie nie przyznalam ze sie zgubilam... mialam duzo czasu wiec wycieczka byla krajoznawcza tzn londynoznawcza.... teraz jak jezdze do londynu to nie korzystam z metra wole autobusami bo zawsze mam czas i lepiej mi sie oddycha w autobusie niz pod ziemia... pozdrawiam... Hannah

    ReplyDelete
  8. Lorenhannah--> Autobusy oczywiscie sa fajne, ale nie na Nowy York, nie na dalekie odleglosci. No i metro jest o wiele szybsze, bo nie ma korkow:) Autobusami poruszam sie przy malych odleglosciach i tam gdzie akurat metrem nie mozna dojechac, np. z domu biore najpierw autobus zeby dojechac do stacji metra, bo isc musialabym pol godziny a nie zawsze mi sie chce, (czytaj) nigdy mi sie nie chce;))

    ReplyDelete
  9. Takie przeżycia uczą faktycznie znacznie więcej, niż kiedy wszystko idzie gładko i lekko i jak po maśle!
    Ja też byłam często kiedyś podwożona w różne miejsca samochodami. Teraz ja podwożę, bo odpłacam za ludzką życzliwość z tamego czasu, kiedy jeszcze nie miałam samochodu :))

    ReplyDelete
  10. Mnie pomagano i ja sama też pomagam ludziom z mapą (słabość do turistas chyba).
    Co prawda znałam język biegle, ale zupełnie bez pytania, tylko z małym planem jeździłam sama metrem moskiewskim. To naprawdę najlepsza lekcja. Dojadę nim wszędzie.
    Tak samo z uczeniem się języka - możesz ślęczeć nad książką i słownikiem, ale uczysz się w rozmowie :-)

    ReplyDelete
  11. Stardust:
    meza poznalam w Polsce, widzielismy sie jeden wieczor a rozmowa odbywala sie glownie przez przyjaciol bardziej kumatych w angielskim.

    Nasza znajomosc rozwinela sie przez Internet - a tutaj to betka, bo przeciez pisane, wiec jest czas znalezc se slowo w slowniku i jakies tam zdanie nieporadne sklecic.
    Malzenstwo nie bylo aranzowane, oboje sie zakochalismy, ale bardziej w swoich wyimaginowanych obrazach niz w rzeczywistych osobach.

    9 miesiecy zajelo zalatwienie wizy K-1 a potem wyladowalam w USA z 2 walizkami. Wtedy umialam powiedziec pare zdan na poziomie Ala ma kota i jesc mi sie chce itp. skumplikowane rzeczy.
    Po wyjsciu na ulice okazalo sie, ze ja nie rozumiem ludzi a ludzie nie rozumieja mnie. Z mezem dogadywalam sie za pomoca slownika, a on coraz czesciej tracil cierpliwosc. Nie znalam nikogo z kim moglabym rozmawiac po polsku, moje zycie towarzyskie odbywalo sie przez siec.

    BTW: kocham cie to ja potrafie powiedziec i po chinsku... proste slowa to nie problem...

    ReplyDelete
  12. iw--> Mysle, ze wszystkiego najlepiej uczyc sie z marszu:)

    ReplyDelete
  13. Szeherezado--> Nie znam moskiewskiego metra, ale tez chyba jest dosc skomplikowane. Wiem, ze np. metro w Montrealu jest bardzo proste, ma doslownie kilka prostych linii i to wszystko. Nowojorskie jest duzo bardziej skomplikowane. I jakos mam wrazenie, ze moskiewskie rowniez:)
    A jezyka to w rezultacie nauczylam sie sama, ale o tym bedzie pozniej;))

    ReplyDelete
  14. Nina--> Dzieki za wyjasnienie, bo nie mialam pojecia jak to bylo. Czyli Ty wyszlas za maz bardzo podobnie jak moja kuzynka, ktora poznala swojego amerykanskiego meza na studiach, ale w momencie kiedy on juz konczyl. Potem korespondowali ze soba i w sumie wyjechala tuz przed slubem. Z tym, ze przeciez na studiach chyba mialas angielski? wiec cos jednak umialas. A ja kompletnie NIC.

