Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Friday, February 26, 2010

Witaj zimo!!

Przyznam, ze czasem z zazdroscia zerkalam na zdjecia zimy w Polsce, tak ladnie, tak bialo, a u mnie nic:(
Ciagle liczylam na to, ze jednak mnie nie zawiedzie, ze jeszcze przyjdzie, chocby na chwile.
No i JEST!!!
Od wczoraj, zima w pelnej krasie.
Zaczelo sie wczoraj rano, od opadow czegos, co trudno bylo nazwac sniegiem, bo mokre to bylo siarczyscie i tracilo piekna biel zaraz  po zetknieciu sie z ziemia, ale padalo i padalo, wiec byla nadzieja.
Okolo poludnia nawet zaczelo sie przyczepiac do ziemi na tyle, ze miejscami bylo widac biel.
Pojechalam do pracy. Manhattan ze wzgledu na wiekszy ruch, jest zawsze bardziej mokry niz sniezny, ale tez padalo. Wracajac z pracy pozno, bo tuz przed 20ta na Manhattanie bylo ciagle mokro i tylko mokrej brei bylo jakby wiecej. Natomiast jak pociag wjechal do Queensu zobaczylam, ze na peronach lezy snieg.
Dojazd taksowka do domu byl miejscami troche utrudniony i ciagle padalo.
Po obiedzie (gotowanym przez Wspanialego) odpalilam kompa, wskoczylam do mojej biznesowej skrzynki pocztowej i zobaczylam, ze 5 moich klientek juz odwolalo swoje jutrzejsze wizyty.
Super, bede miala 4 dniowy weekend - pomyslalam piszac do pozostalych dwoch, zeby sie nie fatygowaly, bo mnie nie bedzie.
Jak szlismy spac, ciagle padalo..
A dzis rano polecialam do wyjscia na taras i powital mnie taki widok:
Jesli ktos jest bardzo ciekawy ile mamy sniegu, to przedstawia to zdjecie ponizej:
To ja lece ubierac choinke i pakowac prezenty gwiazdkowe:))

PeeS.
Zdjecie sniegowych stop dostalismy poczta od szefowej Wspanialego wiec nie wiem kto jest autorem.

Thursday, February 25, 2010

Akwarium

Nie bede owijac w bawelne i napisze prosto.
Zeszczalam sie ze smiechu!!
Dostawca smiechu byl jak zwykle Wspanialy, bo Wspanialy mial dzis o 6 rano konferencje miedzynarodowa, wiec pracuje "z domu", tak sie to zwie.
Ale od poczatka to bylo tak.
W niedziele wieczorem zakomunikowal, ze potrzebuje duzy plastikowy pojemnik do pracy. Nie pytalam po co, bo ja ciekawa nie jestem, tylko dalam pojemnik.
Duzy byl i okragly.
Dzis wlasnie przed chwila Wspanialy sie przyznal na co mu byl ten pojemnik potrzebny, a opowiesc brzmiala mniej wiecej tak:
W piatek Wspanialy po przyjsciu do pracy zrobil sobie na sniadanie owsianke, ale jak ja pozeral, to ktos mu przeszkodzil i nie zezarl do konca tej paszy, odstawil miseczke na jakas tam szafke z dokumentami i o niej zapomial.
Przypomial sobie wlasnie w niedziele, a ze juz raz wczesniej przytrafilo mu sie skrobac zaschnieta (po kilku godzinach) miske po owsiance, to sobie wykumal, ze najlepiej bedzie to cholerstwo namoczyc.
Namoczyc owszem, ale gdzie?
W kiblowej umywalce? raczej nie. W kuchennej nie chcial zostawiac swoich zaschnietych garow, to wpadl na pomysl duzego pojemnika.
Nalal wody pizgnal miske do srodka i calosc postawil na okiennym parapecie.
I oczywiscie tez zapomnial (skleroza nie boli) co bylo do przewidzenia;))
Dopiero wczoraj Grace (ta szefowa z poprzedniej notki) przypomniala mu delikatnie pytajac:
-- Czy w tym akwarium planujesz miec kiedys rybki???
W tym momencie nie wytrzymalam i zawory mnie puscili:))))))))))))))))))

Wednesday, February 24, 2010

Cuda niewidy

Juz bylam ZEN po tym weekendzie i pewnie by mi tak zostalo, gdyby nie fakt, ze jednak trzeba bylo pojsc do pracy. Nie cierpie tego okresu poczatka roku, bo trzeba podatki przygotowac, a ja wiadomo papierzyskow nie lubie i czniam nimi przez caly rok, wiec moje przygotowanie podatkow zaczyna sie od przewertowania sterty papierow, ktore kolekcjonuje przez caly rok w roznych teczkach, sreczkach, na polkach, w szufladach.
Kurwa!! Jaka ja jestem balaganiara!!
Bardzo prosze, oszczedzcie sobie komentarzy typu "ale to teraz mozesz zaczac.." czy "no wiesz, sprobuj na biezaco.." Ni chuja nie zadziala, bo ja mocno niereformowalna jestem w tej materii.
Co roku probuje i co roku trwa to nie dluzej niz tydzien.
Wczoraj, wiec szlam do pracy z mocnym postanowieniem, ze musze te papiery jakos skomasowac, posegregowac na kupki (nie mylic z wpinaniem w odpowiednie teczki) i wreszcie po roku otworzyc Quick Books i zaczac ksiegowanie. Ostatania data w moich Quick Books ciagle pokazuje 31 grudnia 2008 roku.
Zebralam sie w sobie psychicznie, nawet mialam przez moment taki plan, ze moze pojade do pracy wczesniej, ale okazalo sie, ze psychicznie bylo jako tako, natomiast fizycznie nie nadazalam i pojechalam godzine pozniej niz zwykle.
Chooj z tym, nie mialam wiele klientek, bo pada, wiec moglam to wyrko zascielic papierami i z tym zamiarem weszlam do mojego grajdolka.
Ale jak tylko weszlam to sie okazalo, ze na podlodze lezy poczta z poniedzialku, podnioslam, zerknelam i licho mnie podkusilo, zeby otworzyc rachunek telefoniczny.
Otworzylam, spojrzalam na kwote do zaplaty i szlag mnie jasnisty trafil!!!
Skad sie, kurwa wzielo ponad $100 do zaplaty, skoro moje rachunki od pol roku, czyli od ostatniej przeprowadzki miescily sie w granicach $25 do $35 dolarow?
Skad dodatkowe prawie $80???
Zaczelam paczec na kolejne pozycje i wszystko sie we mnie zagotowalo.
Doliczyli mi serwis internetowy i serwis na rozmowy poza Stanem NY, a przeciez ja z tego zrezygnowalam w momencie kiedy przenosilam telefon ze starego adresu na nowy.
Internetowo piratuje, a rozmowy poza stanowe zalatwiam komorka.
Ledwie sie przebralam, bo mi juz pot zaczal cieknac z wscieklosci po plecach i zadzwonilam do mojego "ukochanego" Verizon. Bodajby ich posralo drutem kolczastym!!
Najpierw automat uprzejmie poprosil o wystukanie numeru telefonu w sprawie, ktorego dzwonie.
Wystukalam, na co automat zaskrzeczal, ze bardzo dziekuje za korzystanie z ich serwisu.
Ja im zaraz kurwa podziekuje osobiscie, niech ja tylko dostane zywa osobe na linie!!!
Po kolejnych 10 minutach stukania odezwal sie glos, zywy glos.
Jak wyjasnilam sprawe, to glos stwierdzil, ze owszem, byc moze mam racje, ale najpierw to musze zadzwonic pod inny numer, gdzie znajduje sie inny glos zajmujacy sie serwisem internetowym.
Zadzwonilam, znow wystukalam szereg numerkow, odsluchalam podziekowania za korzystanie z serwisu i po 18 minutach sluchania Mozarta odezwal sie inny glos.
Przedstawilam po raz drugi nowemu glosowi moja sprawe.
-- A Ty nie chcesz polaczenia internetowego? - zapytal glos.
Nozesz kurwa mac, przeciez wlasnie to wytlumaczylam, wiec wysyczalam:
-- Nie tylko NIE CHCE, ale NIE MAM!! wiec nie wiem, za co ta oplata?
-- Ale u nas pokazuje, ze masz.
-- Posluchaj kobieto, ja nie wiem co u WAS pokazuje, bo nie jestem u WAS, ja tylko wiem, ze u NAS nie ma serwisu internetowego. Owszem byl 6 miesiecy temu, ale pod innym adresem przy 35 ulicy, ale przed przeprowadzka na 39 ulice zrezygnowalam z serwisu internetowego i przez 6 miesiecy byl spokoj, nie bylo zadnych oplat za internet. Nagle dzisiaj na rachunku widze oplate za cos, z czego zrezygnowalam 6 miesiecy temu. Rozumiesz?
Mowilam to wszystko powoli cedzac kazde slowo i w dodatku po angielsku, bo tymze jezykiem panienka po drugiej stronie druta powinna sie poslugiwac. I co ona na to? ano to:
-- Ale moze Ty nie zauwazylas, ze wczesniej tez placilas za internet?
No ja pierdole!!!!
Przypomnial mi sie ten kawal, jak to baba wsadzila leb do pieca chlebowego, przechodzacy listonosz wykorzystal reszte baby, ktora to reszta z pieca wystawala, a baba za chwile zwraca sie do sasiadki "kumo nie widzieliscie mojego starego?" Nieee, pokrecila glowa przeczaco sasiadka, a baba na to "a nie widzieliscie, kto mnie wyruchol?"
Tyle, ze ja wiem, kto mnie chce wyruchac i na szczescie nie mam lba w piecu chlebowym, wiec zaczelam znow tlumaczyc:
-- Posluchaj, ja naprawde nie wiem jakich TY roznic nie dostrzegasz i nie o to chodzi, ale ja doskonale widze roznice $40 plus podatek na rachunku.
-- Ale moze mialas jakas obnizke, w zwiazku z pakietem? - wtracila panienka.
-- Moje rachunki za ostatnie 6 miesiecy byly w granicach $25 do $35, to czy Ty chcesz mi powiedziec, ze Verizon zafundowal mi obnizke w postaci wyzszej niz 50%?
Przez moment zapanowala cisza, po czym panienka zapytala:
-- To znaczy, Ty chcesz zrezygnowac z serwisu internetowego?
-- Nie bardzo rozumiem jak moge zrezygnowac z czegos co nie istnieje - powiedzialam.
-- Ale u nas jest, wiec pytam czy chcesz zrezygnowac?
-- Skoro, u WAS jest, a naprawde nie ma, to i owszem chce zrezygnowac - zgodzilam sie, bo juz mi braklo pomyslu na glupie gadanie.
-- To ja Cie teraz przelacze do dzialu, ktory sie tym zajmuje.
-- Dobrze, przelacz.
Uslyszalam klik i znow muzyka. Najpierw byl Czajkowski, potem Beethoven, potem znow Mozart, po nim chyba Chopin a potem to juz nie pamietam, ale sluchalam tej muzyki przez dobre pol godziny.
W miedzyczasie przelaczylam telefon na glosnik i probowalam walczyc z moimi papierami, w koncu to mial byc projekt dnia. Zblizalo sie 40 minut jak muzyka przestala grac i w sluchawce uslyszalam szum moich wlasnych papierow, rzucilam pare kurew dla sprawdzenia, czy jest tam kto, ale kurwy wrocily do mnie echem. Panienka byla uprzejma mnie rozlaczyc.
Tym razem wkurw spowodowal gwaltowny spadek nikotyny w organizmie, wiec zalozylam plaszcz i zeszlam na dol w celu wyrownania poziomu. Jak przechodzilam przez lobby na dole, to musialam miec niezla mine, skoro doormen i super jednoglosnie wydali z siebie przeciagle "uuuuu" po czym super dodal:
-- Biedny Wspanialy, co sie znow stalo?
-- To akurat nie Wspanialy, tylko Verizon, ale jestem tak wkurwiona, ze moge kogos zajebac tak dla przykladu - odpowiedzialam i poszlam palic.
Wrocilam na gore i zaczelam patrzec znow w ten rachunek, wypatrzylam dodatkowy numer do polaczen internetowych, postanowilam, ze zadzwonie tam.
Zadzwonilam, chyba juz nie musze wyjasniac, ze od czasu wykrecenia numeru do czasu uzyskania zywego glosu uplynelo 12 minut. Tym razem trafila mi sie panienka bardziej rozgarnieta niz poprzednio, ale tez w penwym momencie rozmowy zaproponowala, ze mnie przelaczy do tego dzialu co to sie zajma odlaczaniem serwisu.
-- Wiesz troche sie boje, bo jakies 15 minut temu juz mnie inna panienka probowala przelaczyc i skonczylo sie rozlaczeniem rozmowy. A ja naprawde nie chcialabym spedzic calego dnia na rozmowach z roznymi dzialami firmy Verizon - powiedzialam.
-- To badz na linii a ja postaram sie polaczyc rozmowe z tym dzialem i bedziemy rozmawiac razem w trzy osoby.
-- Dobrze.
Po minucie, panienka stwierdzila, ze nikt tam nie odbiera, wiec ona proponuje, zebysmy sie rozlaczyly i jak ona uzyska to polaczenie, to wtedy zadzwoni do mnie.
Zgodzilam sie, bo i jakie mialam wyjscie, w sumie, to pomyslalam sobie mam 2 tygodnie na zaplacenie tego rachunku, wiec niekoniecznie musi to byc wyjasnione dzis.
Ku mojemu zdziwieniu po 10 minutach panienka odzwonila posiadajac juz meski glos dzialu rozlaczen na linii. Czyli mozna jesli sie chce. Majac doswiadczenie (wieloletnie) z firma Verizon, nie rokuje tej panience wielkich sukcesow w pracy, firma wyraznie preferuje brak efektywnosci, bo klienta trafia szlag i placi, na zasadzie, ze bardziej sie oplaca strata kilkudziesieciu dolarow niz wrzody na zoladku i stracony czas.
Po 10 minutach rozmowy (zaskoczenie, mile) dostalam numer potwierdzajacy odlaczenie internetu, ktorego nigdy tutaj nie mialam. Chooj im w oko!!
Teraz pozostalo jeszcze zadzownic do tego samego Verizon, ale do dzialu zazalen zwiazanych z rachunkiem.
Zadzwonilam, znow ta sama regulka z podziekowaniem, szlag mnie trafi jak mi jeszcze raz podziekuja!!
Po wystukaniu kolejnych numerkow na klawiaturze uslyszalm gorace rytmy salsy.
Znow przelaczylam telefon na glosnik i tym razem musze przyznac, ze ta salsa wplynela dodatnio na szybkosc segregowania moich papierzyskow. Tak sobie plasalam i rozkladalam te papiery na rozne kupki, kto wie, moze nawet wyplasalam pare kalorii??
Tu uwaga, uwaga, bedzie off topic.
Moja waga drgnela o kolejny kilogram i juz stracilam ich w sumie 5 !!!
Nie bede myslec o kolejnych 15 ktore mam do stracenia, po co sie dolowac?
Po 24 minutach tanca uslyszalam znow zywy glos. Viva Hiszpania!!!!
Najpierw uprzejma pani przepytala mnie na okolicznosc nazwy i adresu firmy oraz mojego nazwiska, co by potwierdzic ze jestem osoba kompetentna do rozmow w powaznych sprawach telefonicznych i grzecznie zapytala:
-- W czym moge Ci pomoc?
-- Mam takie pytanie, na moim rachunku w pozycji 3 na 4 stronie jest oplata $37 i nie bardzo rozumiem co to jest?
Oczywiscie doskonale rozumialam co to jest, to byla oplata za rozmowy poza stanowe, ale podjelam taktyke pytania i oczekiwania na wyjasnienia, chyba juz mi sie gadac odechcialo po tamtych telefonach.
-- Ups.. - odezwal sie glos po chwili - to jest oplata za zasieg poza stanowy, ale Ty nie masz z nami takiego srewisu. Nie masz rozmow poza stanowych? - zapytala zdziwiona.
-- Nie czesto, ale czasem, mam. Z tym, ze zalatwiam je przez telefon komorkowy - wyjasnilam.
-- A telefon komorkowy masz tez z Verizon?
-- Nie, ze Sprint i jestem bardzo zadowolona - odpowiedzialam tym samym zamykajac furtke ewentualnego namawiania mnie na zmiany.
-- To co z ta oplata? - zapytalam.
-- To zdecydowanie pomylka wlasnie ja zdejemuje z rachunku - wyjasnila.
-- Dobrze, to ile teraz wynosi moj rachunek?
-- Zaraz wylicze, bo teraz od ogolnej sumy do zaplaty odejmiemy kwote za te poza stanowe..
-- Jeszcze odejmij internet, bo wlasnie z nimi tez zalatwilam te "pomylkowa" oplate. Moge Ci podac numer potwierdzajacy, jesli chcesz.
I tym sposobem ze $108 plus pare groszy rachunek zbilam na $31 z groszami.
Pani jeszcze tylko zapytala czy bedzie mi (uwaga, uwaga) wygodniej zaplacic calosc, a na nastepny miesiac dostane od nich kredyt, czy..
Przerwalam jej i powiedzialam, ze stanowczo bedzie mi wygodniej zaplacic $31 a niech oni sobie juz sami dochodza jak to jest.
I tak po 2 gdzinach i dokladnie 18 minutach udalo mi sie zalatwic to co spierdolili inni.
Spojrzalam na zegarek i stwierdzilam, ze zanim przyjdzie klientka mam czas na wypalenie nastepnego papierosa, zebranie rozlozonych na calym lozku kupek rachunkow (podatki poszly sie jebac) i 15 minut na odplyw wkurwa.
Gdzies musialam jednak dac upust, wiec zadzwonilam do Wspanialego, rzadko to robie, bo nie lubie takich malzenskich telefonow do pracy, ale tym razem. On ma swoj wlasny gabinet, to chuj moge sie wyzalic.
Odebral telefon, ale ja nie wiedzialam ze odbierajac nieswiadomie przelaczyl na glosnik, wiec pierwsze slowa jakie z siebie wydalam byly:
-- Nawet nie masz pojecia, jak sie dzis wkurwilam..
Zanim zdazylam powiedziec wiecej, uslyszalam salwy damskiego smiechu i glos Wspanialego:
-- Grace jest akurat u mnie i omawiamy projekt.
Grace jest dyrektorem Wspanialego... shit!!! Nigdy w zyciu nie widzialam kobiety na oczy, ale nie tracac rezonu powiedzialam:
-- Grace, to ja Stardust. milo mi Cie poznac:) Wiesz ja jestem jaka jestem, wiec, jak sie wkurwilam, to mowie, ze jestem wkurwiona. Czy juz wspolczujesz Wspanialemu?
-- Nie przejmuj sie, ja tez jestem wkurwiona, dlatego tu siedze - odpowiedziala ciagle zanoszac sie smiechem.
-- Wspanialy, skoro juz chyba wystarczajaco skompromitowalam siebie i Ciebie to sie wylacze.. - powiedzialam zwracajac sie tym razem do Wspanialego.
-- To ja zadzwonie za jakies 10 min - odpowiedzial i sie rozlaczyl.
No i dobrze, mialam w koncu ciezki dzien...

