Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Saturday, May 29, 2010

Na szezlongu




Spt juz czwarty dzien bierze Nowy York z buta, ja towarzysze jej jak moge, czyli czolgam sie za nia z wywalonym jezorem na brodzie i strzelam oczami na lewo i prawo, zeby gdzies ulozyc dupe.
Jak widac czesto mi sie udaje:)))
W miedzyczasie pobieramy nauki tanca na rurze, nie publikujemy zdjec, bo blog jest otwarty i istnieje powazne zagrozenie deprawacji nieletnich.
Natomiast ponizsze zdjecie przedstawia sposob w jaki chlodzimy nasze rozbuzowane zmysly i ciala po lekcji tanca.






Wednesday, May 26, 2010

Ding Dong!!!

W niedziele, jak juz pisalam poszlismy spac padnieci, zgaslam zanim zdazylam ulozyc glowe wygodnie na poduszce i mialam wrazenie, ze do rana nawet malym palcem u nogi nie rusze.
I nagle obudzily mnie jakies kuranty.
Querwa!!! W pierwszej chwili myslalam, ze to budzik Wspanialego, ale otworzylam jedno oko i widze, ze Wspanialy spi, budzik tez, a kuranty zapierdalaja i zamienily sie nagle w glosne "ding-dong". Zupelnie zdezorientowana zaczelam odruchowo liczyc te ding-dongi i wyszlo mi 11. Jedenascie glosnych uderzen jakiegos gongu!! Powoli zaczelam sobie przypominac, ki chooj.
Budzik wskazywal godzine 2:20 wiec te 11 halasliwych uderzen do niczego nie pasowalo, ale dzwiek wydawal mi sie dziwnie znajomy...
Wreszcie do mnie dotarlo!! Ja pitole!!! W ramach porzadkowania mieszkania wlozylam nowe baterie do zegara, ale przeciez on juz od lat zaprzestal wydzwaniania kurantow?
To ten zegar, ktory widac na zdjeciu w poprzedniej notce, podpisanym "przestrzen miedzy biurem a kuchnia". Ki diabel??
Od czasu ostatniej przeprowadzki, bez wzgledu na to ile razy zmienialam baterie na nowe, zegar owszem chodzil, ale za cholere nie udalo mi sie go nastawic na wygrywanie kurantow i ding-dongow.
Kupilam go jakies 15 lat temu, przez pierwsze 3 miesiace myslalam, ze oszaleje, bo nie dosc, ze dawal krotkie sygnaly co 15 minut, to jeszcze wydzwanial glosne ding-dongi o konkretnej godzinie.
Pozniej sie do tego przyzwyczailam, a jeszcze pozniej odkrylam, ze mozna go ustawic na 8 godzin ciszy nocnej i nareszcie bylo fajnie.
Kiedys juz mial taki okres, ze nagle zamilkl jak zaklety, potem znow ni z gruchy ni z pietruchy zaczal wydzwaniac, ale od 6 lat milczal jak grob.
Nawet zastanawialam sie czy go nie dac do naprawy jakiemus fachowcowi, ale Wspanialy stwierdzil, ze sie nie oplaca, bo zegar w gruncie rzeczy jest badziewiem. Troche mi bylo zal, ale sie pogodzilam z losem i zegar zostal jako milczaca pamiatka.
W niedziele zauwazylam, ze nie ma baterii, wiec pierdyknelam baterie i zostawilam, bez przestawiania czasu, bo i po co? Pisalam juz kiedys, ze ja z wyjatkiem pracy, mam do czasu stosunek mocno seksualny i mi nie zalezy, ktora tak naprawde jest godzina, wiec nie fatyguje sie ustawianiem zegarow, ale jak widze, ze jakis stoi, to zmieniam baterie i pozwalam mu ruszyc z pozycji w jakiej stanal.
Tak tez postapilam ostatniej niedzieli.
No nic, najwazniejsze, ze sie Wspanialy nie obudzil i mnie nie zjebal, w koncu on musi isc rano do pracy, a ja mam poniedzialki wolne - pomyslalam i przylozylam znow glowe do poduszki.
W ciagu dnia zadzwonil Wspanialy:
-- Co to kurwa bylo? alarm przeciwlotniczy?
-- Nie kochanie, to nasz zegar sie obudzil..
-- Zegar? a co mu sie stalo?
-- A chooj wi co mu sie stalo, ale mowa mu wrocila i teraz znow bedzie dzwonil - wyjasnilam na ile moglam rzeczowo i rezolutnie.
-- Bedzie dzwonil? tak przez cale noce? Ja pierdole, to jak ja mam spac?
-- Nie martw sie postaram sie go przestawic na nocna cisze - zapewnilam i zaraz po odlozeniu telefonu zabralam sie do gmerania w zegarze.
Udalo sie!! Nastawilam go tak, ze ostatnie kuratny odpierdala o 22 i potem zaczyna o 6 rano.
Wczoraj mielismy juz wczesniej taki plan uzgodniony z Spt, ze postaramy sie ja przetrzymac jak dlugo sie da, zeby szybciej przystosowala sie do zmiany czasu, bo te 6 godzin roznicy daje w dupe.
Jak wracalam z pracy, to spotkalismy sie w meksykanskiej knajpie tutaj przy stacji subway'a byla godzina ok. 20:45 i poszlismy cos rzucic na ruszt, niewiele ale cos.
Wspanialy juz wczesniej na dobry poczatek poczestowal ja robiona w domu margarita, wiec postanowilismy kontynuowac. Zjedlismy dwa rodzaje nachos, guacamole, salse, ja i Spt wypilysmy po jednej margaricie, ja pozniej zamowilam sobie druga, bo Spt juz na sile trzymala oczy otwarte. Wspanialy poprawil meksykanskim piwem, posiedzielismy, pogadalismy.
Przy okazji, musze napisac, ze jestesmy oboje zachwyceni jej angielszczyzna.
A w ogole to Spt jest taka laska, ze leb urywa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nagle spojrzalam na nia i mowie do Wspanialego:
-- Plac rachunek i szybko bierzemy taksowke do domu, bo ona juz jest gotowa.
Byla godzina 21 czyli 3 rano w Polsce.
Jeszcze Wspanialy wpadl do sklepu kupic jakies jablka i dwie cytryny, bo bez tego zyc nie mozna i zapakowalismy sie w taksowke, przyjechali do domu, ale nasza ambitna kolezanka, powiedziala, ze nie zasnie dopoki nie da nam prezentow i jeszcze poczekala az rozpakujemy.
Kochana dziewczyna!!! Pochwale sie, a co?
Dostalam sliczny, piekny obrus lniany z serwetkami i pieknym haftem. Obrus jest z serii "swiatalnych" i znow moje chlopaki beda mieli stresa, ale ja uwielbiam czasem takie odswietne elegancje.
Wspanialy dostal ogromny, grubasny album "Complete guide - Poland" czyli przewodnik po Polsce, wydanie angielskie, zaraz zaczal przegladac i wola:
-- Tu bylem!!
Faktycznie bez pudla rozpoznal wnetrze kosciola Mariackiego w Krakowie.
Jak wreszcie Spt wyladowala w lozku dochodzilo jej 23 godziny bez snu, wiem, ze byla zmeczona, wiem, ze padala i wiem, ze brzmi to troche bez serca. Ale tez wiem, ze dzis bedzie mogla spac do woli i jak wstanie, to juz nie bedzie miala problemu z ta roznica czasu.
Narazie jest godzina 6 rano i ciagle spi, wiec ja sobie siedze i po cichutku klikam...
Uwielbiam miec takich gosci:)))

Tuesday, May 25, 2010

Dokumentacja do poprzedniej notki

Zaczynamy od sralonu, tak wyglada sralon od drzwi wejsciowych:                                                        



Poszczegolne elementy:



To jest nowy nabytek, szafka z IKEA, ktora sluzy za barek, poleczki do durnostojek i kolekcja moich nalewek:))


a tu mamy zageszczenie drzwi, od lewej szafa, lazienka i moje biuro:))


Tutaj przestrzen miedzy biurem a kuchnia.