    ReplyDelete
  15. Jak była wielka fala emigracyjna z Polski i wielu naszych znajomych (oraz mój przyrodni brat) wybierali się za wielką wodę, to ja nie dopuszczałam takiej myśli z wielkiego strachu. Jak Cię teraz, Stardust przeczytałam, to uznałam, że...miałam rację...ja bym po prostu siedząc na tej ławeczce pod ziemią po prostu wykitowała...Dobra! Masz rację: jestem trzęsidupa

    ReplyDelete
  16. Zante--> Jaka tam trzesidupa? Kazdy jest inny, ja akurat naleze do tych, ktorzy sie szybko adoptuja w nowych warunkach, a Ty jestes inna. I dobrze, bo przeciez na tym polega urok swiata:))

    ReplyDelete
  17. Stardust:
    na studiach robilismy tlumaczenia tekstow filozoficznych z angielskiego na polski. TYLKO.

    Czesc mozgu odpowiedzialna za mowienie i ta za rozpoznawanie pisma/czytanie to sa dwa rozne obszary.
    Mozna umiec mowic a nie potrafic czytac/pisac i na odwrot.

    W przyzwoitych szkolach jezyka obcego ucza obu rzeczy NA RAZ, w polskich szkolach na ogol uczono tylko czytac i troche pisac, cala mase gramatyki i kulturowych bzdetow typu "how are dressed city gents" (do dzis to pamietam).

    ReplyDelete
  18. Nina--> Rozumiem doskonale, zwlaszcza to, ze mozna mowic a nie umiec czytac i pisac:))Tylko ja myslalam, ze jednak na studiach uczyli jakiejs chocby drobnej konwersacji.

    ReplyDelete
  19. ło matko, po tym Twoim poście to już się nie mogę doczekać, jak za kilka tygodni sama wsiąde do nowojorskiego subway'a!!! ;O)

    studiuję już sobie ten plan od 2 tygodni.... muszę przyznać, że jak pierwszy raz mi znajomy powiedział, że chicagowska kolejka to jest NIC w porównaniu do NY, to się skrzywiłam - pomyślałam, że się wymądrza.... ale jak dał mi adres WWW i sobie otwarłam plan, to wykrztusiłam tylko "wow" ;O)

    no to może Stardust - do zobaczenia na jakiejś fajnej stacji! ;O)

    ReplyDelete
  20. Evek--> Bardzo chetnie sie z Toba spotkam:)) daj znac na moj email kiedy przylatujesz to sie jakos umowimy:)))

    ReplyDelete
  21. Ja po przeprowadzce na wyspy, na luzie poszłam do sklepu i szybko uciekłam. Wydawało mi się że poradzę sobie z palcem w nosie. Nie to żeby jakoś super mówiła po angielsku, ale coś tam wiedziałam. Przez moment miałam wrażenie że wyprowadziłam się do Chin. Szybko zapisałam się na angielski i dużo nauczyłam się w pracy, gadając z ludźmi.

    Mój syn 2go dnia w szkole (nie znał języka) - zgubił się.
    - Jak sobie poradziłeś? - zapytałam.
    - No jak to. Stanąłem na środku boiska i się rozpłakałem. Zaraz mnie znaleźli.

    ReplyDelete
  22. ja podziwiam :)
    Nie znam angielskiego ni w ząb. No może tylko to co się nauczyłam z teledysków i filmów. Ale mam problem wydukać cokolwiek.
    Obiecałam sobie jednak że się nauczę. Obietnicy dotrzymam. ;))))
    Najważniejsze jest jednak to że jeśli człowiek chce to sobie poradzi. Trzeba się tylko nie poddawać.

    Dobrze że na świecie są jeszcze pomocni ludzie. Często jest tak że nawet ci którzy nas rozumieją i których my rozumiemy nie chcą pomóc, często odpowiadając "Nie wiem", "Nie mam czasu".