Sunday, February 21, 2010

Zachciewajki

Wczorajszy dzien (sobota) minal pod znakiem spelniania zachciewajek.
Z samego rana zachcialo mi sie isc na spacer. Nie, to wcale nie zanczy, ze wzielam prysznic, ubralam sie i poszlam, moje zachciewajki maja dosc dlugi okres dojrzewania, wiec nie ma, ze tak nagle.
Ale zachciewajke nie omieszkalam wyrazic slowami:
-- Wspanialy, dzisiaj bedzie piekna pogoda, wiec pojdziemy na spacer.
Spojrzal na mnie, conajmniej dziwnie, podszedl powoli, polozyl mi dlon na czole i troskliwie zapytal:
-- Czy Ty sie aby dobrze czujesz? spacer? taki na nogach?
-- Nozeszkurwa!! Na nogach, a jaki moze byc jeszcze spacer, jak nie na nogach?
-- No wiesz, w Twoim wydaniu to spacery sa glownie samochodem.
-- Sie przestanie madrzyc i idzie do znachora, na spacer pojdziemy pozniej - odpowiedzialam letko wkurwiona, chociaz Bogiem a prawda, Wspanialy mial racje, do wyczynow na nogach to ja skora nie jestem. No ale moze akurat mam ochote sie przelamac, to co mi tu bedzie..
Po dwoch godzinach z okladem Wspanialy wrocil od znachora i tylko wzrokiem odnotowal, ze ja jak siedzialam przed kompem, tak ciagle siedze.
-- Czy Ty ciagle chcesz na ten spacer? - zapytal skromnie.
-- Chce, chce - odpowiedzialam nie przerwyajac sobie klikania w klawiature.
Za nastepne pol godziny wreszcie zdecydowalam, ze nalezy wpasc pod prysznic, potem zorientowalam sie, ze jeszcze nie jadlam sniadania.
-- Czy bedziesz jadl sniadanie? - zapytalam rutynowo, bo i tak wiedzialam, ze on jak zwykle nie jest glodny. Taki nie glodny wspolplemieniec zamieszkujacy w dodatku pod jednym dachem moze doprowadzic czlowieka do wrzodow na zoladku, ale ja odporna jestem, wiec mimo wszystko pytam.
-- Nie jestem glodny - uslyszalam zgodnie z moimi przewidywaniami.
Zjadlam sniadanie i jak wreszcie bylam gotowa do wymarszu to dochodzilo poludnie.
-- A gdzie Ty chcesz isc na ten spacer? - zapytal Wspanialy.
-- Nooo, to jest taki spacer troche z koniecznosci, bo musze isc do banku i wplacic drobne, ktorych mi sie juz uzbieral caly worek, jak chcesz to mozesz do tego dorzucic swoje i wplacimy na nasze wspolne konto. Oprocz tego mam jeszcze wplacic czek.
Poszedl do sypialni i slyszalam jak dosypywal swoje drobiazgi do moich, wrocil z calkiem pokaznym tobolkiem monet. Wazylo toto z 5kg.
-- A kto bedzie spacerowal z tym dodatkowym obciazeniem? - zapytal.
-- ????? - wyrazilam swoje zdanie bez zbednych slow.
-- To moze jednak pojedziemy samochodem?
-- Nie, to ma byc spacer - wtracilam zdecydowanie i dodalam - bedziemy szli i rozmawiali, tak jak to robia normalne malzenstwa.
-- Ale ja nie chce normalnego malzenstwa! - zawolal przerazony.
-- Jak to querwa nie chcesz?!
-- Bo normalne malzenstwa ile razy zaczynaja rozmawiac, to sie kloca..
-- Hmmm.. to mozemy sie poklocic, skoro to konieczne dla normalnosci - odpowiedzialam ugodowo.
-- Ale my sie nie umiemy klocic.
-- Ty Wspanialy jakies trudnosci stwarzasz. Idziemy. Nie przejmuj sie, ja moge znalezc powod do klotni.
Wyszlismy. Pogoda byla piekna, choc odczuwalo sie lekki przymrozek zwlaszcza z kazdym powiewem wiatru, ale w powietrzu juz czuc wiosne.
Jak juz przeszlismy 1/4 drogi do banku to stanelam jak wryta.
-- Co sie stalo? boli Cie cos? - zapytal troskliwie, przyzwyczaiony, ze tak czesto stawalam jak mnie bolalo to sciegno.
-- Nie, nic mnie nie boli, tylko zapomnialam czeku - powiedzialam wsciekla sama na siebie.
-- Jesli to ma byc powod do klotni, to ja stanowczo odmawiam wspolpracy - zawolal.
-- Eeee tam powod do klotni.. powod do klotni to ja mam chyba lepszy, ale to potem, bo na razie to idziemy, czy wracamy?
-- Idziemy, czek jesc nie wola, mozesz wplacic innym razem.
W moim banku jest taka fajna maszyna do liczenia drobiazgu, w ktora wsypuje sie pieniadze i ona sortuje i liczy, a potem wypluwa kartke z suma. Maszyna jest taka mniej wiecej rozrywkowa, szczegolnie dla dzieci, bo zadaje pytania i wydaje polecenia obrazkowo. Wspanialy lubi sie bawic, wiec zawsze ma ubaw po pachy z ta maszyna, bo ona pozwala zgadnac kwote ostateczna i wtedy dostaje sie "nagrode".
Wiadomo, ze nikt, kto wczesniej nie zadal sobie trudu liczenia nie zgaduje, ale dla typow pokroju Wspanialego liczy sie zabawa, to zostawilam go sam na sam z maszyna, a sama stanelam w kolejce.
I wtedy zachcialo mi sie swiezej mozzarelli, wiec po wyjsciu z banku poszlismy do Rosario po swieza, domowej roboty mozzarelle. I tam w kolejce przypomnialam sobie, ze przejezdzajac taksowka do domu widzialm jakas nowa knajpe otwarta niedaleko, cos kubanskiego.
Po drodze do "czegos" kubanskiego wstapilismy do warzywniaka, bo zachcialo mi sie malin, wiec kupilam maliny i jagody, zachcianki trzeba przeciez spelniac.
Kubanskie okazalo sie malutka kawiarenka prowadzona przez starsze malzenstwo z Kuby. Mozna tam wypic kawe, zjesc ciastko lub kanapke, weszlismy na kawe.
Ale zachcialo mi sie ciastka, bo tak ladnie wygladaly, to ja wybralam torcik kawowy, a Wspanialy sernik z jagodami. I przy tej kawie pomyslalam sobie, ze mu powiem, a co mi zalezy, moze sie faktycznie poklocimy.
Troche mi bylo dziwnie, bo miejsce publiczne, a jak Wspanialy dostanie pierdolca?
Ale przez prawie 8 lat jeszcze nigdy pierdolca nie dostal, to moze nie dostanie?
Z drugiej strony ponoc zawsze jest ten pierwszy raz?
Trudno, raz kozie smierc.
-- Wiesz co Wspanialy?
-- Mho? - wymamrotal z geba pelna sernika.
-- Ja napisalam na blogu o tej polce w lazience.. - zaczelam.
-- Ekhem.. no i mho? - mamrotal dalej probujac przelknac sernikowa mazie.
-- Nic, czesc czytelniczek jest zbulwersowana, ze odmowilam seksu dla glupiej polki, ze niby dupa zahandlowalam..
-- Mehem.. - zrobil przerwe na glosne przelkniecie, popil lyk kawy i dodal - niby tak, a co w tym zlego?
-- Tez nie bardzo wiem co w tym zlego, ale chyba, ze jak to nie skorzystac z okazji i odmowic?
-- Hmmm - podrapal sie po czole - wiesz u nas seks to jak autobus przyjezdza regularnie, ten sie tylko przesunal o jakies 24 godziny. Gorzej byloby gdyby seks byl jak Mikolaj, ktory przychodzi raz do roku, wtedy to bylaby chyba zadyma.. Nie wiem..
I siegnal po kolejna porcje sernika.
Ja pierdole, to on nie jest zly, ze ja to napisalam(??)
-- Ty!! Wspanialy, czy to znaczy, ze Ty nie jestes wsciekly, ze ja napisalam o takiej sprawie?
-- ??? - zapchana na nowo geba nie pozwolila mu na mowienie.
-- No wiesz, to takie, no... intymne jest, nie? A ja tak puscilam w caly swiat.
Tym razem spokojnie przemielil sernik, przelknal i powiedzial:
-- A co to za swiat? tylko polskojezyczna czesc populacji.. w dodatku nie wszyscy czytaja.. jakie intymne? jakbys napisala, ze mam trzy jajka i by Ci uwierzyli, TO byloby dopiero intymne i zreszta nieprawdziwe..
-- Znaczy sie? cool? - chcialam koniecznie zaspokoic moja potrzebe pewnosci.
-- Pewnie, ze cool.. Ale Tobie to moga te blogi powaznie zaszkodzic na glowe jak sie bedziesz takimi pierdolami przejmowac.
Nic juz nie powiedzialam, bo wlasnie podeszla kelnerka, a mnie sie znow zachcialo.
-- Sluchaj czy Wy macie kubanski chleb? - zapytalam.
-- A dokladniej to o co Ci chodzi?
-- Wiesz lata temu mieszkalam na gornym, zachodnim Manhattanie i tam byla kubanska piekarnia, gdzie robili kubanski chleb na goraco sprasowany w takiej specjalnej prasie. Boze jaki ten chleb byl pyszny..
-- No nie, nie mamy takiego chleba, ale robimy sprasowane kanapki z szynka, serem..
-- Nie, nie, to bylo samo maslo i ten chleb...
-- Porozmawiam z mezem, moze cos takiego wprowadzimy, my niedawno otworzylismy te kawiarenke - wyjasnila z usmiechem.
-- Mysle, ze to bylby dobry pomysl - odpowiedzialam z rownie milym usmiechem.
Zaplacilismy i poszlismy do sklepu gdzie czasem mozna kupic kubanski chleb.
Kupilam. Ostatni.
W domu, moim domowym sposobem zrobilam sobie prasowany chlebek kubanski z maslem.


Wlasnie tak:) Na suchej patelni kladziemy przekrojony i posmarowany grubo maslem chleb, przyciskamy, czym mamy:)) a potem odwracamy i znow przyciskamy. Goracy sprasowany chleb przesiakniety maslem jest pyszny. Mniammm ;)