To jest czesc jadalna sralonu.


To jest ten nowy segment, ktory sobie wydumalam z IKEA.


Widok sralonu od strony kuchni i balkonu.


Powyzej juz jestesmy w kuchni, tutaj jemy codzienne posilki:)


Nastepne 3 zdjecia ciagle kuchnia.                                                                                                           



Powyzej ostatnie zdjecie kuchni, po prawej wyjscie na balkon.                                                                       

Juz jestesmy w moim biurze, na tym biurku w zyciu nie bylo tak czysto:)))

Drugie zdjecie pokazjue, regal z roznosciami;) jednak to jest ciagle oprocz biura magazyn rozmaitosci:))))


Teraz jestesmy w naszej sypialni, to moja ukochana komoda, ktora przytaszczylam (za pomoca armii chlopow) od jakiejs starej babci, ktora wyprowadzala sie na Floryde i chciala ja wyrzucic (!!!) A ja komode mam juz 20 lat i uwielbiam:)))


Polki z ksiazkami, CD i innymi pierolkami.


Malzenski kopulator;)))


Sypialnia goscinna.


Czekamy na SPT!!!!

         

Juz drobiazgi naszykowane dla goscia, a ja dostaje skretu dupy z rozumem z radosci i juz sie nie moge doczekac. Bosze spac nie moglam, budzilam sie co godzine i kombinowalam co tez nasza Spt teraz moze robic, gdzie jest itp.
A teraz sobie szybuje gdzies nad oceanem i za 6 godzin wyladuje!!!!!!!!!!!!
A ja zobacze ja dopiero za nastepne 5 godzin :((
Pewnie jajo kwadratowe zniose....

Monday, May 24, 2010

Na finiszu

Musze zrobic jakies podsumowanie tego malowania, przestawiania, meblowania. Ot chocby tak dla siebie, zebym mogla sie czasem do tej notki odwolac, ku przestrodze:))
Malowanie zakonczone, chociaz nie zupelnie, bo zostal ciagle moj office, ale to juz sama odpuscilam do jesieni, bo mialam po kokardke (dzieki Malgoska) tego latania z walkiem, a office(biuro) jest najgorszy do pomalowania. Nie dosc, ze pomieszczenie male (3x3 metry) to zastawione wielkim biurkiem naroznym, ogromna szafa od podlogi az pod sufit. No nie, nie dalam rady sobie tego nawet wyobrazic:(
Wiec juz 2 tygodnie temu zaanonsowalam, ze sama spuszczam ten office po brzytwie...
Wspanialy oczywiscie przyjal to z ulga, wyrazna ulga:)
Oprocz office zostala nam jeszcze do pomalowania barierka balkonowa, ktora tez postanowilismy zrobic na koniec lata, jak sie juz te cale kwiecie bedzie likwidowac.
Narazie jest paskudna, z odpryskami farby i pordzewiala.. oj tam, bede sie barierka przejmowac(!!)
Natomiast cala chalupa jest krotko mowiac wylizana, az stach sie po tym poruszac;)
Kryste!! Wyrzucilismy przy okazji wory badziewia, co to nawet najstarsi gorale nie pamietali, ze posiadamy.
Przenioslam i poukladalam tony ksiazek, tak, tak wlasnymi rencamy, temy dwiema.
Wspanialy wypucowal cala chalupke na blysk, a ja zajelam sie wykonczeniowka, czyli gdzie co postawic, zawiesic, polozyc i jest ladnie.
Office zostal tak odgruzowany, ze przez pierwsze dwa dni wchodzilam tutaj z lekiem, ze to nie moje, albo ktos nas napadl i obrabowal. Ciekawe jak dlugo tak bedzie? :)
Co by nie mowic, ale nawet jak czlowiek sprzata na biezaco, to przynajmniej u nas jest to na zasadzie upychania po dziurach, a tym razem byla okazja do wziecia kazdej rzeczy w reke.
Na chwile obecna jest taki porzadek jak zaraz po przeprowadzce i nawet tak samo nie wiemy gdzie co jest:)) Bo nowe meble, a w zwiazku z tym nowe miejsca dla roznych rzeczy, ktore juz bylo wiadomo gdzie sa. Kuchnia wypucowana i tu sie musze przyznac, ze pierwszy raz od 6 lat umylam kuchenke (!!!)
Wczorajsze sniadanie Wspanialy zakupil i przywiozl do domu jak ja bylam na odklaczaniu i robieniu pazurow.
Potem dorwalismy sie do roboty, bo to jeszcze trzeba bylo poscielic lozko w goscinnym, zeby juz gotowe czekalo na Spt, przygotowac dla niej reczniki i insze pierdoly, ktorych moze potrzebowac zanim ja wroce z pracy we wtorek.
A to jeszcze lazienka, a to duperelka, a to chodniczek, a to pizdziczek i tak nam zeszlo znow caly dzien.
Oczywiscie Wspanialy wypucowal patio, poustawial doniczki pod moim okiem i przy akompaniamencie okrzykow zachwytu.
Przyszedl czas obiadu, spojrzalam na kuchenke.
Kurwa, taka czysta, sama mylam, teraz mam gotowac i zapieprzyc?
W zyciu:))
-- Wiesz co Skarbie, mamy zupe grzybowa zamrozna, moze byc na obiad?
-- Pewnie, ze moze byc - odpowiedzial.
I wlasnie o to mi chodzilo, zeby bylo bez dodatkowej roboty.
Rozmrozilam pojemnik zupy, podgrzalam, nawet sie udalo bez balaganu.
W miedzyczasie wrocilo pranie z pralni, wiec trzeba bylo pochowac, zalozyc czysta posciel, co zawsze robimy razem, bo jedna osoba musialaby sie za duzo nachodzic dookola lozka.
Zakladamy te posciel i nagle Wspanialy mowi:
-- A jak Spt przyjedzie, to bedziesz scielic lozko codziennie?
O kurwa, o tym nie pomyslalam. Faktycznie, normalnie to ja nie robie tego codziennie, bo to w koncu nasza sypialnia, nikt nie przychodzi to co komu do jemu, jak mowi Sheherezada.
Ale gosc w domu przez 9 dni, hmm no chyba wypadaloby sie troche zmobilizowac...
-- No moze bede, na 100% nie obiecuje, ale jesli mam scielic to musisz spac spokojnie i nie rozwalac wszystkiego - odpowiedzialam stawiajac warunki.
Bo u nas nie ma poszew na koce, czy insze nakrycia, tylko proste przescieradlo, ktore sie zaklada na lozko, na to koc i gore przescieradla wywija sie na koc.
W zasadzie to sa poszwy, mozna je kupic, ale jakbym miala wlozyc koc czy koldre o rozmiarach 250cm na 250cm w poszwe to dopiero mialabym zapieprz jakby sie to wszystko zaczelo w tej poszwie kielbasic. Mam wrazenie, ze przescieradlo latwiej utrzymac pod kontrola, wiec nigdy nie kupuje poszew, tylko typowe komplety poscieli z przescieradlem prostym.
Lezelismy juz w lozku kiedy Wspanialy zaczal sie kotwasic i obracac z boku na bok, a ja nic tylko mam to scielenie lozka przed oczami, wiec mowie:
-- Ty sie nie krec, bo jak ja mam to rano poscielic, jak wszystko bedzie znow w jeden klebek zwiniete.
-- To Ty moze zadzwon do Spt i powiedz, zeby wziela taksowke z lotniska, a mnie przypnij pineskami albo agrafkami do lozka - parsknal smiechem.
-- Sie nie smiej glupkowato, te agrafki to calkiem dobry pomysl, a rano bede Cie odpinac, zebys poszedl do pracy.
Ogladalismy niby tv, ale nic szczegolnego, ot takie latanie po kanalach, kiedy mi sie przypomnialo, ze mam jeszcze jeden obrazek do przybicia.
-- Gdzie jest maly mlotek?
-- Jaki maly mlotek? na co Ci mlotek? bic mnie bedziesz z powodu durnego przescieradla? - zapytal z mina Shreka.
-- Eee tam za raz bic.. obrazek mam jeszcze jeden do zawieszenia i potrzebuje ten maly mlotek, bo wiesz, ze ja nie trafiam, to se przynajmniej krzywdy nie zrobie.
-- Aaaa, to jest gdzies w moich narzedziach.
-- A bardziej dokladnie? bo wiesz, Ty masz skrzynke i oprocz tego ze 4 torby z narzedziami.
-- Juz nie! - zawolal z zachwytem - bo wszystkie mniejsze torby wlozylem do duzej torby.
Ja pierdole, pomyslowy Dobromir, teraz ta duza torba wazy pewnie z 60 kg.
Nic to, pomyslalam jakos sobie dam rade.
Zerknelam w jego strone, po udzielonej naganie, lezal spokojnie w pozycji "bacznosc" i tylko od czasu do czasu zerkal w moja strone.
-- A czy po wizycie Spt tez bedzie obowiazywal taki rezim? - zapytal po chwili.
-- Jaki kuzwa rezim? porzadek sie staramy tylko utrzymac - zaczelam bronic swojego stanowiska.
-- Oj, to chyba musimy czesciej gosci zapraszac.. - westchnal gleboko.
W glebi duszy przyznalam mu racje, a glosno powiedzialam:
-- Mam pomysl, zaraz jak Spt wyjedzie, to sie tylko troche odkurzy i zaprosimy wszystkich, wiesz cala reszte.. tak zanim sie znow napieprzy.
-- Yyyyy.. Thanksgiving w czerwcu? - zapytal.
-- No, wlasnie cos takiego..
Dzis wstalam i.... uwaga, uwaga.. sama sobie nie wierze... POSCIELILAM lozko. Tadam!!!
Po czym przypomnialam sobie ten nieszczesny obrazek i polazlam szukac mlotka.
Zesz w morde jeza!! Przebrnelam przez skrzynke i torby w torbach, w rezultacie wbilam ten gwozdz tluczkiem do miesa.
Przez moment poczulam sie znow jak samotna kobieta...
Tez bylo fajnie;))