    Ja staram się pomagać wszystkim, bo wiem że kiedyś ja potrzebowałam pomocy...
    :)))

    ReplyDelete
  23. Niektórzy sadza, że patriotyzm polega na tym, że się nigdy w życiu nie skalają nauka języka kraju w jakim mieszkają...
    i do końca życia będą pokazywać w sklepie palcem na szynkę i bułkę. Gorzej jak trzeba powiedzieć że tej szynki to 12 deko ma być;)

    ReplyDelete
  24. Super opowieść uwielbiam czytać twojego bloga. :)

    ReplyDelete
  25. i nie wiem dlaczego mnie sie lza w oku zakrecila, jak przeczytalam do konca...fajna notka Star.
    ja zawsze mowilam, ze najlepsza szkola, jest samo zycie.zadna szkola cie tak nie nauczy, jak to, kiedy bedziesz musial radzic sobie sam.
    uczylam sie angielskiego w sredniej szkole, pozniej prywatnie, ale nic mnie tak nie nauczylo wladac jezykiem, jak te kilka lat w US. a teraz tutaj, to juz bulka z maslem.
    czasem zamiast po polsku, palne cos po angielsku, ale bronie sie przed tym, bo dla mnie najbardziej zenujace jest to, kiedy Polak (szczegolnie ci mlodzi polacy), ktory wychowal sie w Polsce,mieszkal w PL 20 lat albo i dluzej, wyjezdza zagramanice i po 2 latach nie pamieta ojczystego jezyka i duka: yyy,yyyy...jak to bylo, czo ta za wyrassss...i ma juz akcent angieslki! kurwa zesz mac! nie wierze w to, ze mozna zapomniec w kilka miesiecy jezyk, ktorym sie mowilo dwie dekady!!!
    co powoduje takie dziwne zachowania? wstyd wlasnego pochodzenia, czy jeszcze inna choroba??fakt faktem, zal mi takich ludzi i juz.
    znam wiekowego pana, ktory nieszka tu ponad 50 lat, a do dzis spiewa bez zajakniecia hymn polski. do dzis mowi cudnie po polsku, wogole jezyka nie kaleczac.
    wiem, ze moje dzieci na pewno beda kaleczyly jezyk polski, bo juz panna J czesciej mowi po angielsku niz po Polsku, ale wiem, ze stane na rzesach, a moje cory jezyk polski znac beda!o!

    no to sobie napisalam komentarz :)

    Star, a pamietasz po jakim czasie zaczelas myslec "w jezyku angielskim"??

    ReplyDelete
  26. W stolicy Szkocji talerz cyfry plus na budynku nie jest rzadkością - ludzie oglądają polską tv, komunikują z rodziną przez internet, zakupy robią w polskich sklepach (od spożywczych do zoologicznych), albo supermarketach, szukają polskich lekarzy, albo zamawiają tłumacza sponosorowanego przez państwo (o tłumacza można poprosić w urzędach, szpitalach, biurach doradztwa)...pracują z innymi polakami, ksiązki po polsku mogą wypozyczyć w prawie każdej lokalnej bibliotece... w zasadzie doskonale można tu żyć nie znając angielskiego
    tylko czy na dłuższą metę jest sens?

    ReplyDelete
  27. Gosiu--> Bo to sie tak wydaje, "poradze sobie" ja tez nie raz tak myslalam, a w praktyce to niestety nie jest tak latwe:))
    Poczekaj jak poczytasz o przygodach mojego malego w szkole:)

    ReplyDelete
  28. CalaJa--> Tez wiem, ze istnieja ludzie, ktorzy najszybciej i najchetniej zamiast pomoc odowiadaja "nie wiem" i leca dalej. Na szczescie wierze, ze na swiecie jest wiecej pomocnych ludzi. Tylko tez trzeba byc na pomoc otwartym;)

    ReplyDelete
  29. Nivejka--> Wlasnie o te detale chodzi, robic zakupy w duzym markecie, gdzie nie ma potrzeby nic mowic, to jedno, a drugie isc i powiedziec co sie chce. A nawet w makecie jak sie przekonalam, czasem czlowiek nie ma pojecia gdzie szukac. Ja tak mialam kilka razy, ze musialam chociaz znac nazwe, zeby zapytac gdzie to lezy. Oj czesto bola rece i nogi przy tym gadaniu:))

    ReplyDelete
  30. Ivonek--> Masz racje sa tacy co zdecydowanie za szybko zapominaja:)) I potem gledza "ja znac ta polska mowa":))) Pamietam mielismy takich znajomych, przyleciala jej siostra i pojechali na lotnisko, zeby ja odebrac. Pan i wladca, ktoremu sie zapomnialo polski, ale jeszcze sie nie nauczyl angielskiego stal na lotnisku z rozpostartymi ramionami i w powitaniu zawolal "Marysia!!! How are you?" ale za chwile wyszli na parking i policjant sie przypierniczyl o nieprawidlowe parkowanie to ten sam pan zwrocil sie do 10letniego syna "Artur, a co on chce?"
    A juz szczegolnie dziwnie i zalosnie brzmia tacy, jak sobie na sile chca zmienic akcent:)))