Friday, February 19, 2010

(nie) zawsze wspanialy Wspanialy

Ciagle pisze o Wspanialym w samych superlatywach i obawiam sie, ze co niektorzy moga myslec, ze tym razem wyszlam za maz za swietego, wiec dla rownowagi, musze napisac, ze Wspanialy nie zawsze jest taki wspanialy:) Czasem zdarza mu sie byc mniej wspanialym, a ze to nalezy do rzadkosci to wlasnie jedna taka historie chce opowiedziec.
Mieszkanie, w ktorym obecnie mieszkamy (od prawie 6 lat) ma marmurowe podlogi w livingroom, kuchni i "duzej" lazience. Obie lazienki maja sciany od podlogi az po sufit wylozone ladnymi plytkami ceramicznymi, a w kabinach prysznicowych sa marmurowe narozne poleczki. Niewielkie, dwie w kazdej kabinie, ot wystarczajaco, zeby postawic szampon czy tez zel do kapieli.
Jakos tak sie od poczatku zlozylo, ze poniewaz Wspanialy wstaje bardzo wczesnie rano, to zeby mnie nie budzic nadmierna aktywnoscia, kapie sie w tej duzej lazience, ktora jest bardziej oddalona od sypialni, ja natomiast preferuje te mala lazienke, znajdujaca sie w naszej sypialni.
Na samym poczatku kiedy jeszcze czlowiek jest nieprzyzwyczajony do mieszkania i w sumie musi sie go nauczyc, Wspanialy biorac prysznic w tej duzej lazience cos upuscil i jak sie schylil, to wracajac do pionu, glowa uderzyl w jedna z naroznych polek.
Glowie nic sie nie stalo, ale polka pekla, pekla wzdluz zyly w kamieniu, ot odpadla cala duza czesc polki, na szczescie nie rozbijajac sie na mniejsze kawalki.
-- To co my teraz zrobimy z ta polka? - zapytalam.
-- Nie ma problemu, kupie odpowiedni klej do marmurow i skleje.
I na tym sie skonczylo. Wyszczerbiona polka nie byla az tak widoczna, zebym ciagle o niej pamietala, sprzataniem jak wiemy zajmuje sie Wspanialy, ja nie korzystam z prysznica w tej lazience i tylko od czasu do czasu przypominalam sobie, ze cos przeciez trzeba zrobic z ta nieszczesna polka.
Odpadniety kawalek lezal na regale z ksiazkami w moim biurze, wiec czasem wpadal mi w oko.
I wtedy pytalam:
-- Skarbie, co z ta polka w kabinie prysznica?
-- Oj, tak, tak, zapomnialem o tym, ale przeciez mowilem, ze to proste i ja to zrobie. Jak bedziemy kiedys przechodzic obok tego sklepu z gospodarczymi roznosciami, to przypomnij mi zebym kupil klej.
No tak, najlatwiej to zwalic wszystko na moja pamiec, bo on zapomnial, a przeciez to on a nie ja codziennie bierze prysznic wlasnie w tej lazience.
Ale nic to, ja jestem dobra zona, nie marudzaca, przypomne, przeciez nie bedziemy sie klocic z powodu durnej polki. Minelo kilka miesiecy. Przyszly dzieciaki z wizyta, corka z (wtedy jeszcze) narzeczonym, ale wlasnie razem zamieszkali. Siedzimy, zjedlismy obiad popijamy co kto lubi i nagle Y. zwracajac sie do Wspanialego powiedziala:
-- Tato, moze moglbys kiedys wpasc i pomoc mi zawiesic kilka polek w pokoju, bo jakos T. nie bardzo ma czas?
Hmm, madra dziewczynka, pomyslalam sobie, niby nie narzeka, ale ot tak sobie w obecnosci T. pyta czy ojciec moglby przyjsc zawiesic kilka polek, o ktorych zawieszenie prosila juz wczesniej narzeczonego. Ladna taktyka, nie marudze, ale daje oficjalnie znak. - caly czas myslalam, a glosno powiedzialam:
-- Wiesz Y. to moze sie umowmy, ze ja wysle ojca do Ciebie zeby zawiesil te polki, a Ty przyslij mi T. bo ja tez mam tutaj taka jedna polke, ktora oczekuje na uwage i jakos dziwnie nie moze sie doczekac.
Wymienilysmy z Y. porozumiewawcze spojrzenia, panowie rowniez popatrzyli na siebie i... zaproponowali toast.. za niezrobione polki!!!
No to wypilismy "zdrowie" polek i znow minelo kilka miesiecy.
W miedzyczasie przechodzilismy obok tego sklepu i ja (o dziwo) pamietalam, wiec dopilnowalam, zeby klej zostal zakupiony. Zakup kleju jednak nic nie przyspieszyl w sprawie naprawiania polki, bo jak wyjasnil Wspanialy:
-- Wiesz ten klej to trzeba rozrobic, a potem te czesc polki trzymac przez 40 minut dopoki on nie wyschnie. To jest 40 minut stania w malej kabinie prysznica bez ruchu i trzymanie polki.
-- Rozumiem, tez by mi sie nie chcialo, ale wiesz, mozemy to zrobic przy nastepnej okazji jak przyjada dzieci, bedzie nas 7 osob i tym sposobem kazdy po kolei odstoi 6 minut i klej wyschnie - zaproponowalam radosnie.
-- No... tak.. faktycznie... mozemy tak zrobic. 
Mozemy, ale nigdy nie zrobilismy. Natomiast co zrobilismy? ano od czasu do czasu znow pilismy toast za "zdrowie" mojej lazienkowej polki.
Ja jestem kobieta ZEN i mnie nic nie wyprowadzi z rownowagi, co mi tam taka polka?
Jak juz minely uroczyste obchody pierwszej rocznicy pekniecia polki, minelo oblewanie rowniez kilku kolejnych miesiecy to wyszlam z jeszcze jedna propozycja:
-- Skarbie, obok Best Yet (sklep, w ktorym czesto robimy zakupy) jest zaklad gdzie robia jakies marmurowe wyroby. Skoro nie mozesz sie zabrac do tej polki to moze tam podjedziemy i zamowimy wymiane tej peknietej na nowa? 
-- Nooo... mozna... ale w sumie po co wydawac pieniadze na cala nowa polke, jak ta tylko wystarczy skleic? - wybakal.
-- A skleisz? 
-- No oczywiscie, ze skleje! przeciez od poczatku mowilem, ze to zrobie! - zapewnil po raz n-ty.
Coz wobec takiego zapewnienia robi Zona ZEN?
Zona ZEN, caluje meza w czolko i zapewnia o niegasnacej milosci, tak tez uczynilam i..
Nic sie nie zmienilo.
Po uroczystych obchodach drugiej rocznicy peknietej polki wyrosly mi zeby jadowe (dzieki Malgoska) i postanowialm siegnac po bron moich prababek i babek, ktore twierdzily, ze "chlopa mozna tylko jednym zmusic do dzialania". Tym jednym mial byc seks.
Nigdy, przenigdy wczesniej nie wyobrazalam sobie, ze seks moze byc narzedziem przetargu, ale postanowilam dac babkom szanse.
Znajac Wspanialego na okazje nie musialam czekac dlugo.
Pewnego sobotniego wieczora, kiedy moj maz zaczal sie przymierzac do amorow ja glosno powiedzialam:
-- Skarbie, oznajmiam uroczyscie, ze wszelkie akcje amoryczne zostaja wstrzymane do czasu sklejenia polki - po czym dla podkreslenia waznosci slow, odwrocilam sie dupa.:)
W odpowiedzi uslyszalam syczace:
-- Ta polka jutro rano pomaszeruje na swoje miejsce.
Zagryzlam policzki od wewnatrz zeby nie wybuchnac smiechem i zasnelam.
Rano Wspanialy ledwie wypil kawe i zabral sie do mieszania kleju. Byl wsciekly i wcale mu sie nie dziwilam.
Jak juz wymieszal i polaczyl dwie czesci i sapiac stal w tej kabinie, to po kilku minutach weszlam i zaproponowalam:
-- Teraz ja moge Cie zmienic i potrzymac troche, a potem znow Ty mnie zmienisz.
Bo ja jestem kobieta ZEN, dobra kobieta.. A co uslyszalam w odpowiedzi?
-- Nie potrzeba! Sam to zrobie!
No to chooj Ci w detal, pomyslalam i wyszlam.
Stal tam i sapal, ale ja mam dobre serce wiec po nastepnych kilku minutach weszlam i powiedzialam:
-- Mozesz tu stac i sapac przez nastepne 30 minut, bo jeszcze tyle zostalo, mozesz sie rozkoszowac byciem ofiara az Ci sie zwoje mozgowe rozprostuja i nogi w dupe wrosna. A mozesz tez skorzystac z moje propozycji zamiany. Twoj wybor.
-- Naprawde mozesz to zrobic? to ja bym chociaz na papierosa wyszedl na taras i zaraz wroce - powiedzial tym razem pelnym skruchy glosem.
-- Pewnie, ze moge, przeciez sama oferowalam.
Przejelam opieke nad polka i poszedl na papierosa.
Wrocil za jakies 3 minuty i znow skruszonym glosem powiedzial:
-- Ja przepraszam, ze tak warknalem na Ciebie...
-- Warknales bo jestes cwok, a teraz niech cwok przejmie trzymanie polki - powiedzialam ze smiechem po chwili dodajac - wymienie Cie znow za pare minut, ale musze wyjac mieso na obiad z zamrazalnika.
I w ten sposob polka zostala naprawiona po 2 latach.
Na dzien dzisiejszy w oryginalnie zapakowanym pudle mam nowa baterie do zlewozmywaka w kuchni, ktora to bateria zostala zakupiona jeszcze w listopadzie. W poczatkowej, oryginalnej wersji bateria miala byc zamontowana przed Bozym Narodzeniem, pozniej miala byc zamontowana "w ktorys weekend", ostatnio slyszalam, ze chyba jednak bedzie do tego potrzebny dzien urlopu...
Cos mi sie zdaje, ze znow bede musiala siegnac do poradnika Babuni.
I tu pozwole sobie na prywate do Spt, ktora wybiera sie odwiedzic nas w maju.
To ja Tobie Spt obiecuje, ze ta bateria bedzie zamontowana przed Twoja wizyta;)) 

Thursday, February 18, 2010

Dam sie pokroic

Bylam w srode u mojego Dochtore od stop.
Pomacal, pokrecil w lewo i prawo, nie kopnelam, wiec stwierdzil, ze jest dobrze.
-- Jak sie czujesz, boli Cie jeszcze? - zapytal.
-- Generalnie nie boli, staram sie nosic obuwie na malym obcasie, szczegolnie w pracy i w domu, bo w drodze do i z pracy, to niestety najczesciej jakies sportowe, bo na zime, to jakos tak mi latwiej. Czasem jak stane krzywo, albo za duzo chodze po schodach to jeszcze odczuwam lekki bol.
-- No tak, to jeszcze nie sa pelne 3 miesiace, ale tak ogolnie to jak oceniasz poprawe?
-- Ogolnie, to jest tak dobrze, ze juz zaczynam myslec co jeszcze mozemy zrobic - powiedzialam ze smiechem.
Spojrzal na mnie badawczo i zapytal:
-- Medycznie?
-- No chyba raczej medycznie, biorac pod uwage fakt, ze zadne z nas nie jest wolne - zazartowalam.
-- Nie bardzo rozumiem, masz jeszcze cos, co chcialabys poprawic?
-- Ba! Pewnie, ze mam, przeciez ja sie urodzilam z najgorszymi stopami.
No mam, faktycznie mam jeszcze jedna mala poprawke i jak to zrobimy, to pewnie bede jedynym przypadkiem osoby, ktora urodzila sie z najgorszymi, ale umrze z najlepszymi stopami:)
Pokazalam o co mi chodzi, zrobilismy zdjecia, w miedzyczasie opowiedzial mi o swoich problemach z matka. Matka ma 91 lat, 61 lat temu przyjechala do Stanow z Polski, ale od czasu smierci meza, czuje sie co raz bardziej samotnie. Mimo to nie chce z nikim mieszkac, uparta sie zrobila na starosc. Nie da sobie wytlumaczyc, ze najlepiej byloby sprzedac dom i zamieszkac z synem i jego zona.
Ot normalna opowiesc o starzejacych sie rodzicach.
-- Wiesz to strasznie ciezko wychowac starych rodzicow - powiedzial na zakonczenie.
-- Ano ciezko, wiem cos o tym.
Obejrzal zdjecia stopy i postanowilismy, ze narazie nic nie bede robic, ale moze jesienia, jak mi nie przejdzie ochota, to zrobimy jeszcze ten jeden zabieg.
Jak juz wychodzilam to rozmawial z kims przez telefon i tylko ruchem reki pokazal, zebym poczekala chwile. Za moment podajac mi sluchawke telefonu powiedzial:
-- To moja matka, pogadaj z nia po polsku.
W sumie nie bylam zaskoczona, bo juz kilka razy wczesniej mowil, ze kiedys zadzwoni do niej zeby sobie ze mna porozmawiala, bo juz teraz nie ma z kim rozmawiac po polsku, ale tez nie bardzo wiedzialam na ile po tylu latach ta kobieta pamieta polski. W koncu moj dochtore nie rozumie polskiego poza kilkoma zwrotami, wiec nie wiedzialam czy moge polegac na jego opinii.
Wzielam wiec sluchawke nie bardzo wiedzac czego sie moge spodziewac.
A tymczasem z drugiej strony poplynela piekna polszczyzna!!!
Glos owszem starej kobiety, ale mowiacej tak po polsku jakby uzywala tego jezyka na codzien.
Nie rozmawialysmy dlugo, ale zdazyla mi powiedziec, ze mieszkala w Polsce w Pabianicach, pytajac czy wiem gdzie to jest. Krotko wyrazila zal, ze wiekszosc jej polskich przyjaciolek juz nie zyje, wiec nie ma z kim rozmawiac i bardzo teskni za polskim jezykiem. Podziekowala mi, ze mialam ochote poswiecic troche czasu na krotka konwersacje. Normalnie bylam tak zaskoczona, ze az nie bardzo wiedzialam co powiedziec.
Na zakonczenie tylko pochwalilam jej polski:
-- Jestem zaskoczona, ze po 60 latach pani mowi tak pieknie po polsku, doktor zawsze chwalil, ale nie bardzo wiedzialam, czy moge polegac na jego opinii, bo w koncu on nie zna polskiego.
Zasmiala sie radosnie i powiedziala:
-- To jest moj jezyk, moj pierwszy jezyk i zawsze chcialam go zachowac w jak najlepszej formie.
-- Zdecydowanie sie to pani udalo.
Pozegnalysmy sie i oddalam telefon doktorowi.
Zanim wyszlam podszedl jeszcze do mnie i zapytal czy kiedys moglabym odwiedzic jego matke.
-- Ja sie obawiam, ze juz niewiele zycia jej zostalo i wiem jak bardzo teskni za towarzystwem kogos, z kim mogaby sobie pogawedzic. Wiem, ze dla niej to bylaby wspaniala niespodzianka. Nie znam nikogo, kogo moglbym o to prosic.
Obiecalam, ze to zrobie, jeszcze nie wiem kiedy, ale jakos to z nim ustale.
Normalnie nie moglam odmowic, rozbroil mnie ta miloscia do matki.
A potem jeszcze zrobimy ta moja operacje.
No nic na to nie poradze, to jedyny facet, ktoremu dam sie pokroic na kawalki;))