PeeS.
Jakby kto chcial zdjecia to sie upominajta teraz poki czysto:))

PeeS dwa;)
Wlasnie wrocilam do znachora i tak czulam, ze mi to mycie kuchenki zaszkodzi, bo znachor powiedzial, ze dzisiaj to jestem skrecona w precel;/ Wrrrrrrrr... ale bedzie dobrze;)
Sie troche ogarne i zrobie zdjecia, a ogarnac sie musze, bo jeszcze nic nie jadlam a jest 12:40 i mi burczy;))

Saturday, May 22, 2010

Wady Wspanialego

Zante prosila zebym napisala trzy notki na temat wad Wspanialego, no i mam zagwozdke, bo sie okazuje, ze ten moj chlop nie ma wad i z czego tu ulepic trzy notki?
Nie pije, pali ale ja tez pale, wiec trudno mi to uznac za wade. Na dziewczyny nie chodzi, mimo, ze jego najlepsza przyjaciolka od lat jest kobieta. Czasem do siebie dzwonia, czasem umawiaja sie na lunch, ktory jak wiadomo odbywa sie w czasie pracy, wiec dla mnie zupelnie bezbolesne. Gdyby nie meldowal, ze widzial sie z Kate, to zupelnie bym o niczym nie wiedziala.
Nie lazi nawet nigdzie z kolegami i chyba to moge uznac za wade, bo czasem chcialabym, zeby sobie gdzies wybyl, ale on woli spedzac wolny czas ze mna.
Na nic nigdy nie narzeka, jest tak cholernie pozytywny, ze czasem boli glowa;)) bo nawet najwieksze przeciwnosci losu potrafi odkrecic i pokazac w pozytywnym swietle. On w ogole uwaza, ze nie ma problemow, a sa tylko okazje do zmnian sposobu myslenia, postepowania itp.
Nigdy nie ocenia innych bierze ludzi tak jakimi sa, nie manipuluje, nie kombinuje a nawet jak czasem cos od czlowieka chce, to zaczyna od pytania "co ja moge zrobic, zebys Ty zrobila? lub zeby Ci pomoc?"
Nie tylko nie rozwala brudnych szmat po chalupie, ale sprzatanie mieszkania nalezy do niego.
Nie trzeba mu ani prac, ani prasowac, bo to wszystko robi za nas pralnia.
Nawet nie trzeba mu gotowac, bo nie ma nic przeciwko temu jesli na obiad jest kilka serow i owoce. Nie ma zadnych oczekiwan, ani wymagan w stosunku do mnie i w ogole otoczenia.
Jest bardzo zgodny, wrecz do tego stopnia, ze z nim sie nie mozna poklocic, bo i tak wszystko obroci w zart. Kiedys porobwalam sie obrazic, to tak dlugo za mna lazil i malpowal, az wybuchnelam smiechem, a juz wczesniej pogryzlam sobie policzki od wewnatrz tlumiac smiech.
Do niczego sie nie wtraca, nie przeszkadza mu jakbym caly dzien spedzila na telefonie napierniczajac po polsku, w ogole mu nie przeszkadza kiedy jestesmy np. w polskojezycznym towarzystwie i on nie ma z kim pogadac.  Jak bylismy w Polsce to zabralam go na 6-godzinne spotkanie z moimi kolezankami ze szkoly i spokojnie przesiedzial tyle godzin nie majac z kim zamienic slowa.
No moze kurde, czasem mu sie cos nie chce i odklada "na pozniej" ale w tej kwestii to ja akurat jestem mistrzynia, wiec znow nie wiem, czy wypada zaliczyc to do jego wad?
Nie marudzi, nie narzeka, od prawie 7 lat dojezdza do pracy 2.5 godziny w jedna strone, czyli w sumie 5 godzin dziennie w obie strony i jeszcze ani raz nie uslyszalam, ze ma tego dosc.
Chociaz wiem, ze robi to dla mnie, bo to ja nie chcialam wyprowadzic sie z Nowego Yorku. A gdyby bylo odwrotnie, to doskonale wiem, ze ja na 100% rozpuscilabym mrodzisko;)
Potrafi sie zachowac w kazdym towarzystwie, nalezy zdecydowanie do gatunku "przystosowalnych".
No, naprawde nie wiem, moze pytajcie o cos w komentarzach, ale ja nie potrafie jakos sama wskazac zadnych jego wad.... :((