    ReplyDelete
  31. Ivonek--> Zapomnialo mi sie:) Vicky miala kuzynke, ktora mieszkala gdzies na Berumdach, urodzila sie w Polsce, ale wychowana juz tutaj. Mowila bardzo ladnie po polsku, z akcentem, czasem cos przekrecajac, ale ladnie. Moj Potomek czasem cos przekreci, albo "zpolszczy" jak np. kiedys opowiadal ze moi znajomi go zaprosili i zapomnial slowa "zaprosili" to powiedzial "zainwentowali" od ivitation:)) Ma problem z czytaniem, pisze fonetycznie, ale na Boga mowi.

    ReplyDelete
  32. Miss--> Wlasnie o to chodzi, czy to jest sens? W Nowym Yorku sa tacy co mieszkaja po 50 lat i nie znaja slowa po angielsku, mieszkaja ciagle w polskiej dzielnicy, nigdy nie mieli "potrzeby" wyjechac poza obreb tej dzielnicy i wszedzie posluguja sie polskim. Tam nawet Hinusi i Portorycy mowia po polsku, bo jak maja sklep to wiedza, ze aby zdobyc polska klientele, musza mowic po polsku. Zalosne to i wstyd.

    ReplyDelete
  33. Języka "lengłidz" uczyłam się od 7 roku życia, potem go studiowałam i nauczałam. A potem spełnił się mój wielki sen i pojechałam do UK. Oczywiście świetnie dałam sobie rade z lotniskiem, autobusem, a nawet metrem. Niestety wymiękłam w pierwszej rozmowie z hinduskim właścicielem hotelu i jego żoną ze Szkocji.:))) A potem jeszcze wiele razy musiano mi wszystko tłumaczyć jak krowie na granicy. To była najlepsza szkoła języka jaką przeszłam. Uświadomiła mi też, że angielski to nie tylko piękny akcent spikerek z BBC:))))

    ReplyDelete
  34. Na szczescie przed przyjazdem do Manchesteru mialam 3 miesiace lekcji z nauczycielka spod Liverpool, wiec "northern accent" byl jako tako oblaskawiony (choc na poczatku wydawalo mi sie, ze nigdy nie przebrne przez te wdzystkie "bot" (but) czy "luvly" (lovely). Do dzis moja ulubiona fraza jest "let's guu for'e buuz".
    Najwiekszym wyzwaniem do tej pory byl dla mnie nie szkocki, ale geordie (mieszanka polnocnego ze szkockim jakby, ale i odrebne slownictwo rowniez), ale mam paru pacjentow mowiacych tym narzeczem, wiec sie osluchalam z czasem.

    Nawet tubylcy maja z tym problem, sa slowniki, a nawet tlumacze geordie:
    http://www.englandsnortheast.co.uk/GeordieDictionary.html
    http://www.whoohoo.co.uk/geordie-translator.asp

    ReplyDelete
  35. Czarny(w)Pieprz--> W Stanach jest jeszcze jeden problem, bo tutaj jest amerykanski angielski, a w Polsce ucza glownie londynskiego angielskiego. I czesto sie zdarza, ze ludzie, ktorzy sie uczyli w Polsce wcale nie maja duzo latwiej. Moja Vicky za cholere nie rozumiala londynskiego angielskiego. Jak sie trafil film czy jakis sitcome angielski to siedziala jak na tureckim kazaniu. Mysle, ze ludzie, ktorzy sami maja akcent jakos szybciej potrafia rozkminic inne akcenty.

    ReplyDelete
  36. Czarownico--> Bot luvly:)) No dla mnie angielski ten londynski to brzmi jak mowienie z kijem od szczotki w gardle;)) Zwlaszcza jak ktos sie sili na poprawnosc.
    Za to z tutejszych akcentow nie lubie southern. brrrrrrrrr
    A i moj Wspanialy oczywiscie urodzil sie i wychowal w Stanie NY ale na polnocy w Buffalo, poniewaz dorosle zycie zyl juz w NJ i bliskich okolicach miasta New York, to pozbyl sie tego polnocnego akcentu. Ale na poczatku to mialam problem dogadac sie z Tatkiem. Zreszta Tatek ciagle mnie zaskakuje jakimis nowosciami, tam sie nie mowi soda, tylko pop i jeszcze pare innych rzeczy.