Wednesday, February 17, 2010

Zawrotne tempo

Jak juz umiejscowilam Potomka w szkole, to mialam wiecej czasu, ale tez i wiecej spraw na glowie.
Nagle zycie nabralo tempa, bo trzeba bylo zalatwic mieszkanie, wiec musialam pojechac zlozyc wniosek o mieszkanie miejskie. Owczesny mial juz upatrzone osiedle, na ktorym chcielismy zamieszkac, mieszkalo tam juz 5 polskich rodzin. Menadzerem osiedla byl polski zyd, ktory bardzo chetnie przyjmowal Polakow i Rosjan, bo wiedzial, ze to sa z reguly ludzie dbajacy o mieszkania i nie sprawiajacy klopotow.
Pojechalam wiec, zlozylam dokumenty i mielismy czekac, okres oczekiwania na takie mieszkanie moze wynosic od 3 miesiecy do 3 lat, w zaleznosci od rotacji lokatorow, nalezalo sie wiec uzbroic w cierpliwosc.
Zapisalam sie tez na te kursy angielskiego, o ktorych pisalam wczesniej.
Do tego trzeba sie bylo zajac domem, wiadomo zakupy, sprzatanie, pranie, gotowanie, odprowadzanie i przyprowadzanie dziecka ze szkoly.
No nie powiem, na nadmiar czasu nie moglam narzekac.
Pralnie mielismy dwie ulice dalej i wlascicielem byl Rosjanin, Owczesny poszedl tam raz ze mna, zeby mi pokazac jak to wszystko dziala, przedstawil mnie tez wlascicielowi, na wypadek gdybym potrzebowala pomocy, to mialam pytac.
No tak, pytac, tylko Owczesny nie mial pojecia, ze ja nie mowie po rosyjsku, bo mam blokade;)
Dlatego tez jak Potomek zginal tego pierwszego dnia w szkole, to nie powiedzialam, ze mowie po rosyjsku, tylko po francusku, bo chyba zdecydowanie byloby mi latwiej przypomniec sobie cos z francuskiego niz rosyjskiego, mimo, ze przeciez rosyjski mialam jako przedmiot obowiazkowy przez lata cale.
Ale ja nie chcialam sie uczyc rosyjskiego, bo uznawalam go za jezyk okupanta.
Nawet pamietam jak ojciec tlumaczyl mi kiedys, ze mimo wszystko warto znac jezyk wroga, no to znalam, na tyle, zeby zdac i nic poza tym. A jak sie czlowiek uczy bez checi i bez serca, to zaraz zapomina.
Wiec w tej pralni to jakos sobie i radzilam bez niczyjej pomocy, ale co dziwne, wlasicicel wiecznie do mnie przychodzil i cos zagajal po rosyjsku, a ja ni w zab.
Wreszcie powiedzialam Owczesnemu, ze nie wiem o co temu facetowi chodzi, bo ja nie rozumiem, a moze nawet jak troche rozumiem to nie potrafie mowic.
Poszlismy tam kiedys znow razem i Owczesny wyjasnil, ze ja nie gramotna po rosyjsku jestem.
-- A skad zes Ty wytrzasnal Polke, ktora nie mowi po rosyjsku? - wrzasnal wlasciciel, ale od tej pory mialam spokoj, bo juz mnie nie zaczepial.
Przyznam, ze uplynelo wiele lat zanim sie przekonalam do rosyjskiego i Rosjan, no taka natura. Dopiero lata pozniej jak pracowalam z dwoma Rosjankami to mi przeszlo, ale i tak nie moglam z nimi pogadac po rosyjsku tylko po angielsku, do dzis nie potrafie powiedziec wiecej niz kilka zwrotow grzecznosciowych i ewentutalnie kilka pojedynczych slow.
Z kolei w tej szkole angielskiego, byla cala masa Koreanczykow, Chinczykow i tylko troje Polakow, ja, jakis facet i jeszcze jedna kobitka, tak na oko z 10 lat starsza ode mnie.
Ten facet i ta kobieta byli juz w Stanach od kilku lat i najbardziej wkurzalo mnie, ze angielskiego nie znali, bo zaczeli kurs od podstawowego poziomu, dokladnie tak samo jak ja, ale po polsku to juz probowali rozmawiac w jakis bardzo dziwny sposob, uzywajac skladni zdan z angielskiego.
No nie wiem, bo ja do dzis po 25 latach jak rozmawiam z kims po polsku, to pytam "ile masz lat?" a nie "jaki stary jestes?" albo ona kiedys powiedziala "boli mnie moja glowa" nozesz w morde jeza, a co moja ja miala bolec? I to ciagle "czy lubisz?" zamiast "czy ci sie podoba?", "pokazywali na telewizji" zamiast "pokazywali w telewizji" Bardzo mi to nie pasowalo, wiec raczej nie zakumplowalam sie z nimi.
Jeszcze gorzej bylo z Koreanczykami i Chinczykami, bo z nimi to nawet po angielsku sie ciezko dogadac, akcent maja przewaznie bardzo silny i zupelnie inny niz nasze, slowianskie akcenty.
W sumie nauka w tej szkole szla jak krew ze slabo rozbitego nosa, tym bardziej, ze tych wszystkich Azjatow trzeba bylo najpierw nauczyc pisania alfabetu.
Ale ambitnie jezdzilam, od polowy listopada do konca grudnia. Potem byla przerwa swiateczna i zaraz na poczatku stycznia zmarl moj Ojciec i wyladowalam w szpitalu.
Do szpitala zabralam ze soba jeden z moich przywiezionych z Polski podrecznikow, obok lezala starsza pani, ktora na okraglo mimo moich oporow "rozmawiala" ze mna. Opory mialam, bo co i rusz musialam szukac w slowniku jakiegos slowa, albo dawalam kobiecie slownik i prosilam zeby znalazla to slowo, ktorego ja nie rozumialam. Z innego odzialu lekarze sprowadzali pracujaca tam Polke i ta sluzyla jako tlumacz, ale jak jej nie bylo to musialam sobie radzic sama, tym bardziej, ze sasiadka z sali zapewnila lekarzy, ze ja MOWIE po angielsku, bo skoro ona sie ze mna potrafi porozumiec, to i oni nie powinni miec problemu.
Najwiekszy problem mialam z akcentem, za cholere nie rozumialam co do mnie mowia, zwlaszcza jak ktos mowil szybko i nie nadazylam obserwowac ruchu ust osoby mowiacej.
Pani sasiadka, powiedziala kiedys do pielegniarki, ktorej nie moglam zrozumiec:
-- Napisz jej pytania i ona Ci odpowie.
I tak tez sie stalo, jak zobaczylam pytania na kartce to nie mialam problemu ze zrozumieniem, ani z odpowiedziami. Dotarlo wtedy do mnie, ze samo siedzenie nad ksiazkami nie wystarcza, ze musze sie zaczac zmuszac do mowienia, a przede wszystkim musze zaczac ogladac telewizje i sluchac radia. Nawet jesli nie rozumiem, to oslucham sie samego akcentu.
Z takim postanowieniem opuscilam szpital po 4 dniach.
Przez jakis czas jeszcze nie moglam poruszac sie samodzielnie po miescie z obawy, ze zemdleje, a mdlalam jak kawka. Balam sie, ze jak mi sie przytrafi zemdlec w pociagu, to nie bede umiala wyjasnic, ze to w sumie nic powaznego, a tylko na tle stresowym i znow wyladuje w szpitalu, a na to nie bylo nas stac.
Tak wiec opuscilam 6 tygodni mojej nauki w szkole jezyka, ale przez te 6 tygodni uczylam sie sama w domu. Nie wiem czy ktos pamieta taka serie kisazek do nauki jezykow, byla ksiazka pt. "Jezyk angielski dla poczatkujacych" i potem "Jezyk angielski dla zaawansowanych". Uczylam sie glownie z tych ksiazek.
Oczywiscie na poczatek bylam na etapie poczatkujacym, te ksiazki byly o tyle dobre, ze po kazdej lekcji byly cwiczenia, ktore ja sumiennie odrabialam., a po 10 lekcjach robilam sobie sama "klasowke" czyli musialam zrobic 10 ostatnich cwiczen z kazdej lekcji. Ostatnim cwiczeniem po kazdej lekcji bylo "przetlumacz z polskiego na angielski". Jesli udalo mi sie zrobic wszystkie 10 cwiczen bezblednie to moglam zaczynac nastepna dziesiatke lekcji, jesli zrobilam blad w jakims cwiczeniu to wracalam do tej konkeretnej lekcji. Cwiczenia typu "przetlumacz z... na..." byly bardzo dobrym sprawdzianem, bo wychodzilo w nich wszystko, nie tylko zasob slownictwa, ale i gramatyka.
Nigdy w zyciu nie przylozylam sie do zadnej nauki tak solidnie jak do angielskiego;)
Oprocz tego jak cos robilam w domu, to staralam sie miec zawsze wlaczone radio, telewizji nigdy nie lubilam, wiec jakos nie moglam sie przekonac. Cokolwiek robilam to nazywalam te czynnosc mowiac glosno sama do siebie po angielsku, z Vicky zazyczylam sobie rozmawiac po angielsku, chociaz Vicky mowila bardzo niedbalym jezykiem, wiec to nie byl najlepszy wybor, ale na bezrybiu i rak ryba.
W ten sposob po 6 tygodniach pojechalam z powrotem do szkoly jezyka, z zamiarem kontynuowania nauki.
Ale jak przyjechalam to pani w biurze powiedziala mi, ze moja grupa przeszla juz na drugi poziom, a ja po 6 tygodniach nieobecnosci musze zaczac od nowa z jakas nowa grupa z pierwszego poziomu.
Bardzo mi sie to nie spodobalo i uparlam sie, ze ja chce dolaczyc do "mojej" grupy.
Wtedy pani, powiedziala, ze owszem, ale musze zdac egzamin oceniajacy moje wiadomosci.
-- Daj mi ten egzamin - odpowiedzialam butnie.
Dala mi kilka arkuszow papierzysk z cwiczeniami, siadlam i zaczelam pisac. Po niecalej godzinie oddalam papiery i paniusia kazala mi czekac na decyzje nauczyciela ktory sprawdzal moje cwiczenia.
Po 20 minutach przyszedl ten nauczyciel i mowi:
-- Twoja wiedza kwalifikuje Cie na trzeci poziom, wiec spokojnie mozesz wyprzedzic swoja grupe i dolaczyc do grupy trzeciego poziomu.
-- A to ja podziekuje i bede robic w domu to co robie - odpowiedzialam i poszlam sobie.
Po jaka jasna anielke mialabym tracic tyle godzin czasu na dojazd i nauke, skoro sama robilam to lepiej i szybciej w domu, jednoczesnie zajmujac sie domem.
I tak skonczyla sie moja bezplatna edukacja w szkole jezyka. Warto tylko wspomniec, ze nie dosc, ze szkola byla darmowa, to jeszcze placili za przejazdy z domu do szkoly i z powrotem.
Wszelkie koszty uczeszczania na ten kurs jezyka byly pokrywane z funduszy miasta.
Zaraz na poczatku lutego dostalismy zawiadomienie, ze mozemy sie przeprowadzic do naszego nowego mieszkania od 1 marca. Mialam wiec dodatkowe zajecie z zakupami, roznych sprzetow, bo tutaj, do tej pory korzystalismy z niektorych rzeczy, ktore byly wlasnoscia Vicky.
Skoro o mieszkaniu mowa, to musze napisac jak wyglada wynajmowanie mieszkan w Stanach.
A wiec, tutaj wynajmuje sie mieszkania z wyposazeniem, czyli kazde mieszkanie MUSI miec wyposazona lazienke i kuchnie. Nie ma czegos takiego jak kupowanie sobie wlasniej kuchenki, lodowki czy tez umywalki, to wszystko musi BYC juz w mieszkaniu.
Sa wyrazne przepisy okreslajace, ze mieszkanie musi miec wanne, lub brodzik z prysznicem, kibelek, szafke lazienkowa stojaca na podlodze i druga wiszaca tzw. medicine cabinet, czyli szafka na lekarstwa. Tu akurat uwazam, ze to glupota, bo kto przy zdrowych zmyslach trzymalby lekarstwa w lazience gdzie wiadomo jest zwykle goraco i parno, wiec ja te szafke wykorzystuje na przechowywanie kosmetykow do pielegnacji cery.
Ale to juz mniej istotne, wazne, ze taka szafka musi byc, jest z reguly zawieszona nad umywalka i posiada lustro, czyli mozna sie przy niej golic, klepac po gebie, czesac itp.
Kuchnia musi byc wyposazona w kuchenke, lodowke i szafki kuchenne, tak stojace jak i wiszace, w tym przyapdku im wiecej szafek tym lepiej. Narazie skupie sie nad mieszkaniami miejskimi (slumsy) bo takie wlasnie dostalismy. Przepis mowi, ze rodzina musi miec odpowiednia ilosc sypialni, czyli osobna sypialnia dla malzenstwa i osobne sypialnie dla dzieci. W przypadku dzieci jesli sa jednej plci mozna je umiescic w tej samej sypialni, jesli rodzina sklada sie z dzieckow roznej plci to dziewczynki nie moga dzielic sypialni z chlopcami. Podlogi musza byc wylozone plytkami, sciany pomalowane. Juz teraz nie pamietam, ale sprzety wyposazenia kuchennego i lazienki maja jakis okreslony czas uzywalnosci i po uplywie okreslonej liczby lat podlegaja wymianie, nawet jesli sa sprawne. Tak bylo z nasza kuchenka, byla sprawna, ale mimo to zostala wymieniona na nowa zanim sie wprowadzilismy, bo juz uplynely lata jej zywotnosci.
Sypialnie maja dodatkowo szafy wbudowane juz w scianach, oprocz tego w przedpokoju sa dodatkowe szafy rowniez wbudowane, jedna przy wejsciu na odziez wierzchnia, oprocz tego czesto spotyka sie obok szafe gospodarcza, na srodki czyszczace i sprzet do sprzatania (odkurzacz, szczotki, mopy itp.) Jest rowniez w przedpokojach, przewaznie gdzies miedzy sypialniami specjalna szafa na posciel (z polkami).
W systemie mieszkan miejskich jest tez wyrazny przepis mowiacy, ze mieszkanie ma byc malowane raz na 3 lata na koszt miasta, przychodzi wtedy komisja, ktora ustala jakie naprawy trzeba wykonac przed malowaniem i ustala z lokatorami termin malowania. Obowiazkiem lokatorow jest tylko przygotowac mieszkanie dla wejscia malarzy i ewentualnej ekipy naprawiaczy.
Tak to wyglada w mieszkaniach miejskich, ktore rzadza sie konkertnymi przepisami prawnymi.
A jak w prywatnych?
Bardzo podobnie, wlascicieli domow, ktore maja 6 i wiecej mieszkan do wynajecia obowiazuja te same przepisy, z tym, ze tutaj lokator musi raczej egzekwowac pewne rzeczy od wlasciciela, nie zawsze, ale coraz czesciej sie zdarza, ze np. trzeba sie upomniec o malowanie. Najczesciej stosowana praktyka jest malowanie samodzielne i zwrot kosztow przez wlasciciela lacznie z kosztami robocizny nawet jesli malujemy sami.
W domach mniejszych niz 6-rodzinne w sumie tego typu przepisy nie obowiazuja, ale ZAWSZE mieszkanie musi byc wyposazone w to co wymienilam wyzej.
Obecnie mieszkamy w domu 2-rodzinnym i tutaj mamy dwie lazienki, jedna z kabina prysznica, umywalka, sedesem i szafka wiszaca, druga ma kabine prysznica, sedes, bidet, umywalkie, jacuzzi i szafke stojaca pod umywalka, lustro nad umwyalka i oprocz tego jest waska szafka od podlogi az do sufitu na reczniki.
W kuchni mamy kuchenke, lodowke, zmywarke do naczyn, mikrofalowke, caly rzad szafek stojacych i wiszacych po dwoch scianach. Nawet byl tutaj okragly stol kuchenny robiony z tych samych materialow co wszystkie szafki, ale ja prosilam, zeby go usuneli bo przeciez mam moj wlasny stol no i okragly zajmuje wiecej miejsca, a nas jest tylko dwoje, wiec raczej wole miec wiecej miejsca niz ogromny stol.
Oprocz tego tutaj byl pokoj-pralnia juz z pralka i suszarka, ale tez prosilam, zeby to usuneli i zrobilam sobie z tego pokoju biuro.
Mieszkanie w takim malym prywatnym domu ma ten mankament, ze sprzety nie podlegaja wymianie dopoki dzialaja, moje ciagle dzialaja, chociaz marzy mi sie zeby lodowka przestala dzialac;))
Nigdy nie slyszalam zeby ktos wynajmowal mieszkanie bez kuchenki, lodowki czy podobnych sprzetow. Nawet jak ktos sprzedaje dom, to te rzeczy zwykle sprzedajacy kupuje nowe, zeby podniesc wartosc domu. W prywatnych mieszkaniach czesto podlogi sa wylozone karpetem od sciany do sciany, najczesciej gospodarz wymienia ten karpet na nowy jesli szuka nowych lokatorow, lub jest to sprawa do ustalenia przy podpisaniu umowy. Moje poprzednie mieszkanie mialo taki karpet (stary) a pod spodem drewniana podloge w calkiem dobrym stanie, wiec poprosilam gospodarzy o zdjecie starego karpetu i odswiezenie podlogi.
Bardzo mi sie podoba ten system, bo czlowiek nie bierze slubu z lodowka i nie przewozi jej z jednej chalupy do drugiej, ani tez nie jest przypisany do mieszkania czy tez sprzetow.
Tutaj ludzie przeprowadzaja sie naprawde czesto i nikt nie inwestuje w wyposazenie czyjegos domu, a gospodarze jesli wynajmowanie jest dla nich zrodlem dochodu maja obowiazek dbac o swoje mienie.
W takim ukladzie mozna sie przeprowadzac z jednego mieszkania do drugiego majac tylko lozka, stol i krzesla, tyle mniej wiecej mielismy wyprowadzajac sie od Vicky.