Thursday, May 20, 2010

I stala sie jasnosc

Czlowiek jest istota latwo popadajaca w rutyne i tak pewne rzeczy robimy codziennie, niezmiennie tak samo. Wstajemy rano i natychmiast jeden myje zeby, drugi wypala papierosa, a jeszcze inny zaczyna od kawy. Ja tez nie jestem wolna od przyzwyczajen, wiekszosc z nich moglabym robic z zamknietymi oczami i zawsze trafie w odpowiednie drzwi. Jednym z takich przyzwyczajen jest swiecenie swiatla w sypialni. Nie potrzebuje tego robic jak wstaje, bo natychmiast wychodze, ale jak juz pozniej wchodze do sypialni po cos, czy sie ubrac to pierwsza rzecza jest nacisniecie wlacznika swiatla.
Ostatnie 3 dni wcale nie byly inne, wchodzilam, naciskalam wlacznik i nawet nie zauwazalam, ze swiatlo sie nie zapala, dopiero po chwili zastanawialo mnie co to za cholera robi mi wiatr w pokoju.
Wniosek z tego, ze swiatlo wcale nie bylo mi potrzebne, skoro nie dostrzegalam jego braku, natomiast wiatr w pokoju byl czyms nowym.
Ci co czytali poprzednia notke, a zwlaszcza komentarze wiedza, ze ten brak swiatla i wiatr byly efektem instalowania nowego zyrandola z wiatrakiem. Jak wlasnie tam pisalam, Wspanialy tak nagmeral w tym zyrandolu, ze pomimo wiszenia na nim przez kilka godzin dziennie w czasie ostatniego weekendu i tak cale ustrojstwo nie dzialalo jak nalezy.
Celem bylo zapalone swiatlo po nacisnieciu wlacznika, a wiatrak powinno sie uruchamiac przez pociagniecie lancuszka przy oprawie zyrandola. Tymczasem uzyskalismy skutek zupelnie odwrotny i wlacznikiem wlaczal sie wiatrak, a do swiatla nalezalo szukac lancuszka i to jeszcze wiedziec, ktorego.
Nic przezylam w ten sposob 3 dni i juz nawet zaczelam sie przyzwyczajac, zaczelam szkolic w sobie nowe odruchy, gdy wczoraj Wspanialy oznajmil:
-- Wzialem sobie dzien wolny na jutro.
-- A to z jakiej okazji? Boze Cialo, czy co? - zapytalam.
-- Nie zadne Boze Cialo tylko musze naprawic ten zyrandol i mam jeszcze troche roboty z roslinkami..
W momencie kiedy uslyszalam o roslinkach przestalam sluchac, tak na wszelki wypadek, w koncu nie tak dawno obchodzilismy rocznice slubu i mam w planie doczekac nastepnej.
Za to bardzo sie ucieszylam, ze dzis musialam isc wczesniej do pracy, przynajmniej nie bede sie musiala czlogac pod lozkiem jak znow jakas srubka spadnie.
Wychodzac do pracy tylko wyrazilam obawe, czy jak wroce to wszystko bedzie dzialalo, a nie na przyklad odkrecenie kranu spowoduje wlaczenie telewizora, podniesienie zaluzji odkreci wode w wannie.. wszystko jest mozliwe z moim Wspanialym.
Wyobrazcie sobie moje zdziwienie, jak ledwie dojechalam do pracy a tu telefon od Wspanialego, ze zyrandol nareszcie podlaczony jak trzeba i wszystko dziala.
-- A jestes pewnien, ze wlaczenie swiatla w naszej sypialni nie wlacza automatycznie pralki u sasiadow na gorze? - zapytalam dla pewnosci.
-- Nie wiem, bo na gorze akurat chyba nikogo nie ma, ale sasiad po drugiej stronie ulicy, wiesz ten Grek, co go nie lubisz mowil, ze mu ostatnio dziwnie klepki dachowki podskakuja. To pewnie od Twojego bawienia sie wiatrakiem - odgryzl sie.
Boze jak sobie przypomne, ze po rozwodzie z Owczesnym zanabylam koszulke z napisem "My next husband will be nromal" (moj nastepny maz bedzie normalny) to sama nie wierze, ze mnie cos takiego spotkalo!!
Mialam lekkiego cykora wracajac do domu, ale okazalo sie, ze nie jest zle, zyrandol faktycznie dziala.
Natomiast mozecie sobie wyobrazic moje zdziwienie jak w momencie kiedy odkrecilam kran zeby umyc rece zaswiecilo sie swiatlo w sralonie, dokladnie w tej samej sekundzie. Odwrocilam gwaltownie glowe, a ten sie pokladal ze smiechu, ze mu sie tak dowcip udal.
Ja go naprawde kiedys otruje:)) Juz ma to nawet zapowiedziane, uczciwie powiedzialam, ze ma prawo wyboru (demokracja jest, nie?) pomiedzy uduszeniem poduszka, albo otruciem grzybami.
Wybral otrucie, widocznie wyraznie wolalby umrzec najedzony...