    ReplyDelete
  37. :)) po pierwsze primo - chciałabym żeby więcej osób wokół mnie tak żonglowało polskimi słowami jak Ty:)
    po drugie primo - ja jeszcze się nie zgubiłam w metrze (też mamy:)) prawie całą jedną linię:))
    a po następne primo - pracowałam na Starówce i zdarzało mi się w sezonie baardzo spóźniać do pracy z powodu turystów zagranicznych:)) Ot lubię pomóc, pogadać, pokazać:)) a że czasem ręce bolały od gadania? No to co?! Ważne żeby chcieć się zrozumieć!:)

    ReplyDelete
  38. Witam wszystkich.
    Ja od niedawna tutaj zaglądam,ale jestem pod wrażeniem,blog bardzo mi się podoba.
    Swego czasu miałam przygode na Węgrzech.W Budapeszcie przyszło mi zaliczyć cały tabor komunikacyjny,bez znajomości języka.
    Ale dzięki życzliwości tamtejszych ludzi, udało się załatwić wszysko na czas(chodziło o kradzież paszportu

    życzę wszystkim dzisiaj słodkości-pączków,faworków...bo dziś TŁUSTY CZWARTEK.
    pozdrawiam Ula.

    ReplyDelete
  39. Ożeszq...
    Obejrzałam se mapkie...
    Ja bym usiadła i zapłakała;)
    W Wawie jedna linia metra NARAZIE(!).
    Nie sposób się zgubić:)

    ReplyDelete
  40. Zazwyczaj przeglądam poprzedzające komentarze z ciekawości ale tym razem nie przejrzałem (brak czasu) i pisze swój. Twój polski jest naprawdę zajebiaszczy :)i nawet nie próbuj protestować a przygoda z metrem tylko potwierdza Twoją de beściarskość :))) i przy okazji interesy, ta notka po lekkim tuningu idealnie nadaje się wiesz gdzie? :))) Pozdrawiam

    ReplyDelete
  41. Dobrze, że napisałaś "kolorowe kreski" a nie "niebieskie" - a i tak miałam skojarzenia ;).

    ReplyDelete
  42. Ktos, juz nie pamietam, kto, a nie chce mi sie szukac, pytal kiedy zaczelam myslec po angielsku?
    Naprawde nie pamietam. Wiem tylko, ze z tym mysleniem to jest ciekawa sprawa, bo teraz skoro powiekszylam moje polskie kontakty przez blogi to czesto moje myslenie zupelnie nieswiadomie przeskakuje z jednego jezyka na drugi. Jakos tak bez mojej kontroli i czasem zdarza mi sie powiedziec cos po polsku to Wspanialego, a on patrzy glupawo, bo nie rozumie. Czasem rozmawiam z Potomkiem, zawsze rozmawiamy po polsku i nagle zaczynam po angielsku, bo jestem skoncentrowana na myslach bardziej niz rozmowie. Jakos tak sie to dziwnie dzieje.

    ReplyDelete
  43. Foko--> Bo Ty bardzo zyczliwa kobieta jestes, czego ja juz doswiadczylam i wiem:)) A metrem warszawskim nawet mialam okazje jechac:))

    ReplyDelete
  44. Ula--> Witam:) Milo mi, ze jestes, czytasz i bedziesz sie odzywac:) Przygody ze zgubionym paszportem nie zazdroszcze, to jest zawsze makabryczne, gdziekolwiek by czlowieka nie spotkalo.

    ReplyDelete
  45. Dikejka--> Robi wrazenie, prawda? A to tylko jedna czesc, cala mapa jest jakies 6 razy wieksza, z tym, ze ten kawalek na zdjeciu pokazuje najbardziej zageszczona czesc.