Tuesday, February 16, 2010

Ostatnie podrygi Vincenta

Bylam w wczoraj na ostatanim spotkaniu z Vincentem.
W zasadzie to mialam isc w ubiegly poniedzialek, ale mi sie nie chcialo, wiec zadzwonilam i powiedzialam mu, ze jestem chora. Ale sie Vincent zawzial i zadzwonil w piatek, ze on jednak koniecznie chcialby sie spotkac ten "ostatni" raz i przekazac mi swoje madrosci.
Zesz kurwa, mial na to 5 tygodni, to co? nie przekazal?
Ale ja czasem grzeczna dziewczynka bywam, wiec zgodzilam sie na to spotkanie, doskonale zreszta zdajac sobie sprawe o co mu chodzi.
Wiadomo, ze bedzie mnie chcial namowic na kontynuowanie spotkan, przeciez na tym zarabia, logiczne i trudno go nawet o to oskarzyc.
Poszlam, posiedzielim, pogadalim popatrzyl na moj "spis do jadla" i jeszcze raz sie zachwycil jak to ja sobie dogadzam. A czemu mialabym sobie nie dogadzac? ale przelknelam i nic nie powiedzialam.
-- To jakie doswiadczenia, czy pozytywne wrazenia wynioslas z tych 5 tygodni? - zapytal.
-- Przede wszystkim odpowiednia wielkosc porcji, balans jedzenia i to chyba wszystko - odpowiedzialam zgodnie z prawda.
Bo faktycznie gdyby sie czlowiek sugerowal wielkoscia porcji restauracyjnych to bedzie jadl za 3 osoby. My ze Wspanialym jak idziemy do restauracji to zamawiamy jedno danie na nas dwoje i czesto jeszcze czesc zostawiamy.
-- A myslisz, ze mozesz sobie radzic dalej sama? - zapytal.
Durne pytanie, przeciez on nic za mnie nie robil, to ja przyrzadzam swoje wlasne jedzenie, to ja ustalam sobie jadlospis i ewentualne spotkania z bajglem, czy tez wyprawe na dziczyzne, oraz torciki z okazji urodzin Wspanialego.
-- Pewnie, ze tak - odpowiedzialam zdecydowanie.
Przez moment panowala niewygodna cisza, bo ta moja pewnosc go chyba jednak zaskoczyla.
Ale po chwili zaczal znow:
-- Wiesz wszyscy tak mowia na ostatnim spotkaniu..
I tu Vincent popelnil powazny blad, bo mnie mozna powiedziec wiele rzeczy, ale jednego czego wrecz nie wolno, to porownywac mnie do wszystkich, nawet w przypadkach kiedy zachowuje sie jak wszyscy.
No nie lubie.
-- ... ale wiesz jaka jest natura ludzka - kontynuowal - czlowiek lubi sprawdzac swoje mozliwosci i przesuwac sobie linie ograniczen i tak najpierw tylko troszeczke, w nastepnym tygodniu troche wiecej, a potem jeszcze wiecej i zanim sie zorientuje..
-- Ja nie chce tego sluchac! - przerwalam mu kategorycznie.
Byl tym wyraznie zaskoczony, co dawalo sie wyraznie odczytac z wyrazu jego twarzy.
-- Ale ja tylko chce uprzedzic..
-- Nie Vincent! Ty nie masz nic uprzedzac, Ty miales mnie motywowac, a nie mowic mi, jak latwo jest wrocic do dawnych nawykow. Ta nasza rozmowa, widze jest wielka pomylka.
Probowal jeszcze z tego jakos wyjsc z twarza, ale juz sie nie dalo, sam sie zapedzil w kozi rog i nie bylo z tego eleganckiego wyjscia.
Rozstalismy sie i po mojej stronie zdecydowanie pozostal niesmak.
Ja rozumiem, ze to jest jego priorytetem, ja rozumiem, ze jak klientka przychodzi do mnie na jakis zabieg, to ja tez spodziewam sie, ze to nie bedzie jednorazowa wizyta, ale querwa istnieja jakies granice uczciwosci, jakas etyka zawodowa(!!!)
Wystarczylo gdyby pochwalil, ze w ciagu tych 6 tygodni schudlam 4 kg, zeby dal mi szczere wskazowki jak postepowac zeby nie wpasc z powrotem na dawne tory i tylko nadmienic, ze gdybym ewentualnie nie dawala rady, to zawsze moge wrocic, zadzwonic.. Taka gra, bylaby fair.
Natomiast malowanie przede mna wizji upadku calego planu, przekreslilo wszystko i przede wszystkim przekreslilo jego w moich oczach. A co za tym idzie nawet mozliwosc ewentualnego polecenia go komus innemu.
Czy naprawde tak ciezko zrozumiec, ze jeden niezadowolony klient jest bardziej wplywowy niz dziesieciu zadowolonych?
Nie bede sie nad tym zastanawiac, to Vincenta problem nie moj.
Ja jestem przygotowana do dalszej walki z moja nadwaga i jestem dosc dobrze przygotowana.
Zanabylam sobie notatnik, w ktorym nadal bede zapisywac co jem i co wkladam w dziob poza posilkami, wielkosc porcji juz tak weszla mi w krew przez te kilka tygodni, ze jak wracam z zakupow to natychmiast biore wage i porcjuje mieso, wiem na co moge sobie pozwolic od czasu do czasu, bo do wyrzeczen to ja zdolna nie jestem i sie na nie nie pisze. To nie jest dieta, to jest sposob na zycie!
Zajelo mi 5 lat zeby dojsc do stanu w jakim jestem i wcale nie zalezy mi na tym, zeby sie tego pozbyc w ciagu 3 miesiecy.
A do tego wszystkiego Vincent dodal jeszcze wkruwa giganta.
A ja wkurwiona jestem najbardziej efektywna, wiec ratuj sie kto moze:))

Slowo kluczowe

Obsada:
Stardust - ja we wlasnej osobie wystepujac zawodowo, czyli jako kosmetyczka
Andrea - klientka zamieszkujaca obecnie w Washington DC, jedna z moich pupilek, ktora kilka lat temu rozeszla sie z mezem bufonem.
Michael - nieobecny cialem byly maz Andrei, zwany przeze mnie bufonem, na co zdecydowanie zasluzyl w czasie i po rozwodzie.

Poniedzialek wieczor dzwoni telefon, przed podjeciem sluchawki zerkam na ekranik.
-- Hi Andrea:)
-- Stardust!!! kochana jak ja tesknie za Toba!!!
-- Ja tez, ja tez.
-- Ale chyba przyjade dopiero w marcu, a na razie to chcialam sobie zamowic u Ciebie kilka produktow pielegnacyjnych.
-- Nie ma sprawy, powiedz co potrzebujesz i ja wysle.
-- Nie, Ty nie bedziesz wysylac, ktos przyjdzie, zaplaci i odbierze wszystko od Ciebie.
-- OK, to nawijaj czego potrzebujesz?
-- Zdecydowanie potrzebuje krem, tonik i moze cos jeszcze, wiesz jest zimno i moja cera jest bardziej wysuszona niz zwykle.
-- To do tonika i kremu dorzucimy Lipiad
-- Co to Lipiad?
Tu nastepuje moje dosc nudne tlumaczenie co to jest Lipiad lacznie z uzasadnieniem skutecznosci i sugestiami jak uzywac.
-- A wiesz, kto przyjdzie to od Ciebie odebrac? - wtraca Andrea.
-- Narazie nie wiem, ale domyslam sie, ze mi powiesz..
-- Michael.
-- Mmmm ten sam Michael z ktorym kilka lat temu zesmy sie rozwiodly?
-- Tak ten sam, bo wiesz. My ciagle pracujemy w tej samej firmie, on mieszka w NY a ja w Washingtonie, ale on tu czasem przyjezdza i kilka razy rozmawialismy..
-- Taaaak? - wtracilam.
-- Tak, ale to nie jest historia na telefon, ja Ci to wszystko opowiem, ale narazie to chce skorzystac z okazji, ze on mi moze te wszystkie produkty dostarczyc tutaj.
-- No dobrze, mnie tam blaszka, ale mam nadzieje, ze nie zapomnialas...
-- Pamietam, pamietam i narazie nic sie nie dzieje... chociaz on twierdzi, ze chcialby sie zobaczyc z moimi rodzicami i ich przeprosic.
Nie zareagowalam.
-- Ale wiesz co? moze powinnam tez kupic od razu krem pod oczy? bo jeszcze troche mam, ale sie konczy?
-- Jak uwazasz, ja tam chetnie dorzuce krem pod oczy - powiedzialam dopisujac do listy krem pod oczy.
-- Ale powiedz mi ile to mniej wiecej bedzie wszystko kosztowalo?
-- Poczekaj zaraz policze...
-- Aaaaa dodaj jeszcze serie 5 zabiegow regulacji brwi.
Dodalam.
-- To wszystko razem z brwiami plus podatek to jakies $500.00 - powiedzialam.
-- Shit!!
-- Co shit?
-- No bo ja mu powiedzialam ze potrzebuje tylko krem i tonik i powiedzialam, ze to bedzie kosztowac ok. $150.00 ale on powiedzial, zebym sie nie martwila o pieniadze..
-- Poczucie winy - wtracilam.
-- Oj tak, WIELKIE poczucie winy. Ja mu powiedzialam, ze on ma te produkty odebrac od Ciebie i zapytalam czy sie nie boi, bo Ty go mozesz zabic. Ale powiedzial, ze nawet jakbys go naprawde zabila to wie, ze na to zasluzyl.
Coraz bardziej mi sie to nie podoba, ale coz ja moge? szczegolnie przez telefon?
Pozostaje miec tylko nadzieje, ze do marca, zanim do mnie przyjedzie, nie wyjdzie za niego powtornie za maz.
-- Andrea, to moze ja jeszcze dopisze do tego serie brazylijskiego woskowania bikini?
-- NIE!!! Tego nie mozemy dopisac! Przeciez ja z nim nie spie.
Uffff odetchnelam z ulga, pokretna droga, ale uzyskalam odpowiedz na to co chcialam.
-- To co, ze z nim nie spisz, niech placi za przyjemnosc tego, z kim spisz - zazartowalam.
-- Aaa i jeszcze jak on sie czuje tak bardzo winny, to zapytaj go czy jest sklonny zmienic przynaleznosc partyjna? - dodalam po chwili.
-- Hahahaha no tak, MY nie lubimy Republikanow - zarechotala.
-- Ale ja caly czas mysle, czy nie przesadzam z ta lista? - zapytala.
-- Czy mam rozumiec, ze to on placi?
-- Na to wyglada, skoro powiedzial, zebym sie nie martwila o pieniadze..
-- Andrea, pamietasz w jakiej sytuacji postawil Cie z domem?
-- Pamietam, wiem, nawet jak zaplaci to i tak zasluzyl na to, bo ja stracilam wtedy duzo wiecej. Tylko, chodzi mi o to, zeby nie stwarzac niewygodnej sytuacji..
-- Wiem i zgadzam sie z tym. To moze zrob tak, zadzwon i powiedz, ze to wszystko bedzie kosztowalo okolo $500.00 i dodaj, ze zdajesz sobie sprawe, ze to wiecej niz powiedzialas poprzednio, a na koniec zapytaj na ile on chce zebys Ty w tym partycypowala.
-- No dobrze, zapytam ile ja mam zaplacic, masz racje, tak bedzie lepiej.
-- Nie, nie, nie "zaplacic" slowem kluczowym jest "partycypowac" w ten sposob dajesz mu do zrozumienia, ze uwazasz za normalne, zeby to on zaplacil, nalezy Ci sie to jako zadoscuczynienie poniesionych strat przy i po rozwodzie. Jednoczesnie wykazujesz dobra wole i nic wiecej. Facet ma poczucie winy, to sie nie zdarza czesto takim typom jak Michael. Pamietasz jak Cie zostawil z tysiacami do splacania domu? Partycypowac. Rozumiesz? Pytanie ma brzmiec "na ile chcesz zebym ja partycypowala?" On nie reagowal kilka lat temu na Twoje problemy, to Twoi rodzice pomogli Ci splacic dom, Michael to olewal a teraz chce ich przeprosic. Wiec niech go te przeprosiny tez kosztuja chociaz troche.
-- Rozumiem - przyznala mi racje - Ty to jestes moj life coach (guru)! Co ja bym bez Ciebie zrobila?
-- Nie wiem co bys zrobila, ale wiem, ze obok mnie caly czas siedzi Wspanialy i slyszac nasza rozmowe, ma coraz bardziej glupia mine - powiedzialam.
-- O shit!! Biedny Wspanialy, ucaluj go ode mnie.
-- Ucaluje - obiecalam.
-- To juz lepiej skonczmy, a reszte pogadamy jak przyjade. Postaram sie przyjechac w marcu.
-- Zanim skonczymy, to mi powiedz, jakie jest slowo kluczowe rozmowy z Michaelem?
-- Hahahaha PARTYCYPOWAC !!!! Kocham Cie!!!!
-- Ja tez Cie kocham.
Kurtyna.

Monday, February 15, 2010

Subway'owe porno

Ida zainspirowala mnie do napisania tej notki.
Przyznam, ze czasem myslalam o tym, ale jakos nigdy nie mialam wystarczajaco odwagi, zeby to wydarzenie opisac, ale jak przeczytalam post Idy to stwierdzilam, ze skoro ona mogla, to dlaczego nie ja?
Ze niby moja opowiesc zakrawa na pornografie? no chyba tu sami dorosli?
Bylo to zdecydowanie w ciagu pierwszego roku mojego pobytu w Nowym Yorku, a w zasadzie bylo to pierwsze lato. Lato bywa tutaj nie tylko upalne, ale przede wszystkim wilgotnosc powietrza jest tak wysoka, ze nie ma czym oddychac, jeszcze gorzej jest w tunelach subway'a, pod ziemia.
W tamtych czasach bardzo czesto psula sie klimatyzacja w pojedynczych wagonach, wiec jak czlowiek trafil do takiego wagonu bez klimatyzacji to i owszem mial luz i mogl siedziec, ale jednoczesnie czul sie jakby siedzial w kotle z goraca grochowka. Ciezkie, lepiace powietrze, pot zalewajacy oczy, stad to skojarzenie z grochowka, lepiaca, gesta, zawiesista zupa.
Takie wagony mozna bylo rozpoznac juz na peronie, jak pociag zwalnial do zatrzymania sie, jesli wagon pusty, to wiadomo, nie ma klimatyzacji. Wtedy kto zyw pchal sie do przepelnionego wagonu, co znow ze wzgledu na zageszczenie pasazerow wcale nie gwarantowalo przyjemniejszej podrozy.
Bo i owszem niby troche chlodniej, zwlaszcza jak sie stoi tuz przy wylocie zimnego powietrza, ale z drugiej strony niewygodnie, jak ktos trzyma czlowiekowi kolano w watrobie i lokciem narusza lewe pluco. Pasazerowie siedzacy mieli jeszcze gorzej, bo do nich juz nie dochodzilo zimne powietrze, a w zamian za to mieli swieza dostawe wyziewow tych stojacych nad nimi.
Slowem jakbys czlowieku sie nie ustawil, to dupa z tylu.
I wlasnie takiego goracego, letniego dnia wracalam do domu z Manhattanu, czekala mnie daleka jeszcze podroz, bo mieszkalismy przy ostatnim przystanku linii, wiec zdecydowanie trwalo to ok. 40-45 min. Bylam wykonczona tym upalem, bo organizm jeszcze nie przyzwyczajony i bylo mi obojetnie jak i w jakich warunkach, ale zdecydowanie chcialam siedziec.
Podjechal pociag i zauwazylam, ze w polowie wagonu, ktory zatrzymal sie tuz przed mna jest tlum ludzi, a druga polowa wrecz pusta. Weszlam i szybko wypatrzylam sobie miejsce miedzy dwoma mezczyznami, siedzacymi posrodku wagonu. Siadlam i dopiero wtedy zaczelam sie rozgladac za przyczyna tego dziwnego rozmieszczenia pasazerow wagonu.
Klimatyzacja dzialala, ale poczulam, ze w tym przyjemnym chlodzie jest domieszka dziwnego zapachu, a w zasadzie to nie byl zapach tylko smrod!!
Po mojej lewej klebil sie tlum ludzi, a po prawej pusto, ja i dwaj panowie siedzimy na srodku wagonu i nikt nie wychylal sie poza nasza linie w kierunku na prawo.
Spojrzalam jeszcze raz w prawo i wtedy zauwazylam.
W rogu wagonu po prawej stronie siedzial, a w zasadzie zwisal w jakiejs bezwladnej pozycji bezdomny czlowiek i to on byl przyczyna tego smrodu. No tak, normalny czlowiek po wyjsciu spod prysznica w mieszkaniu bez klimatyzacji zaczyna sie pocic zanim sie dobrze wytrze recznikiem, a co dopiero cialo, ktore pewnie nie mialo kontaktu z woda, nie mowiac o mydle od conajmniej kilku dni.
Nic, postanowilam, ze w imie obolalych nog jestem gotowa poniesc ofiare w postaci zanieczyszczonego smrodem powietrza. Wyjelam z torby jakas gazete czy tez ksiazke i usilowalam czytac, zeby odwrocic moja uwage od trudnosci podrozy.
Przejechalismy kilka stacji i nagle poczulam, ze smrod uderzyl ze zdwojona sila i natychmiast po lewej stronie wagonu zrobil sie poploch. Slyszalam, ze ktos otworzyl drzwi laczace ten wagon z nastepnym i czesc pasazerow z piskiem kobiet zaczela sie przeciskac do sasiedniego wagonu.
Domyslajac sie, ze zrodlem paniki jest mocno "pachnacy" pasazer, spojrzalam w jego kierunku i wtedy zobaczylam!!!
Bezdomny czlowiek obudzil sie i zaczal sie poruszac, co powodowalo wyzwolenie zwiekszonych sil smrodu. Najpierw myslalam, ze on tylko chce usadowic wygodniej swoje cialo.
Alez nie!!
Ten facet zlapal sie reka za sluzacy do trzymania sie drazek, zawieszony tuz nad jego glowa i podciagnal sie do pozycji stojacej. W momencie kiedy jego cialo zaczynalo powoli przybierac pozycje pionowa, to rownie powoli jak w zwolnionym filmie spadaly mu spodnie i ukazala sie gola dupa z dyndajacym, pokaznych rozmiarow bananem miedzy rozstawionymi dla utrzymania rownowagi nogami.
Szybko ocenilam sytuacje i stwierdzilam, ze siedzac miedzy tymi dwoma normalnymi pasazerami moge sie czuc bezpieczna i ambitnie dojechalam do konca.
Potem opowiadalam te przygode Owczesnemu, ktory z zaskoczeniem zapytal:
-- I Ty nie ucieklas?
-- A czemu mialam uciekac? nikt mnie nie atakowal, a penisa juz widzialam wczesniej - odpowiedzialam wzruszajac ramionami.
-- No, co prawda nie takiego koloru i nie takich rozmiarow - dodalam po chwili.
Jak widac w nowojorskim metrze wszystko zdarzyc sie moze;)
Chociaz nigdy wiecej juz nie trafil mi sie podobny pokaz:)))

Sunday, February 14, 2010

Walentynki czy Wale Tynki?