Monday, May 17, 2010

Zgluplo mi chlopisko

Cusi sie Wspanialemu w glowe robi, bo mu ostatnio dekielek nie pasuje. W sobote pojechal po sadzonki kwiatow, bo oczywiscie zgodnie z moimi przewidywaniami sadzonki z jego osobistej, prywatnej wylegarni beda gotowe na pazdziernik. Jojczyl cos o tych kwiatach, ale ja powiedzialam, ze sie nie wtracam, w koncu kwiatek to kwiatek i mnie sie wszyskie beda podobac. Po 2 godzinach mojego oporu i jego namawiania wreszcie pojechal sam.
Ja tam nie zagladalam co kupil, zobacze jak bedzie posadzone, przeciez to ja jestem odpowiedzialna za codzienne podlewanie tego, bo wiadomo, ze on idzie do pracy wczesnie, to sobie pomyslalam, ze i tak zobacze. Ale znow jojczyl, to poszlam rzucilam okiem, szybko pochwalilam i polecialam do mojego gotowania. Na odchodne uslyszalam tylko, ze wydal za mna skrzek niezadowolenia.
Bosze, jak te chlopy lubia byc chwalone!
Nic to, udalam, ze nie slysze, ale pozniej przylazl za mna i marudzil:
-- Czy ty chcesz petunie same oddzielnie w osobnych skrzynkach, czy pomieszne z innymi kwiatkami? a moze chcesz je dobrac kolorystycznie? a moze wzrostem, a moze ksztaltem platkow?
Juz wiedzialam, ze jedyne co mnie moze ocalic od tego gledzenia, to wykazanie zainteresowania, wiec sie poddalam i wyszlam na taras, siadlam na schodku i obserwowalam jak moje slubne szczescie gmera w ziemi. Jak szoruje doniczki, jak napelnia je ziemia, jak potem uklada na powierzchni pojedyncze sadzonki z pytaniem:
-- Co myslisz? ladnie tak bedzie?
-- A pewnie, bardzo ladnie - chwalilam glosno i czesto ale od czasu do czasu padaly pytania dodatkowe:
-- A moze zamiast wszystkich rozowych, to wsadze naprzemian rozowe z czerwonymi?
-- Moze byc naprzemian... rozowe z czerwonymi.. bardzo ladnie bedzie - odpowiadalam bez zajaknienia ciagle siedzac na tym schodku. I tak zapelniala sie jedna za druga doniczka, skrzynka itp.
-- A pelargonie to chcesz kazda w osobnej doniczce?
-- Tak kochanie, kazda w osobnej...
I polecialo piec pelasiek, kazda do osobnego domku. A ja kurwa ciagle na tym schodku siedze i plaszcze dupe a robota w domu czeka.. Wkurwa wreszcie dostalam:
-- Czy Ty widzisz, ze ja nic nie robie poza tym, ze tutaj siedze i przytakuje, a w domu mam co robic?
-- TYyyyy chcesz cos robic? - zapytal z niedowierzaniem.
Zamiast odpowiedzi strzelilam focha i poszlam w pizdu.
To wszystko bylo w sobote.
W niedziele z rana pojechalismy po zakupy, w drodze powrotnej patrze, a moje chlopie skreca do sklepu ogrodniczego.
-- A po co my jedziemy do ogrodniczego? - zapytalam.
-- Musze dokupic ziemi.
Nic sie nie odezwalam, kupil juz pewnie z 10 arow, niech kupi jeszcze wiecej, ja sie nie znam.
Wyjechalismy z ziemia i jeszcze z jakimis sadzonkami kwiatkow, ale tez nie reagowalam, bo naprawde nie mialam pojecia co sie dzieje na tym tarasie.
Po powrocie znow zabralismy sie do sadzenia, czyli on do gmerania, a ja na stanowisko obserwacyjne czyli na schodek.
Pacze ja z tego schodka, a moj Wspanialy ma 4 nowe doniczki jakies takie prostokatne, mniejsze niz normalne skrzynki wiszace i napierdala ziemie do tych doniczek i sadzi tam jakies kwiecie.
Sadzil tak i sadzil, i sadzil a na koniec mi oznajmil:
-- Jutro jak bedziesz w domu, to moze podjechalabys do tego sklepu i kupila jeszcze 6 takich doniczek.
-- A co Ty kurwa bedziesz sadzil w tych doniczkach?!
-- No jak to co? popatrz ile mam jeszcze sadzonek - zawolal z duma w glosie.
Do zobaczenia, to musialam podniesc dupe ze schodka, wiec wstalam do pionu i pacze, a tam jeszcze do groma i ciut ciut sadzonek.
Ja pierdole!!! Wszystko co mialo wisiec to juz wisi wypelnione kwiatami, 3 plumerie juz na stanowiskach, piec doniczek z pelaskami, dwie donice z bratkami, ktore zanabylismy kilka tygodni temu, wieka donica z miesznaka, donica "truskawkowa" pelna begonii, jakas pierdolnieta metalowa doniczka w ksztalcie koszyka tez juz obsadzona, jedna mala begonii, jakies dwie spore donice pelne badziewia bulwiastego, co to nawet nie wiem co to jest, cztery nowe podluzne juz wysadzone... A on mi mowi, zebym kupila nastepne 6 bo on ma jeszcze sadzonki.
-- A gdzie Ty to wszystko postawisz? - pytam, bo ja lubie czasem posiedziec na tym tarasie, a wyglada na to, ze nie bedzie gdzie jednej stopy postawic.
Oszalal chlop z kretesem!!!!
-- A to sie poustawia na betonie, na podworku - powiada spokojnym glosem.
Nic juz nie powiedzialam, bo betonu mamy faktycznie w chooj i jeszcze troche, wiec nie chcialam mu poddawac zadnych pomyslow.