    ReplyDelete
  46. dzizas, ja bym sie tam najpierw rozryczala, potem uspokoila i nastepnie dopiero zaczela logicznie myslec. Czacha:))))

    ReplyDelete
  47. Czarny Ptaku--> :))) to mozesz sobie sam wziac te notke do "tuningu" czy koniecznie ja musze ja przeslac? Prosze, napisz, ze zrobisz to sam;) wiesz ja leniwa jestem.

    ReplyDelete
  48. AnetaCuse--> A tym razem ja mam jakies zacmienie i nie wiem o co chodzi z tymi niebieskimi kreskami? No ciemnota mnie ogarnela:))

    ReplyDelete
  49. Athina--> No mozna sie bylo rozplakac, ale jakos sie udalo, dzieki zyczliwosci tamtego faceta:))

    ReplyDelete
  50. Stardust ja powalczę z Twoim lenistwem, ja chcę ja obrobioną w kawałkach i najwyżej lekko poprawię :))), nie mówiąc już, że i tak będę musiał polskie litery powstawiać :) Nie marudź, tylko tuninguj, najwyżej następną notkę napiszesz lekko krótszą :)))

    ReplyDelete
  51. Star, przyznam jestem zaskoczona, że myślisz po angielsku.
    Skad zatem pomysł na blog polskojęzyczny?

    ReplyDelete
  52. Czarny Ptaku--> Wiem, wiem poza polskimi ogonkami to tunning polega glownie na pozbyciu sie "wyrazow";) Oj bolesne, bo to juz troche taka nie moja notka;)) Nic to postaram sie podzielic to na jakies kawalki i Ci wysle;)))

    ReplyDelete
  53. Dikejko--> Myslenie po angielsku jest chyba zjawiskiem naturalnym, bo przeciez jest to jezyk dominujacy w moim zyciu, jezyk ktory mnie otacza wszedzie. To tylko jak czlowiek sie nie nauczy nowego jezyka, to ciagle mysli w swoim rodzinnym.
    A pomysl pisania bloga po polsku bierze sie z prostej checi podszlifowania rodzimego jezyka.
    Tak naprawde to 4 lata temu wpadlam na WZ i zaczelam sie aktywnie udzielac na forum. Wtedy dotarlo do mnie, ze nie majac (z wyboru) stycznosci z polskim na codzien, moj jezyk zaczyna mi powaznie rdzewiec. Pomimo calej mojej "amerykanskosci" to bardzo mi zalezy na zachowaniu poprawnego polskiego, jest to w moim mniemaniu wyrazem szacunku dla kraju, w ktorym sie urodzilam. No i okazalo sie, ze samo szlifowanie na tamtejszym forum nie jest takie owocne w rezultaty, bo tam bardzo duzo ludzi robi wiecej bledow niz ja:)) Wiec pomyslalam sobie, ze pisanie bloga moze byc dobrym pomyslem. I tak tez zaczelam, przy czym jestem zawsze wdzieczna jak ktos mi poprawia moje bledy, bo sama o to prosilam. Pewnie czasem udalo Ci sie trafic na komentarz wytykajacy moje bledy, to wlasnie o to chodzilo. Ja sama widze, ze przez te 4 lata zrobilam ogromne postepy, chociaz moj polski nigdy nie byl tragiczny.
    Moglabym tez ustawic blogspota na jezyk polski i wtedy przy pisaniu notki mialabym bledy podkreslane, ale to nie zdaje egzaminu, bo przy braku polskiej czcionki niemal co drugie slowo byloby podkreslone. No i wtedy nie musialabym myslec, a pisanie na zywo, zmusza mnie do myslenia i wybierania prawidlowej opcji slowa. :)))

    ReplyDelete
  54. Chodziło o "termometr" ciążowy. Wiele blogowiczek pisze o "dwóch niebieskich kreskach" i tak mi się skojarzyło.

    ReplyDelete
  55. A broń Cię panie Boże, z pozbywaniem się wyrazów. To część Twojego tekstu, może nie będą one całe a częściowo wykropkowane, ale maja zostać i już :)Tuning ma polegać na tym aby części dobrze się łączyły w całość i może by lekko to przestawić w formie wspomnienia na zasadzie "Moje pierwsze kroki w NY Metro" :) I pamiętaj, zero pozbywania sie wyrazów :)))

    ReplyDelete
  56. I jeszcze tylko wspomnę, że godzina zero już jest naprawdę blisko, i dobrze by było, żebym to dostał szybko :)

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...