Wczoraj wieczorem przy "urodzinowej" kolacji Wspanialy zapytal czy kupilam dla niego kartke na Walentynki.
-- No chyba Cie pogielo? przeciez my Walentynek nie obchodzimy
-- Cale szczescie - odetchnal z ulga - bo musialbym leciec z samego rana kupic kartke dla Ciebie.
Jakiez to rozkosznie romantyczne, prawda:))
Ale nam jakos to swieto nie lezy, Wspanialy twierdzi, ze generalnie mezczyzni nie lubia Walentynek i jesli, ktorys obchodzi, to tylko pod presja zony. Ja tam zadnego parcia na takie duperele nie mam, wiec dzis zarzadzilam wyjazd do China town na obchody chinskiego Nowego Roku.
Ale wiadomo, ze jak ja cos zarzadze, zwlaszcza w ostatniej chwili to jest na 100% niewypal.
Bo oczywiscie rano zachcialo mi sie pojsc na pedicure, wiec zanim wrocilam do domu i pojechalismy do China town to bylo juz prawie po obchodach.
Ech nic to, zaciagnelam go do mojego ulubionego sklepu Pearl River Mart i zakupilam kilka talerzy, jakies miseczki, pierdoleczki, no ja tam zawsze cos znajde. Wspanialy chodzil grzecznie za mna i tylko dokladal do koszyka, jak juz uznalam, ze wystarczy to pomaszerowalismy do kasy.
Mialam szczere checi zaplacic za to, ale mi nie pozwolil.
-- No co Ty? tylko mi nie mow, ze to prezent walentynkowy? - zazartowalam
-- A czemu nie moglby byc walentynkowy? - zapytal.
-- Jakos taki, malo romantyczny mi sie wydaje - stwierdzilam.
-- Malo romantyczny!!! A Ty to romantyczna jestes?
Zastrzelil mnie z grubej rury, bo ja faktycznie jakas taka nieromantyczna jestem, no chyba mi juz przeszlo to patrzenie sobie w dno oka, trzymanie sie za raczki i wycie do ksiezyca.
-- A tam romantyczna, nieromantyczna, przeciez my Walentynek nie obochodzimy - myslalam, ze udalo mi sie zamknac dyskusje.
-- Kto nie obchodzi, to nie obchodzi, to raczej ja nie obchodze, ale Ty i owszem..
-- Ja!!! Ty chyba chory jestes!! Ja i Walentynki!!! - zarechotalam szyderczo.
-- No jak to nie? a kto w ubieglym roku dostal recznie robiona kartke i $200.00 do wydania wedle wlasnych potrzeb i upodoban?
O ja pierdykam!!! Zupelnie zapomnialam, a tak faktycznie bylo.
-- Wypominasz mi? - zapytalam.
-- Nie wypominam, tylko przypominam - odpowiedzial wampir w ludzkim ciele, z szyderczym usmieszkiem.
-- OK, to w tym roku Ty bedziesz obchodzil Walentynki
-- A w jaki sposob?
-- Pozwole Ci poniesc moje zakupy!!!
Parsknelismy smiechem oboje.
Spedzilismy w ten sposob bardzo romantycznie dzien walentynkowy i mysle, ze tak jak to juz ktos na blogach napisal w naszym przypadku to chyba jednak swieto murarskie czyli Wale Tynki:)))

Saturday, February 13, 2010

Potomek idzie do szkoly

Nareszcie nadeszla wyczekiwana ksiazeczka szczepien dziecka.
Zadzwonilam do Marysi i nastepnego dnia w trojke wybralismy sie do szkoly, okazalo sie, ze jednak Potomek potrzebuje jedno dodatkowe szczepienie. Marysia zaraz umowila wizyte na szczepienie na nastepny dzien i z odpowiednim dokumentem moglam wreszcie zapisac Potomka do szkoly.
Pierwszego dnia zaraz jak go zaprowadzilam, oczywiscie w towarzystwie Marysi, to dostalam w gabinecie dyrektora wytyczne.
Krotko mowiac wytlumaczyli mi jak dziad krowie, ze mam dziecko przyprowadzac do glowego wejscia przy 72 ulicy, ale odbierac o 15ej od tylu szkoly przy 73 ulicy.
Proste jak swinski ogon na deszczu, pomyslalam i poszlam do domu.
Na 10 minut przed 15ta, jak przystalo na przewrazliwiona rodzicielke, bylam juz pod szkola, a w zasadzie za szkola, gdzie mialam dzieciaka odebrac. Nauczyciele wyprowadzali kolejno klase za klasa, rodzice odbierali dzieci, a mojego jak nie ma tak nie ma.
Juz sie zaczelam na powaznie denerwowac jak podszedl do mnie jakis nauczyciel i cos mowil, z czego ja mniej wiecej wykumalam, ze wszystkie dzieci juz poszly i chyba pytal na co ja czekam.
Ja oczywiscie walnelam rutynowym "nie mowie po angielsku" na co on zapytal:
-- A w jakim jezyku rozmawiasz?
-- Po polsku - odpowiedzialam.
Zlapal sie chlop za glowe i cos bakal, ze nie ma zadnej mozliwosci znalezienia kogos kto mowi po polsku, po czym zapytal, czy moze chociaz troche mowie w jakims innym jezyku. Na co ja odpowiedzialam, ze owszem troche to mowie po francusku, bo przeciez uczylam sie kiedys francuskiego w liceum, fakt lata temu, ale mialam wrazenie, ze jakos sobie poradze.
Przykazal mi cierpliwie czekac gdzie stoje i obiecal wrocic z kims, kto mowi po francusku.
Stalam tam cala w nerwach i probowalam sobie przypomniec jakies "polonaise, garson, petit"
Kurwa, nie trzymalo sie to wszystko kupy, ale ja bylam juz tak wystraszona zaginieciem mojego dziecka, ze cudem sie tylko powstrzymywalam przed wybuchem placzu polaczonym z tupaniem.
Po chwili zobaczylam, ze ten facet nadchodzi w towarzystwie jakiejs kobiety. Jak juz podeszli do mnie blisko to ja cala w nerwach zaczelam:
-- Boy... from Poland... first day school...
Nawet nie zwrocilam uwagi na fakt, ze zarowno jemu jak i jej w tym momencie szczeka opadla na wysokosc kolan i on dosc glosno zawolal:
-- Ty mowisz po angielsku!!!
Kryste!!! Takim to sposobem, ze strachu zaczelam mowic po angielsku.
Ale dziecka jak nie bylo, tak nie ma, na chuj mi angielski - pomyslalam zrozpaczona.
Jakos starali mi sie wytlumaczyc, ze pewnie nie zauwazylam i Potomek poszedl juz do domu, bo mieszkalismy tylko 3 ulice od szkoly. Absolutnie mnie to nie przekonywalo, ale coz mialam zrobic, do oczu naplywaly lzy i juz nie mialam innego wyjscia tylko podziekowac i odejsc.
Tak tez uczynilam, ale juz teraz ze lzami cieknacymi po policzkach postanowilam isc jeszcze raz do glownego wejscia szkoly. Nagle patrze... biegnie moj maly Potomek i z daleka wrzeszczy:
-- Mamusiu!! Oni sa glupie. Zaprowadzili mnie do gabinetu dyrektora, a ja wiedzialem, ze Ty na mnie czekasz od strony boiska, za szkola.. Tylko nie umialem im tego powiedziec, to jak dyrektorka wyszla na chwile, to ja ucieklem.
Mnie juz nerwy puscily w tym momencie i zaczelam ryczec na caly gwizdek, tym razem z radosci, ze sie moje dziecko znalazlo i wlasnie w tym czasie, jak ja radosnie pochlipywalam, podeszla do nas Marysia.
-- Marysiu, a Ty skad sie tu wzielas? - zapytalam pociagajac nosem i ocierajac lzy rekawem.
-- Zadzwonili do mnie ze szkoly, ze Ty po niego nie przyszlas, wiec przyszlam go odebrac, bo myslalam, ze sie cos stalo.
Kurde balagan na cztery fajery!!! Postanowilysmy, ze wrocimy do szkoly i wyjasnimy im, ze ja naprawde nie jestem taka tepa i odrozniam front i tyl szkoly.
Poszlysmy, rozmawialysmy wlasnie z wychowawczynia klasy Potomka, jak ten nagle przestepujac nerwowo z nogi na noge mowi do mnie:
-- Mamus, ale ja musze do lazienki, bo caly dzien nie bylem. Ja nie wiem gdzie jest lazienka.
Kurde mol!!! Okazalo sie, ze wszystko mu pokazali, gdzie klasa, gdzie lunchonetta, gdzie pokoj dyrektora tylko nikomu nie przyszlo do glowy pokazac dziecku gdzie jest ubikacja.
Kto tu jest idiota??
Wkurwiona bylam juz na maksa, Marysia powiedziala nauczycielce w czym problem, ze dzieciak nie wie gdzie jest lazienka. Ta zaczela przepraszac, zlapala go za reke i zaprowadzila. Pozniej poprosila Marysie, zeby mu powiedziala, ze jak tylko chce isc do lazienki to nie musi o nic pytac, ma wstac i wyjsc z klasy.
No chociaz tu wykazala madrosc, odetchnelam z ulga.
Nastepnego dnia okazalo sie, ze szkola znow mnie bardzo pozytywnie zaskoczyla.
Mianowicie znalezli chlopca w piatej klasie, ktory mowil po polsku i nauczycielka razem z dyrektorka zobowiazaly tego chlopca, zeby codziennie przychodzil do szkoly na 10 minut wczesniej i przed lekcjami i spotykal sie z Potomkiem, zeby na biezaco pomagac mu w rzeczach,  z ktorymi Potomek ma problem. Tak samo w czasie przerwy na lunch obaj mieli ten czas spedzac razem zeby pomoc Potomkowi w lekcjach. Tym sposobem Potomek dostal aniola stroza, a ja bylam bardzo wdzieczna temu dzieciakowi, ze tak chetnie i sumiennie wywiazywal sie z opieki nad Potomkiem.
Po dwoch tygodniach chodzenia do szkoly Potomek stwierdzil, ze jest bardzo zmeczony.
-- A czym Ty jestes zmeczony, synku? - zapytalam, bo wiedzialam, ze generalnie zostal zwolniony z odrabiania pracy domowej z wyjatkiem matematyki, ktora na calym swiecie jest jednakowa, wiec troche mnie to dziwilo.
-- Mamo jak wszystkie dzieci w klasie chcialaby sie zawsze z Toba bawic i z Toba rozmawiac, a Ty ich nie rozumiesz, to nie bylabys zmeczona?
Dzieki temu Potomkowemu stresowi ja doszlam do wniosku, ze dzieci ucza sie szybciej bo nie maja obawy, ze cos powiedza zle, ze cos przekreca, ze sie osmiesza. Postanowilam to wykorzystac w mojej nauce i od tamtej pory rozmawialam po angielsku gdzie sie tylko dalo i z kim sie dalo.
Niestety to ja swiadomie pozbylam sie tej bariery, a moje dziecko budowalo sobie ja coraz wieksza.
Chodzil do szkoly ale nikt nigdy poza tym chlopcem nie slyszal jego glosu.
Po dwoch miesiacach poszlismy z Owczesnym na wywiadowke. Tutaj sa zupelnie inne wywiadowki niz te, ktore ja pamietam jeszcze z moich szkolnych czasow w Polsce. Nie ma nasiadowki wszystkich rodzicow z klasy, tylko rodzice stoja w kolejce do kazdego nauczyciela osobno i rozmawiaja o swoim dziecku indywidualnie. Ja na tej pierwszej wywiadowce to bylam w sumie tylko do ozdoby, bo i tak cala gadke prowadzil Owczesny, na tyle na ile sam umial, on byl w Stanach rowniutko, co do dnia, rok dluzej niz ja.
I tak w czasie tej rozmowy nagle patrze, a Owczesnemu sie glos zalamuje i oczka jakies mokre robia, nie powiem znow sie wystraszylam.
Ale sie okazalo, ze to z dumy doznal takiego wzruszenia. Nauczycielka pokazla nam "wypracowanie" jakie Potomek napisal na temat "moja ulubiona ksiazka" i w 5 zdaniach (jakie udalo mu sie samodzielnie stworzyc) calego wypracowania nie bylo ani jednego bledu(!!!) A w zasadzie to byl, tyle ze w polskim tytule ksiazki:))
Dostalismy to wypracowanie do wgladu, nauczycielka stwierdzila, ze fakt, nigdy nie slyszala glosu Potomka, ale skoro napisal bezblednie to juz jest ogromny plus. Dodala tez, ze czasem widzi jak Potomek jakos dogaduje sie z dziecmi innych narodowosci, wiec nie ma powodu do zmartwienia.
Powiedziala, ze ona go nie bedzie zmuszac do mowienia, bo to moze tylko poglebic stres, a on sie kiedys w swoim czasie sam odezwie. Tez mialam taka nadzieje...

Mlot pneumatyczny

Jestem mlot pneumatyczny, bo przeciez nie normalny mlotek, czy maly mloteczek.
Do takiej konkluzji doszlam po otrzymaniu wyroznienia od Margo (jeszcze raz dziekuje), bo ja to cham prosty jestem i nie mam pojecia jak sie z takimi prezentami obchodzic.
Wczesniej juz dostalam prezencik ot Mamuski73, to se wzielam, wkleilam na blogu, owszem podziekowalam i na tym.. koniec.
No chamidlo;)
Teraz dopiero wypatrzylam i wykumkalam, ze to sa prezenty na zasadzie "podaj dalej"
No, coruniu wstyd i obciach miedzynarodowy!!! ;((
To teraz biegusiem w podskokach nadrabiam i tak
Kreative Blogger przyznaje dla TribuDragon, Chris i Malinconia
I love your Blog otrzymuja AnetaCuse, Gosia, Seba i najmlodszy ze znanych mi blogowiczow SuperKris.
Teraz moge odetchnac z ulga;)))

Marzenia Wspanialego

W czwartek wieczorem juz lezelismy w lozku i ogladalismy wiadomosci kiedy nagle uslyszalam, ze "cos" mi brzeczy obok. Zaczelam sie przysluchiwac..
Okazalo sie, ze to Wspanialy planowal swoj weekend:
-- W sobote sa moje urodziny, w niedziele jest Valentine's Day, w poniedzialek jest President's Day (swieto, wolne od pracy) O slodki Boze! Trzy dni pod rzad seksu!!! A przy odrobinie szczescia moze uda mi sie jeszcze wynegocjowac piatek...

Ot marzyciel:))

Happy Birthday Magnificent!!!