Nic ino do wariatkowa mnie odwioza jak bede musiala to wszystko podlewac.
A poki co to chyba mus chlopu ten dekielek gwozdziem przybic, albo chociaz podwiazac jakas kukarda;)

Thursday, May 13, 2010

Konflikt

Ucieszylam sie bardzo widzac komentarze pod poprzednia notka, bo sie okazuje, ze kazdego dnia mozna miec wiele okazji do swietowania.
Moim swietem byla akurat 5 rocznica slubu, o ktorej o malo co nie zapomnialam.
Jakos tak to dziwnie dziala, ze jak jest jeszcze duzo czasu to pamietam, a potem gdzies mi wylatuje z glowy. Musialam wiec nadrabiac mina;)) a z minowaniem wychodzi mi na szczescie calkiem dobrze.
Polecialam do sklepu i zanabylam produkty na obiad i wlasnie jak chodzilam miedzy regalami to wpadlo mi do glowy, ze w tym roku nie bylismy w zadnej knajpie z okazji Cinco de Mayo i postanowilam polaczyc obie okazje. Cinco to w koncu piec, a rocznica piata, wszystko gra i pasi.
Zanabylam cilantro (kocham) avocado, pomidory, ostra papryke i stwierdzilam, ze skoro jadamy lekko, to bedzie tego wystarczajaco duzo.
Zanim Wspanialy wrocil z pracy ukrecilam guacamole, salse, wykombinowalam chipsy z chleba pita i uznalam, ze wystarczajaco sie wysililam.
Ach i nie zapominajmy, ze do tego konieczne mojito. Mieta wlasnie swieza wyrosla, rum w domu jest, cala reszta tez wiec mozemy swietowac.
Saczylismy wlasnie pierwsze mojito kiedy zapytalam czy przedluzamy kontrakt na nastepny rok.
-- A to sie okaze - powiedzial Wspanialy.
Kryste panie!!! Oko wpadlo mi jedno do guacamole, drugie do salsy i zakrztusilam sie listkiem miety z mojito!!!! Oko z salsy, wylowilam szybciej i nawet dalo sie przez nie widziec, natomiast to z guacamole mialo fatalna widocznosc, bo jak wiadomo guacamole maziaste jest strasznie, wiec musialam przemyc. A w tym czasie moje szczescie slubne kontynuowalo swoj wywod.
-- Ty gdzies schowalas te nasze przysiegi malzenskie, czy wiesz chociaz gdzie one sa?
-- Wiem, oczywiscie, ze WIEM - odpowiedzialam pewnie.
-- A mozesz je wyciagnac z ukrycia bez dodatkowej rewolucji w calym domu? - zapytal z przekora w glosie.
-- Pewnie, ze moge - burknelam i polazlam do mojego biura, gdzie czelusciach innych dokumentow lezaly ladnie wypisane na ozdobnym papierze nasze osobiste, tworzone wlasnymi slowami przysiegi malzenskie.
Querwa, to byl moj wlasny pomysl, wiec nawet wkurwiac sie nie bylo o co.
Wsadzilam rece po lokcie w szuflade i zaczelam grzebac, Wspanialy wisial nade mna i rechotal.
Znalazlam, wrocilismy do stolu i zaczelo sie czytanie.
Najpierw ja czytalam slowa jego przysiegi no i musze przyznac, ze wszystko bylo OK.
Madrze napisal, pomyslalam, nawet nie ma sie czego przyczepic...
Potem Wspanialy zaczal czytac moje wypociny.
Kurwa!!! jakie to dlugie, przelecialo mi przez mysl, ale wiadomo, ze ja nie potrafie krotko, no to mam.
A do tego musialam byc strasznie zakochana, skoro tyle tego napisalam i jeszcze tak rzewnie...
Nic, przetrwalam cale czytanie.
Wspanialy skonczyl, popatrzyl na mnie i powiedzial:
-- Hmm, wyglada na to, ze mamy konflikt.
-- Jaki kurwa KONFLIKT! Gdzie Ty widzisz konflikt?
-- Po prostu, konflikt przysiegi z rzeczywistoscia - odpowiedziala paskuda.
-- Cos mi sie wydaje, ze Ty guza szukasz - kombinowalam jak kon pod gore.
-- No sama przyznaj, ze przysiega wyszla Ci calkiem dobrze, natomiast w rzeczywistosci wyglada na to, ze Ty skladalas sluby czystosci a ja przysiegalem, ze bedzie duzo i dobrze - zarechotal.
-- Ja pitole, Ty ciagle to samo. Nawet przy takiej okazji.
-- Desperacja, moja droga, to sie nazywa desperacja - zawyrokowal i oddalil sie w celu zrobienia kolejnego mojito.
Przy nastepnym mojito stwierdzil, ze owszem moze podpisac kontrakt, ale najpierw musi wpisac klauzule do przysiegi. Na takie dictum wyrwalam mu papiery z rak i wrzucilam z powrotem w czeluscie szuflady z dokumentami. No jeszcze tego by brakowalo!!!
Klauzula!! Jak sie to chlop rozbestwil?
Trudno bede zyc bez przedluzonego konfliktu, a co mi zalezy?
Przez ostatnie 4 lata mieszkamy w mieszkaniu bez przedluzania umowy o wynajeciu, wiec i bez przedluzania kontratktu slubnego tez mozna pewnie zyc.
O tak, na kocia lape :))))
Drugie mojito poprawilismy nalewka z imbiru, bo juz bylo za ciemno, zeby po omacku wiecej miety szukac, a potem jeszcze sprobowalismy nalewki kawowo-czekoladowej w/g przepisu, ktory dostalam od MP.
Nalewka jest mniamniusna, tylko teraz nie bardzo wiem po czym boli mnie dzis glowa;)))
Ale to pewnikiem z powodu braku tego przedluzenia...