Friday, February 12, 2010

Poczatki nowego zycia

Normalne zycie zaczelo sie zaraz po tym pierwszym weekendzie.
Vicky i Owczesny szli do pracy a ja zostawalam na placu boju, uzbrojona li tylko w moja inwencje tworcza i ich dobre rady i ostrzezenia.
Przy telefonie (nie bylo jeszcze sekretarek) mialam kartke z fonetycznym zapisem "Nie mowie po angielsku, prosze zadzwonic po 16tej" bo wiadomo, ze telefon odebrac musialam, na wypadek gdyby to dzwonila Vicky, Owczesny, lub Marysia.
Marysia byla kolezanka Vicky, rowniez polskiego pochodzenia i bardzo ja lubilam.
Nie pracowala, mieszkala jakies 10 minut drogi od nas i w przeciwienstwie do samej Vicky byla dla mnie doskonalym zrodlem wartosciowych rad i pomocy. Vicky, jakkolwiek kobieta o zlotym sercu, na niewielu rzeczach sie znala, albo nie chciala znac, a przede wszystkim byla za leniwa zeby zglebiac lub poszerzac jakas wiedze, a tym bardziej jeszcze komus ja przekazywac.
Dewiza zyciowa Vicky bylo "ja do domu nieudana" i "zakonnice w szkole mnie przeklely, to ja na maz nigdy nie poszla" I faktycznie tak bylo, dla przykladu powiem Wam jak Vicky gotowala rosol, zreszta jedyne co twierdzila, ze potrafi ugotowac(???).
Wiec, w sobote lub niedziele o 10 rano Vicky zabierala sie do gotowania. W tym celu wyjmowala z lodowki wczesniej zakupione "skrzydlki" kurczaka, marchew i cebule. Skrzydlki wrzucala do gara, dodawala obrana marchew i cebule, z tym, ze marchew w calosci, a cebule dziabnieta na cwiartki.
Zalewala to wszystko duza iloscia wody, stawiala na kuchence i szla spac.
Budzila sie w zaleznosci od humoru, czyli moglo to byc w poludnie, wtedy zagladala do gara, dodawala sol i gotowala nadal, wcale nie regulujac wielkosci plomienia pod garem.
Jesli obudzila sie pozniej i po zagladnieciu do gara, okazalo sie, ze woda sie wygotowala to uzupelniala jej ilosc zimna kranowa, sypala sol i gotowala dalej tak dlugo dopoki nie stwierdzila, ze jest glodna.
Jak byla glodna, to uznawala, ze rosol jest gotowy, zupelnie nie przejmujac sie smakiem.
A gotowala, bo miala czasem taka ochote, trudno jej bylo przetlumaczyc, ze nie musi. Dodatkowo Vicky opiekowala sie starsza i chora pania Gienia, ktora kiedys byla jej niania. To Vicky dokarmiala biedna Gienie tymi swoimi wyczynami kulinarnymi. Dopiero jak sie zorientowalam w czym rzecz, to sama przygotowywalam niedzielne posilki dla Gieni. W zwiazku z moim przejeciem kuchni Vicky byla bardzo zadowolona, co wieczor po obiedzie szla prosto do telefonu i wydzwaniala do swoich kolezanek, zaczynajac kazda rozmowe od slow "my dzisiej jedli" a konczac na "ona moze gotowac we francuska restauracja"
Tutaj nalezy wspomniec, w kwestii wyjasnienia, ze mieszkalismy razem.
Dom byl wlasnoscia Vicky, ona tam wczesniej mieszkala ze swoja kuzynka, ktora zmarla kilka miesiecy przed moim przyjazdem i Vicky bala sie sama mieszkac, wiec przez jakichs wspolnych znajomych, droga lancuszkowa Owczesny zostal namowiony na zamieszkanie z nia. Gore domu wynajmowala samotnej policjantce, ktora lata pozniej odkupila od Vicky rowniez dol i opiekowala sie nia az do smierci, bo Vicky zmarla 7 lat temu.
Warunki mieszkalne byly przyzwoite, tanio i byla rowniez osobna sypialnia dla Potomka, wiec Owczesny sie zgodzil. W sumie mieszkalismy tam przez 5 miesiecy, czyli do czasu otrzymania mieszkania miejskiego, o ktore moglismy sie starac dopiero po naszym przyjezdzie bo potrzebne byly nasze dokumenty.
No wlasnie, trzeba bylo zalatwic dokumenty, a w zasadzie to jeden najwazniejszy dokument czyli tzw. Karty Social Security. Pojechalismy do tego biura oczywiscie z Marysia, bo zdecydowanie nie poradzilabym sobie bez tlumacza. Zajelo nam to prawie caly dzien, ale zalatwilysmy wszystko lacznie z odciskami palcow i inne duperele, teraz tylko nalezalo czekac na gotowe karty, ktore mialy przyjsc poczta.
Na szczescie tlumaczenia wszystkich dokumentow w sensie aktow urodzenia itp. przywiozlam juz gotowe z Polski, ale nie przywiozlam ksiazeczki szczepien dziecka, a to bylo bardzo wazne.
Bez dowodu szczepien, dzieciaka nie moglam zapisac do szkoly, albo musialby przejsc na nowo wszystkie szczepienia hurtem, co oczywiscie nie bylo madrym posunieciem.
Zadzwonilam do domu i poprosilam rodzicow zeby przyslali, listy w tamtych czasach szly ok. miesiaca a tym bardziej polecone, tak wiec Potomek siedzial caly miesiac w domu zanim poszedl do szkoly.
Odbilo sie to na nim negatywnie, bo przez ten miesiac zorientowal sie, ze nikt jego nie rozumie i on tez nic nie rozumie, zamknal sie w sobie i nawet jak dzieci z okolicy przychodzily prosic, zeby sie wyszedl pobawic to za nic na swiecie nie chcial.
Ja natomiast przywiozlam sobie ksiazki do samodzielnej nauki angielskiego i probowalam sama w domu jakos sie uczyc, szlo mi to jako tako, bo niby uczylam sie pojedynczych slow i zasad gramatyki, ale nie potrafilam ich sensownie zastosowac.
No i oczywiscie zaczynajac od podstaw czyli niejako angielskiego elementarza, mialam zupelnie inne potrzeby niz te pierwsze ksiazkowe lekcje. Ksiazka uczyla czegos podobnego do "Ala ma kota" a ja potrzebowalam isc do sklepu i zrobic zakupy, a to juz bylo bardziej skomplikowane.
W dodatku slyszlam juz historie jak to maz znajomej poszedl po zakupy i wrocil z 6 puszkami kociego zarcia, bo "byly tanie" a nie zobaczyl na nich kota. Nie bardzo usmiechalo mi sie popelnic podobna gafe.
Pamietam jak poszlam pierwszy raz po zakupy do duzego marketu z Marysia.
Tu musze wyjasnic, ze ja bylam wychowana przez kobiete, ktora znakomita wiekszosc zycia spedzila w pozycji stojacej z obawy, ze jak usiadzie to sie spodniczka pogniecie, kobiete, ktora wychodzac ze smieciami musiala miec umalowane usta. I chyba cos z tego we mnie wsiaknelo:) bo do tego sklepu zrobilam sobie loki piekne, makijaz pelny, odpicowalam sie jak stroz na Boze Cialo, obowiazkowo szpilki i zadzwonilam do Marysi, ze jestem gotowa.
Spotkalysmy sie przed sklepem, zupelnie nie zwrocilam uwagi na to, ze Marysia szacujacym wzrokiem przeleciala mnie od gory do dolu i z powrotem. Wzielam wozek i zaczelysmy spacer miedzy regalami.
Od czasu do czasu przystajac zeby obejrzec kolejne produkty, bo przeciez mialam sie zamiar nauczyc, a nie prosic Marysie o pomoc przy kazdych zakupach. W duzych marketach mozna zrobic zakupy bez koniecznosci mowienia, nawet ostateczne "thank you" przy odbieraniu reszty nie jest obowiazkowe, ale jakies podstawowe rozeznanie jest pomocne.
I jak tak chodzilysmy to w pewnym momencie podszedl do nas jakis facet i cos zaczal rozmawiac z Marysia. Ja spokojnie czekalam az skoncza, bo przeciez i tak nie rozumialam slowa, a w zasadzie to rozumialam tylko jedno "Poland", ale o co chodzilo to nie mialam pojecia.
Facet rozmawiajac z Marysia od czasu do czasu spogladal na mnie, grzecznie z milym usmiechem, ale to mnie tez nie dziwilo, bo ja wtedy bylam laska i dosc czesto wzbudzalam takowe spojrzenia, jak i zainteresowanie plci przeciwnej.
Ot co tam!! Pomyslalam sobie dumnie.
Jak wreszcie sobie poszedl to zapytalam Marysie co on chcial?
-- To byl menadzer sklepu, przyszedl zapytac skad Ty przyjechalas? - odpowiedziala Marysia.
Oniemialam!!!
-- Jak to maenadzer? jak to skad przyjechalam?? nie rozumiem, a co go to obchodzi? i w ogole jak to przyjechalam? a skad on wie, ze ja tutaj nie mieszkam od lat? zna wszystkich klientow? - zarzucilam Marysie potokiem pytan.
-- Nie no, nie zna wszystkich klientow, ale Ty sie wyjatkowo rzucasz w oczy - zaczela wyjasniac.
-- ??? rzucam sie w oczy!!! a dlaczego??
-- Rozejrzyj sie dookola, wszyscy normalnie ubrani, na luzie, a Ty jedna jakbys przyszla do teatru - odpowiedziala Marysia z usmiechem.
-- Wiesz tutaj ludzie raczej ubieraja sie bardzo swobodnie, zwlaszcza jesli ida po ziemniaki do sklepu. Ja nie chce, zebys sie obrazila, albo zle zrozumiala, bo to bardzo ladnie, ze tak o siebie dbasz, ale tez nie badz zdziwiona, ze to sie rzuca w oczy.
Do konca zycia tego nie zapomne:)) Z czasem mi przeszlo, ale na poczatek nie moglam zrozumiec, jak kobiety wystrojone do pracy, w eleganckich kostiumach paraduja w ciezkim obuwiu sportowym po miescie, a najczesciej widzialam takie kobiety w subway'u.
Dopiero potem, jak juz sama zaczelam dojezdzac do pracy i nie zawsze moglam liczyc na miejsce siedzace, zrozumialam, ze to sportowe obuwie to dla wygody stania w zatloczonym pociagu, a dopiero w biurze panie zmieniaja obuwie na eleganckie. No wszystkiego czlowiek sie musi nauczyc na wlasnej skorze:)
Nastepne zakupy robilam juz sama, menadzer jak mnie widzial to zawsze wital usmiechem, chociaz staralam sie nie rzucac tak bardzo w oczy, ale to troche trwalo, zanim pozbylam sie odpowiednich lancuszkow genetycznych.
W zwiazku z zakupami to nawet stworzylam sobie moj wlasny slownik polsko-angielski i odwrotnie.
Wiadomo, ze wiekszosc zakupow mozna zrobic odczytujac obrazki na opakowaniu, ale jednak sa takie rzeczy, ktorych nie da sie ocenic z obrazka, albo i w ogole nie ma na opakowaniu obrazka.
Wiec siedzialam w domu i czytalam ogromne dwa tomy slownikow (jednen polsko-angielski, drugi angielsko-polski) i wypisywlam z nich do zeszytu slowa, ktore mialy jakis zwiazek z jedzeniem.
W ten sposob jak czegos potrzebowalam to juz nie musialam szukac w calym slowniku, tylko zagladalam do mojego slowniczka. To pisanie mialo tez jeszcze inny sens, mianowicie, ja mam pamiec wzrokowa, wiec jak pisalam to te slowa szybciej zapadaly mi w pamiec niz takie zaslyszane raz na jakis czas.
Owczesny sie czasem podsmiewal, ze nauczylam sie angielskiego przez zoladek, a ja wiedzialam, ze dzieki temu nigdy nie nakarmilam go kocim zarciem:))
Dodatkowo wiele czasu spedzalam na pisaniu listow do rodziny i znajomych w Polsce.
Pamietam tez swiete oburzenie mojej mamy, jak w jednym z pierwszych listow napisalam cos o Ameryce uzywajac stwierdzenia "u nas". Moja rodzicielka nie potrafila zrozumiec jak ja moglam tak napisac?
A dla mnie to bylo normalne, bo dla mnie tutaj to od samego poczatku bylo u nas.
Jak chodzilam po sklepach i urzedach to dotarlo do mnie, ze najczesciej uzywanym slowem w jezyku angielskim jest "please". Kazdy sprzedawca, urzednik zwracajac sie do klienta/interesanta, zaczyna lub konczy zdanie slowem "please". Troche to bylo szokujace, musze przyznac. I jeszcze dodatkowy szok, to fakt, ze w kazdym sklepie sprzedawca ma obowiazek zapakowac zakupy.
Na przyklad w sklepach w Polsce jeszcze poltora roku temu jak poszlam do marketu, to owszem kasjerka skasowala pieniadze, za artykuly zostawiajac mnie z glupia mina, bo to ja sama mialam sobie je zapakowac do torby. Tutaj nie, tutaj wyklada sie wszystko z koszyka lub wozka na tasme, placi i kasjerka pakuje wszystko w torby. Taka drobna dogodnosc.
I tak to minal mi pierwszy miesiac pobytu w Ameryce..

Thursday, February 11, 2010

Z nudow

W ubieglym tygodniu Wspanialy wrocil do domu z jakas sredniej wielkosci, zielona pilka pod pacha.
-- A to co?? - zapytalam.
-- Jakas dynia, a przynajmniej z rodziny dyniowatych
-- Bleee, wiesz, ze ja dynie uznaje tylko jako ozdobe na Halloween..
-- Ale ja tego nie kupilem tylko dostalem od mojej wspolpracownicy, to co mialem zrobic?
-- No dobra mister nice, a co JA teraz mam z tym zrobic?
-- Nie wiem.. ale moze.. jakos zjemy? - wyjakal niepewnie.
Jakos zjemy, jakos zjemy, zaczelam go przedrzezniac, bo ja nie jadam dyni tak samo jak nie jadam kukurydzy. Dynia jak juz wyzej napisalam to ozdoba, no ewentualnie pestki jak sa juz wysuszone, to moge poskubac. Kukurydza to z kolei pasza dla zwierzat, kukurydza moj dziadek karmil bydlo i kurczeta, to co ja rogacizna jestem?
Polozylam dynie na szafce z nadzieja ze zdechnie smiercia naturalna przez zapomnienie, albo sie przeistoczy w cudowny sposob w karete, najlepiej z ksieciem na stanie.
Nic z tego, dzien w dzien kabocha (tak sie nazywa) witala mnie zawistna ciemna zielenia z przeblyskami jasnego seledynu. Udawalam, ze nie widze, a czasem nawet pokazywalam jej srodkowy palec. A masz !!!
Ale wczoraj jak siedzielismy ze Wspanialym w domu, bo wiadomo sniezyca zawladnela miastem, a dynia znow poslala mi glupawe spojrzenie, mialam wrazenie, ze sie nawet wyszczerzyla szyderczo.
Najpierw zignorowalam.
Ale wiadomo jak to jest "w czasie deszczu dzieci sie nudza.."
Starzy tez sie nudza i tez miewaja glupie pomysly, wiec mnie z tych nudow przyszlo do glowy zrobic cos z kabucha. Tylko co? Pomysl musial byc na tyle oryginalny, zeby warto bylo przerwac slodka nude.
Zaczelam szukac po necie i znalazlam (!!!)
Dynia zapiekana na ostro-slodko. Rzucilam szybko okiem na przepis, cukier brazowy.. pieprz cayenne.. imbir.. cynamon (nie lubie, ale moge sie poswiecic).. galka muszkatolowa...
OK zrobie!! podjelam decyzje.
-- Przekroj te dynie na pol a potem polowe na jednocalowe polksiezyce - wydalam dyspozycje Wspanialemu, planujac, ze druga polowe dyni zrobie w weekend.
Polozylam dynie na desce do krojenia, Wspanialy wzial noz i zaczal sie do tego przymierzac, ale taka dynia wcale latwa do przekrojenia nie jest, wiec postanowil podostrzyc noz.
-- A jak sobie cos utne? - zapytal z przerazeniem w oczach.
-- To nie ostrz tego noza tak bardzo, a poza tym nic sobie nie utniesz. Za niski jestes i bedziesz kroil nie na stole tylko szafce kuchennej - rozwialam szybko jego watpliwosci.
Pokroil, ja w miedzyczasie wymieszalam wszystkie suche skladniki, wysmarowalam kawalki dyni olejem sezamowym i zaczelam obkladac mieszanka przypraw.
-- Czy my te dynie bedziemy mieli na obiad?
-- Nie na zaden obiad, tylko tak przed obiadem, przekaska taka, miedzy posilkami - wyjasnilam.
Pizgnelam dyniowe kawalki na blache do pieczenia i wsunelam do piekarnika, w polowie pieczenia, wyjelam i znow posypalam obficie mieszanka przypraw po drugiej stronie. Po kuchni roztaczal sie zapach karmelizowanego cukru i przypraw, nie powiem, ladny:)
Jak juz upieklam, to Wspanialy nakryl do stolu i podalam gotowy "wyrob".
Pachnialo ladnie, skarmelizowany cukier z dodatkiem imbiru i cayenne tworzyly ladna i smaczna skorupke, sprobowalam. Hmmm.. nawet dobre... ale to pod skorupka? bleeeee..
Zupelnie bez smaku, no jak...dynia....chyba?
Spojrzalam na Wspanialego. Jadl.
-- Smakuje Ci to? - zapytalam.
-- Owszem, moze byc, szczegolnie ten karmel dobry - odpowiedzial wymijajaco.
-- A mnie nie smakuje, fakt karmel da sie zjesc, ale ta cala reszta jest gorzej niz bleeee - powiedzialam z odpowiednia mina, wyrazajaca odraze.
Spojrzal na mnie, pomyslal chwile i powiedzial:
-- Jak dobrze, ze TY to powiedzialas, bo mnie tez nie smakuje..
-- To dlaczego jesz i mowisz, ze "owszem, moze byc"?
-- No.. bo jak juz przygotowalas, to zjem... wiesz doceniam, ze zrobilas...
Rece opadaja, no mowie, ze to "mister nice" jest.
Zebralam te talerze i wypieprzylam "wyrob" do smieci, a za chwile dorzucilam druga polowe dyni, te co to miala byc na weekend.
-- Jak to dobrze, ze ta dynia, to nie byl pomysl na obiad - powiedzial z radoscia w glosie Wspanialy.

Wednesday, February 10, 2010

Kolorowe kreski

Pamietam, ze przylecialam do Nowego Yorku w czwartek, na lotnisku czekal Owczesny i cala reszta sie wtedy nie liczyla. Z Kennedy'ego pojechalismy na Brooklyn do Bay Ridge i po drodze nie moglam sie polapac, jak to jest, ze ten Nowy York taki "niski" bo ja sie spodziewalam widokow Manhattanu.
Tuz przed wejsciem do domu powitala nas nasza gospodyni Vicky. Powitanie bylo z cala pompa czyli chlebem i sola, do dzis nie wiem, kto podpowiedzial Vicky o tym staropolskim zwyczaju, ale cichutko podejrzewam sasiadke o kilka domow dalej Jolante.
Vicky urodzila sie w Ameryce, ale oboje rodzice byli Polakami, w zwiazku z czym mowila troche po polsku, a w zasadzie to nigdy nie mowila czysta angielszczyzna, ani czysta polszczyzna, zawsze cos wplatala z jednego albo drugiego jezyka. Strasznie mnie to denerwowalo i szybko nazwalam mowe Vicky "kurestwem jezykowym" obiecujac sobie, ze ja do tego nigdy nie dopuszcze.
Z perspektywy 25 lat moge stwierdzic, ze w 90% mi sie to udaje, ale z czasem moje polskie slownictwo bardzo zubozalo i coraz czesciej jest trudno ubrac amerykanskie mysli w polskie slowa.
I wtedy zdarza mi sie wtracic angielskie slowo, albo pozniej dostrzegam, ze wybrane przeze mnie polskie slowo wcale nie jest najbardziej odpowiednim, coz pogodzilam sie z tym, bo i co innego moge zrobic?
Wiem, moglabym sobie zainstalowac polska telewizje satelitarna, moglabym czytac polskie ksiazki, gazety, moglabym ogladac polskie filmy, moglabym, moglabym, moglabym...
Tylko skoro to wszystko moglabym, to po jasna cholere mieszkac w Ameryce?
Ja od poczatku przylecialam tutaj z nastawieniem, ze tutaj bede zyc a nie przebywac czasowo. I zeby to zycie bylo w pelni szczesliwe to postanowilam sie do niego przystosowac.
Wiec zaczelam sie przystosowywac;)
W pierwszy weekend pojechalismy na Manhattan i na Coney Island, oczywiscie subway'em.
Dziwne to wszystko bylo, bo mieszanka roznych jezykow, kolorow skory, mnie sie wydawalo, ze wsrod tego wszystkiego dominuje czarny. Wiadomo, przyjechalam z bialej Polski, wiec czarny rzucal sie w oczy.
Nie przywiazywalam zadnej wagi do tego gdzie jedziemy, jak jedziemy, bo przeciez nie musialam.
Owczesny zabral mnie do Macy's, o tym juz gdzies pisalam.
Macy's jako atrakcja dla kogos, kto jak ja nienawidzi sklepow oczywiscie wzbudzil we mnie instynkty mordercze. Po przejsciu bez celu przez dwa pietra przypmnialam Owczesnemu, ze ja nie lubie.
-- Wszystkie kobiety radzily mi, zeby zabrac Cie do Macy's - oswiadczyl z zawiedziona mina.
-- Kochanie, ja nie jestem "wszystkie kobiety" ja jestem Stardust, Twoja zona i nie lubie sklepow. Chcesz mi zrobic przyjemnosc, zabierz mnie na Time Square:))
Tak bylo, bo wszystkie Polki, ktore w tamtym czasie przylecialy do Stanow to wrecz uwielbialy przesiadywac w Macy's albo chociaz Alexander's, ten drugi to rowniez dom towarowy ale nizszej klasy i o bardziej przystepnych cenach. Alexander's juz nie istnieje od ok. 15 lat.
Nigdy tego nie rozumialam, bo ja nawet jak mam pieniadze i musze cos kupic, to na mysl o pojsciu do sklepu dostaje bolu zebow, wysypki alergicznej i sraczki z padaczka. A taka Anka potrafila jezdzic do skelpu tylko po to zeby sobie poogladac, zawsze wiedziala gdzie co jest, co przestawili, co przesuneli i kiedy bedzie kolejna obinizka cen.
W sobote, lub niedziele Owczesny rozlozyl mape subway'a na stole i wskazujac jakis punkcik zaczal mi tlumaczyc:
-- Tu jest stacja, przy ktorej mieszkamy, a ta tutaj, to wieksza stacja wezlowa, na ktorej mozesz sie przesiasc na ekspres, tak wlasnie jechalismy do Macy's i tak jechalismy na Coney Island...
-- Ty a po cholere, Ty mi to wszystko tlumaczysz? - przerwalam.
-- Jak to po cholere? musisz sie nauczyc poruszac, a ze nie znasz jezyka, to lepiej zebys wiedziala, bo nie bedziesz miala mozliwosci zapytac.
Popatrzylam na te wielka plachte mapy (spokojnie zajmujaca prawie caly stol) pokryta roznokolorowymi kreskami i dostalam obledu w oczach.
-- A daj mnie Ty swiety spokoj, jak przyjdzie czas i potrzeba to sie naucze, a narazie to ja nigdzie nie ruszam bez Ciebie.
I odeszlam, co go akurat wkurwilo, wiec powiedzial:
-- OK, mowisz czas i potrzeba, to w takim razie przyjedziesz po mnie do pracy w poniedzialek.
I tu sie zaczela wojna, bo slyszaca to wszystko Vicky postanowila sie wtracic.
-- Ty chyba rozum pogubil!! Ona ledwie przyleciala, a Ty chcesz, zeby sama brala subway, po Ciebie do pracy. Ty sam z pracy przyjechac!!
Zaczela sie pyskowka, ona wrzeszczala, ze on bez serca, on przekrzykiwal, ze ona sie nie zna, bo ja glupia nie jestem i dam sobie rade i ze w koncu to nie musze nic wiecej robic tylko wsadzic dupe i z jednej stacji w Brooklynie dojechac tym samym pociagiem do innej stacji w Manhattanie.
A ja sobie spokojnie siedzialam i palilam papierosa.
Ale ze konca tej awantury nie bylo widac, to przerwalam:
-- Nie macie sie o co klocic, pojade!! Tylko mi pokaz na ktora stacje mam dojechac.
Zapadla cisza.
Po chwili Owczesny wskazal stacje docelowa na mapie.
Pojechalam i zgodnie z umowa on juz czekal na mnie na peronie, mialam tylko wysiasc i stac w miejscu, co tez zrobilam. Znalazl mnie i razem wrocilismy do domu, przy tej okazji nauczylam sie zmieniac kierunek jazdy. Po miesiacu jak juz Potomek poszedl do szkoly (material na osobna notke) to Owczesny zapisal mnie na darmowy kurs angielskiego organizowany przez YMCA w Manhattanie.
Jezdzilam do tej "szkoly" piec razy w tygodniu, bodajze po 4 godziny dziennie, na tyle, ze wystarczalo czasu, zeby dziecko zaprowadzic do szkoly i po powrocie odebrac.
Jezdzilam ciagle nie przesiadajac sie na zaden express, trwalo to dluzej, ale jakos nie mialam odwagi na przesiadki. No i pewnego dnia, cos sie popierdolowalo i nagle zobaczylam ze wszyscy wysiadaja z pociagu.
Co prawda, cos tam brzeczalo w glosnikach, ale ja nie rozumialam, ba do dzis czesto nie rozumiem tego co oni nadaja przez glosniki, bo bardziej slychac szum glosnika niz glos osoby podajacej komunikat.
Coz moglam zrobic, jak ludzie wychodzili to ja tez wyszlam. I zaraz na wstepie jak sie rozejrzalam to zauwazylam, ze to jakas inna, zupelnie nieznana mi stacja, nigdy wczesniej nie widzialam tej nazwy.
O kurcze, co robic?
Pierwsze co przyszlo mi do glowy, to zmienic kierunek jazdy, czyli wrocic gdzies do stacji, ktora znam i wtedy zaczac od nowa. Hah calkiem niezly pomysl!!
No to polecialam po schodach do gory, przeszlam na druga strone, zeszlam na dol i cala zadowolona jaka to jestem madra, wsiadlam w pierwszy lepszy pociag, ktory wlasnie podjechal.
Jade i na kazdej stacji probuje sie rozejrzec, ale nie widac nic znajomego, dogadac sie tez nie moge, bo owszem w tej durnej szkole nauczyli mnie jak mam na imie, ile mam lat i jaki mam kolor wlosow, no moze jeszcze dni tygodnia, ale to akurat mi niewiele pomoze.
Szlag, teraz juz wpadlam w panike, i zaczelam wysiadac i wsiadac do roznych pociagow, bez ladu i skladu, latac po schodach w lewo i prawo poszukujac w ciemno znajomej mi linii pociagu R.
NIE MA !!!!
A przy tym wszystkim tak juz nakrecilam, ze w ogole nie mialam pojecia gdzie jestem, poza faktem, ze gdzies pod ziemia i pewnie nade mna tetni zyciem Nowy York.
Wreszcie na jakiejs stacji gdzie bylo bardzo "czarno", zrobilo mi sie nijako, bo przypomnialam sobie durne ostrzezenia Vicky, jak to mam uwazac, bo po Czarnych mozna sie wszystkiego spodziewac.
Hmmm chyba ze strachu przypomnialam sobie, ze mam w torbie te wielka plachte mapy.
Wyjelam mape i patrze na te kolorowe kreski jak sroka w kosc i wcale mi nie jest latwiej. Po pierwsze teraz dopiero dostrzegam, ze niektore linie sie pokrywaja i na pewnych odcinkach jada prawie tym samym torem, a tak naprawde to na roznych poziomach w glebi ziemi, o czym wtedy jeszcze nie wiedzialam.
Teraz tez czytajac mape z gory do dolu dostrzeglam, ze te same nazwy stacji moga sie powtarzac w roznych dzielnicach miasta.
O kurwa!!! Niezle sie wrobilam.
Nie dosc, ze nie zdaze sie nawet spoznic do szkoly to jeszcze moge nie zdazyc odebrac dziecka, na szczescie szkola zadzwoni do pani Jolanty, lub Marysi i ktoras z nich go odbierze, ale dzieciak bedzie wystraszony co sie stalo ze mna.
Przy okazji ciagle pamietam, zeby nie wychodzic na zewnatrz, bo to mi i tak w niczym nie pomoze, a tylko bede musiala dodatkowo zaplacic za powtorne wejscie do podziemnej sieci subway'a.
Szlag by to trafil, nie pozostaje nic innego, jak czekac w tych cholernych podziemiach do czasu kiedy Vicky wroci z pracy (do 18ej a jest dopiero po 11ej) i zadzownic do domu, zeby mi pomogla.
Jak tak siedzialam na lawce peronowej i rozmyslalam patrzac tepo w mape to nagle zauwazylam przed soba duze meskie buty i uslyszlam glos z gory:
-- Czy potrzebujesz pomocy? - bardziej sie domyslilam niz zrozumialam.
Przesuwajac powoli wzrok od butow w gore zatrzymalam sie na usmiechnietej zyczliwie twarzy czarnoskorego mezczyzny. Lekko wystraszona, dyskretnie zerknelam, patelni nie ma, wiec chyba mnie nie bedzie jadl. Skinelam potwierdzajaco glowa, jednoczesnie wyduszajac:
-- Yes. I don't speak english.
Wbrew moim oczekiwaniom, mezczyzna nie odszedl machajac reka na moja glupote, tylko usiadl obok i przy pomocy rak i nog zaczal wypytywac, gdzie chce dojechac. Inteligentnie wskazalam paluchem na mape w odpowiednim miejscu. Na co on tylko sie za glowe zlapal, bo sie okazalo, ze juz tak namieszlam, ze teraz potrzebuje az 3 przesiadki. Wyrwal kartke ze swojego notesu i zaczal mi robic notatki jak na kolejnej stacji sie przesiadac. To byla nie tylko lekcja nauki jazdy subway'em ale rowniez lekcja angielskiego, bo przy okazji poznalam "left" i "right" poznalam rowniez kilka nazw kolorow. Pokazal mi tez jak odczytywac oznaczenia na peronach, to juz byla lekcja z przechodzeniem z jednego poziomu na drugi.
I od tamtej pory jak mi ktos powie, ze Nowojorczycy sa niezyczliwi to przegryze tetnice.
Od tamtej pory tez prawie nigdy nie musze korzystac z mapy, tzn. musze, bo trudno zeby czlowiek pamietal wszystko, ale mam bardzo dobra orientacje wiem jakie linie jezdza po zachodniej i wschodniej stronie Manhattanu, wiem jakimi mozna dojechac w glowne czesci Brooklyn'a i Queens'u, wiem ktore sa expresowe, a ktore lokalne. Podobno trzeba sie raz zgubic, zeby sie naprawde nauczyc i w moim przypadku to prawda. A co jeszcze wazne wynioslam z tamtej przygody? Jak tylko widze kogos z mapa, to natychmiast lece pomoc, w ten sposob splacam dlug doznanej wtedy zyczliwosci od tamtego czlowieka.
Spoznilam sie tamtego dnia na moje lekcje 2 i pol godziny, weszlam do klasy dumna i blada i od drzwi zaanonsowalam:
-- I am lost.
Na co nauczycielka wyjasnila mi, ze juz nie jestem zgubiona, tylko bylam zgubiona, a teraz sie juz znalazlam:)))
To byla jedna z najbardziej owocnych lekcji, poznalam rowniez dodatkowy czas;)
Dla ciekawych, to jest kawalek mapy nowojorskiego metra, brakuje gornego Manhattanu, Bronxu i Staten Island i Queensu. Czyli w sumie tutaj jest tylko Brooklyn i poludniowa czesc Manhattanu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...