Wednesday, May 12, 2010

Niech sie swieci 12 Maja!!!

Swietuje, co widac w tytule.
Jak juz sie wyswietuje i bede miala czas to napisze notke:)
Ale narazie to mam duuuuzoooo do swietowania...

Monday, May 10, 2010

Kopciuszek

Weekend minal wedlug planu, czyli nad skladaniem mebli, z malym przerywnikiem na Dzien Matki, ktorego i tak nie obchodze, bo na chooj mi jeden dzien, jak ja od lat, dzien w dzien i na codzien jestem matka. Nigdy nie lubilam wszelkiego rodzaniu "swiat jednodniowych" ustanowionych odgornie, w celu przypomnienia swiatu o kobietach, dziadkach, gornikach, sekretarkach czy tez kieszonkowcach.
Co to kogo obchodzi kim jestem? albo jaki zawod sobie wybralam?
Jedyna osoba, ktora to moze obchodzic w wypadku wspomnianego wyzej Dnia Matki, jest moj jedyny syn.
I dobrze, przyszedl w sobote dal buzi, przyniosl wiechcia, w prezencie pomogl przy skladaniu mebli i gra muzyka. Ale na jaki grzyb, dostalam 8 esesmanow telefonicznych z zyczeniami od moich klientek? nie pojmuje i pewnie nigdy nie pojme, matka zadnej z nich nie jestem, wiec o so cho?
To jest wlasnie powod, dla ktorego ja takie swieta olewam.
Ale trzymajmy sie Kopciuszka, bo jak sie rozgadam (czyt. rozpisze) to znow bede musiala historie podzielic na czesci i ktos mi wreszcie da w kly (jak mowi Szeherezada).
W sobote Wspanialy z Potomkiem zamienili gore desek w meble, a przynajmniej w skrzynie, ktore po ulozeniu polek i zamontowaniu szuflad mialy sie przeinaczyc w ladny segment, ktory sobie wymyslilam.
Zalozyli nawet drzwi i Potomek pojechal do siebie.
Wspanialy stwierdzil bowiem, ze sam sobie juz poradzi z szufladami, a polki to i tak ja bede musiala ustalic na jakiej wysokosci sa mi potrzebne.
Wieczorem zostala zmontowana jedna szuflada i nawet przykrecil szyne, ale ze szuflady sa nisko, to bylo mu juz bardzo niewygodnie i ciemno.
-- Wiesz co kochanie, jestes juz zmeczony, jak chcesz to zostaw te szuflady na jutro, ja jestem w poniedzialek w domu, to i tak zdaze sobie poukladac te wszystkie skorupy - zaproponowalam glosem dobrej zony.
Dobry maz przystal ochoczo na propozycje i dobre malzenstwo udalo sie na zasluzony spoczynek.
W niedziele rano wstalam i wykonalam telefon do PL. W tym czasie wstal Wspanialy i z kubkiem kawy w rece maszerowal miedzy segmentem i komputerem otwartym na strone IKEA, katem oka widzialam, ze przechodzac strzyze okiem w moim kierunku. Strzyc uchem nie mogl, bo rozmowa toczyla sie w nieznanym mu jezyku.
Jak juz skonczylam to zaanonsowal:
-- Mamy problem z szufladami.
-- Jaki problem?
-- Bo one sa nieodpowiedniego wymiaru, za plytkie na 4 a za glebokie na 6. A my mamy tylko 4 sztuki i w ten sposob zostaje wolna przestrzen ok. 12cm - wyjasnil pokazujac o co chodzi, bo ja mocno niekumata jestem.
-- O ja pitole!!! faktycznie. Co teraz zrobimy?
-- No wiesz, mozemy zamowic jeden przod szuflady, przeciac go na pol i zalatac te kawalki wolnej przestrzeni.
-- Wykluczone, nie bede nic zamawiac, czekac az przysla.. co jeszcze mozemy zrobic?
-- No mozemy polozyc dodatkowe polki, ale na co Ci polka o wysokosci 12cm?
-- Juz Ty sie nie martw na co? ja zawsze wymysle co tam polozyc. Bierz sie za robote.
I jak zapowiedzialam tak zrobil. Ale te szuflady to jednak upierdliwa robota sie okazala, bo przykrecanie szyn znow musial robic lezac na podlodze z glowa w szafce.
Wiec w miedzyczasie robil sobie przerwy i kombinowal, bo cos z jednymi drzwiczkami bylo nie tak.
Nierowno sie zamykaly, chodzil dookola tych drzwi, macal, przesuwal, popychal... a mnie powoli zaczynal trafiac szlag. Ja osobiscie to mam gleboko takie drobiazgi, drzwiczki sa, zamykaja sie to juz jest dobrze, ale Wspanialy jest upierdliwy na detale, wiec chodzil drapal sie po lepetynie, mruczal, fuczal i byl bardzo nieszczesliwy.
Ale ja ZEN jestem, to sobie musialam szybko wymyslic jakies zajecie, coby go nie opierdolic.
No nieladnie byloby opierdalac chlopa jak robi wszystko tak solidnie.
Rozejrzalam sie po chalupie i zobaczylam (!!!)
W moim biurze (czyt. magazynie rzeczy roznych) stalo pokaznych rozmiarow pudlo cukru.
Cukier byl w malych torebuniach, takich jak podaja w kawiarniach czy restauracjach. Bylo tego 2000 sztuk torebuniek w paczce. No moze nie cale 2000 sztuk, bo ja ten cukier kupilam w przyplywie radosci jak  przeprowadzalam moj zaklad do poprzedniej lokalizacji, czyli 3 lata temu. Tak sobie wtedy wykombinezowalam, ze bede miala maszyne do kawy i bede serwowac kawe klientkom, w zwiazku z czym zanabylam pudlo z 2000 torebek cukru.
Ja sama cukru nie uzywam, ani zadnych slodzikow, ale jakby klientka chciala, to wypada miec.
No to mialam i przez 2 lata w tamtym lokalu zuzylam moze 7 torebek cukru.
Jak sie przeprowadzalam w sierpniu to oczywiscie cukier rowniez sie ze mna przeprowadzil.
Na poczatek przychodzil od czasu do czasu super i czestowalam go kawa, pil chetnie i nawet slodzil.
Poszlo nastepne, plus - minus 30 torebek.
Po czym super stwierdzil, ze wykryto u niego cukrzyce, nie bedzie przychodzil na kawe, a nawet jakby przyszedl, to nie bedzie slodzil.
Klientki maja kawe w duzej pogardzie, bo przychodza na konkretna godzine, na konkretny zabieg i konkretnie po zabiegu sie zmywaja. Ja owszem pije kawe, ale nie slodze!!!
Siem wkurwilam i za pomoca Wspanialego przeprowadzilam cukier do domu, postawilam w biurze i stal.
Kilka razy prosilam Wspanialego, bo on slodzi, zeby zaczal uzywac te torebki, ale jemu zawsze bylo nie po drodze, bo pudlo w biurze, a kawe i herbate robi sie w kuchni.
I wlasnie dzis w poszukiwaniu odgromnika przed niechybna awantura zobaczylam to pudlo z cukrem.
Przytaszczylam je do kuchni i ustawilam na stole, wlasnie siegalam do szafki po pojemnik, kiedy Wspanialy zapytal:
-- A co Ty bedziesz robic z tym cukrem?
-- Przesypie go do pojemnikow, chce sie pozbyc tego pudla.
-- Ale to przeciez na jedno wychodzi - wzruszyl ramionami i wrocil do swoich zajec przy poziomowaniu  segmentu.
A ja wyjelam sobie pojemnik i zaczelam brac z pudla po dwie torebunie cukru, rozrywac i przesypywac cukier do pojemnika.
No zywcem jak Kopciuszek!!!!
Tyle, ze nie mak z popiolu, ale cukier, przy ktorym tez sie kurzy, jeno na bialo:)
Stalam przy kuchennym stole i tak dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic, dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic, dwie torebki, potrzasnac....
Wspanialy jak zobaczyl co ja robie, to o malo nie zemdlal.
-- Ja myslalem, ze Ty chcesz tylko ten cukier w torebkach przesypac do pojemnika!!!
-- Kochanie, Ty nie mysl, Ty rob dalej nasz nowy segment - odpowiedzialam spokojnie.
-- Ale ilez Ty masz tego cukru? przeciez to cale, pelne pudlo!
-- Na oko tak z 1932 torebki - odpowiedzialam ze stoickim spokojem.
Pokrecil tylko glowa z niedowierzaniem, bo i nie mial pojecia, ze ja w ten sposob, tym cukrem wlasnie nasze malzenstwo ratuje. Jeszcze kilka lat temu, kazdy inny dostal by juz mlotkiem w leb przy tych cholernych drzwiach od regalu i skonczyloby sie awantura.
Ale ja jestem ZEN, wiec sie zaangazowalam calym sercem i rencoma w robote kopciuszkowa.
Zajelo mi to ok. 2,5 godziny i w tym samym czasie Wspanialy zakonczyl poziomowanie regalu.
Mialam tylko przerwe jak sie alarm w postaci mojego meza wlaczyl z okrzykiem:
-- Chodz tu szybko i trzymaj drzwi!!!
Poszlam, potrzymalam i... wrocilam do cukru.
Dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic...
Polecam kazdemu takie cwiczenie na uspokojenie nerwow..
Jestem juz tak opanowana, ze nic na swiecie szerokim nie jest w stanie mnie wkurwic.
Troche tylko pod koniec cwiczenia bolaly mnie nogi i zaczelo mi sie marzyc, zeby polnoc wybila, a potem jakis ksiaze, szklany pantofelek... karoca z dyni, zle siostry, macocha...
Ze wszystkich tych marzen najlepiej mi szlo ze zlymi siostrami, no moze nie doslownie siostrami, bo siostr nie posiadam, ale zlych bab troche sie ostatnio krecilo, tylko tego ksiecia, karocy i pantofelka nie bylo...
Chociaz to tez nie zupelnie prawda, bo pantofelek co prawda nie szklany, ale ciezki, masywny i jakze sprawny czekal na mnie jeszcze zanim polnoc wybila.
Oooo taki:


Zanabylam sobie wlasnie to ustrojstwo, bo mam problemy z krazeniem, puchna mi giczalki i jestem do dupy tak ogolnie. Wiec chce sprobowac na ile to pomaga, wlasnie zaczelam, wiec trudno oczekiwac jakichs rezultatow. Moge tylko powiedziec, ze cykl masazu trwa 15 minut wiec serwuje sobie jeden rano i drugi wieczorem. Masaz jest tak mocny, ze za pierwszym razem, przez pierwsze 3 minuty zastanawialam sie czy wytrzymam, ale dalam rade. Powoli mozna sie przyzwyczaic, potem sie obawialam, czy nie bede miala siniakow na lydkach, bo wygladaly "dziwnie" ale nie mam, czyli gra muzyka.
A co najwazniejsze, to temu Kopciuszkowi stupiczka juz nie wejdzie do szklanego czolenka, wiec musi sie takim zadowolic;))

Sunday, May 9, 2010

Moral zamiast finiszu

Bosze, przeczytalam komentarze i sie powaznie zaczelam obawiac o swoje jestestwo:)))
A poniewaz na jestestwie zalezy mi dosc powaznie, to ze strachu siadam i pisze;/

Uzbrojona w dane kontaktowe Gene, postanowilam je jak najszybciej przekazac Jackie.
Jak najszybciej to znaczy, przy okazji wyslac mailem, bo dzwonic nie bylo sensu. Telefonicznie musialabym literowac caly email adres i numer telefonu, a wiadomo, ze osobnicy leniwi maja rowniez wrodzony wstret do literowania, co zajmuje duzo wiecej czasu niz wyklepanie kilku cyferek.
Wobec powyzszego podjelam decyzje o przekazani cennych informacji na pismie i... zapomnialam.
Uplywaly dni i tygodnie, a informacje kontaktowe ewentualnego kandydata tkwily gdzies miedzy kartkami mojej ksiazki wizyt klientek. Tkwily by tak pewnie do pazdziernika, bo wlasnie zostaly wrzucone miedzy kartki 16 i 17 pazdziernika. Za kazdym razem kiedy widzialam Gene, lub przechodzilam obok drzwi jego biura pamietalam o tym, ze nalezy wreszcie te dane przeslac. Ale jak tylko mijalam drzwi i wchodzilam do mojego gabinetu, to natychmiast o tym zapominalam.
Sam Gene nigdy nie pytal, ani w zaden sposob nie wracal do rozmowy, bo pewnie nie chcial byc natretny, a moze myslal, ze ewentualna kandydatka na znajomosc sie rozmyslila a ja przez delikatnosc (no nie zna mnie facet na tyle, wiec ma prawo myslec, ze jestem delikatna istota) rowniez pomijam temat milczeniem.
Tym sposobem uplynal caly miesiac i pewnego dnia zadzwonil moj telefon, zerknelam na ekran.
Jackie!!!!!!!!!
Ja pitole!!!
-- Hej Jackie, jak sie masz? - wyszczebiotalam.
-- Hej, a co Ty taka radosna?
-- Eee tam, radosna? raczej czuje sie winna.. - spowaznialam natychmiast.
-- Winna?! czemu? co sie stalo?
-- Pamietasz Twoja ostatnia wizyte i te rozmowe o tym facecie, z ktorym chcialam Cie poznac?
-- Nooo pamietam.. i co? on nie chce, to nie ma problemu, nic sie nie stalo.
-- NIE! To nie to, ze on nie chce... - i tu jak na swietej spowiedzi wyjasnilam, ze to ja zapieprzylam cala sprawe, ze od tamtego dnia mam te informacje, ktorych nigdy nie przekazalam itd.
Slowem posypalam leb popiolem, pokajalam sie i czekalam na wyrok. A Jackie pekala ze smiechu:
-- Szczescie masz, ze jestes kosmetyczka, bo do tego sie wyjatkowo nadajesz, ale jako machmaker to nie zarobilabys na przezycie.
Na zakonczenie spowiedzi zadeklarowalam natychmiastowe przeslanie przetrzymywanych kontaktow, ale Jackie chciala przyjsc nastepnego dnia, wiec ustalilysmy, ze to nie ma sensu.
Nastepnego dnia zapukalam grzecznie do biura Gene i poprosilam czy moze przyjsc do mnie na chwile, bo musze z nim porozmawiac.
Przyszedl, wiec znow opowiedzialam jaka to jestem ceepa uszata i jak to jego wizytowka biznesowa ciagle sobie spoczywa grzecznie w czelusciach mojego kalendarza. Obsmial sie i oczywiscie jak na gentelmana przystalo powiedzial, ze nic sie nie stalo, co ma wisiec nie utonie i skoro Jackie przychodzi wlasnie dzisiaj, to jesli on bedzie wolny i ona wyrazi ochote moze bede miala okazje ich po prostu poznac.
Tak tez zrobilam. Pogadalam z Jackie i na zakonczenie obie zjechalysmy winda na dol, ja wiadomo w jakim celu, ona poczekala ze mna i za chwile przyszedl Gene.
Dokonalam ceremonii zapoznania, zapowiedzialam, ze od tej chwili "robta se co kceta" ja nie chce nic slyszec.
-- No chyba, ze bedzie wesele, to mam nadzieje, ze nie zapomnicie przyslac zaproszenia - dodalam na koniec i wrocilam do pracy zostawiajac ich zeby mogli sobie chwile pogadac.
Wrocilam do mnie i pomyslalam, ze z tym zaproszeniem, to moze byc dokladnie tak, jak z tym moim przekazaniem danych, albo i jeszcze lepiej, znajac historie rodzicow Gene, moge jeszcze przez wiele lat dostawac od nich zaproszenia na kolejne sluby ;)
Co ma byc, to bedzie.
A moral z tej opowiesci jest taki, ze nalezy zawsze zatrudniac odpowiedniego fachowca do odpowiednich zadan, szewc ma robic buty, piekarz piec chleb, pilot latac a swatka swatac.
Jesli ktos nie potrafi zrobic wlasnych butow, upiec chleba czy ulozyc sobie zycia, to niech szuka pomocy u odpowiednich fachowcow.
Ja sie nie nadaje.... ;(((

Saturday, May 8, 2010

Machmaker cd.

Jak wrocilam do siebie to Jackie wlasnie konczyla poprawianie makijazu. "Jakaz ladna ta cholera" pomyslalam, a glosno powiedzialam:
-- Jak bedziesz gotowa do wyjscia, to zjade z Toba na dol na papierosa.
-- Jestem prawie gotowa, tylko pozbieram moje malowidla - odpowiedziala.
I po chwili juz stalysmy w drzwiach. Jackie wychodzila pierwsza, ja oczywiscie jeszcze "niby" wrocilam po telefon i musialam zamknac drzwi, wiec akurat jak mialam  przekrecic klucz w zamku, to ona wlasnie mijala drzwi biura Gene.
-- Hej, hej poczekaj chwile na starsza pania - zawolalam, chcac ja zatrzymac wlasnie w tym momencie, w tym miejscu, czyli dokladnie przed otwartymi drzwiami sasiedniego biura.
A Jackie co?
Ano TO!! Zrobila nastepne dwa kroki i zatrzymala sie juz za otwartymi drzwiami!!!!
Szlag!!! Nie wyszlo, przeciez nie poprosze ja zeby teraz jeszcze raz przemaszerowala przez korytarz, no jakos braklo mi pomyslu, co sie rzadko zdarza, a jak sie juz zdarzy to w najmniej odpowiednim momencie.
Za to kilka sekund pozniej jak ja sama mijalam drzwi biura Gene, to katem oka zobaczylam jak Gene przewracajac oczami trzyma sie oburacz za glowe.
No, wiem, spierdolilam - pomyslalam i poszlam dalej.
Na dole zapalilam papierosa i zabralam sie do przygotowania gruntu po drugiej stronie, bo przeciez pamietac nalezy, ze biedna Jackie nie miala ciagle pojecia co sie pichci w tym kotle.
W krotkiej rozmowie dowiedzialam sie, ze i owszem ma przyjaciol, spotyka sie od czasu do czasu z kims, ale tak na serio to nikt sie nie kwalifikuje, bo generalnie na ryku jest posucha z mizerota.
Opowiedzialam jej o moim pomysle, nakreslilam obraz kandydata, taki duzy i wyrazisty.
Wyjasniajac, ze "duzy" odnosi sie glownie do gabarytow kandydata, bo Gene jest pod kazdym wzgledem poteznym mezczyzna. Na co Jackie smiejac sie zareagowala:
-- No, wiesz wysokich to ja lubie, duzy.. tez moze byc, byle nie az taki duzy, zebym ewentualnie musiala z butla tlenowa przy lozku spac.
Tu przyznalam jej racje, ale moze nie bedzie tak zle, no i zawsze mozna pacjenta troche odchudzic, staralam sie byc pozytywna i jak najlepszej mysli. Na okrase, dorzucilam na szale poczucie humoru, nienaganne maniery.. Przy manierach znow sie na moment zatrzymalam, bo przypomniala mi sie sytuacja z mojej wlasnej przeszlosci (moze kiedys o tym napisze) i szybko dodalam:
-- Wiesz, z tymi manierami to moze nie przesadzajmy, bo moze on ma tylko takie dobre maniery w stosunku do kobiet, ktore nie sa dla niego obiektem zainteresowania.
-- Star, kurwa w co Ty mnie chcesz ubrac? - zawolala.
-- Szczerze mowiac, sama nie bardzo wiem, bo to jest pomysl chwili, ale przeciez jestes duza dziewczynka to sobie poradzisz, nie?
-- Noo... niby tak, ale troche mnie przestraszylas.
No to na oslode opowiedzialam jej moja historie, ktora byc moze kiedys tutaj opisze, posmialysmy sie, ja skonczylam palic, nastapilo rutynowe "cmok, cmok" i wrocilam do budynku.
Oczywiscie przy otwartych drzwiach czekal na moj powrot Gene.
-- Hehehe dobra jestes "poczekaj" a ona idzie i zatrzymuje sie juz poza moim polem widzenia!! - zawolal zanoszac sie od smiechu.
-- Widzisz, bo ja nie mam zadnego doswiadczenia jako machmaker - probowalam sie tlumaczyc.
I tak od slowa do slowa zaczelismy sobie przyjacielskie rozgowory, z ktorych dowiedzialam sie, ze Gene najbardziej przeraza imie "Jackie", bo sie okazuje, ze jego byla partnerka miala wlasnie tak na imie.
-- Querva, a co ja mam na to poradzic?
-- Nic, ot tak sobie mowie, przeciez nie zmienisz dziewczynie imienia - uspokoil mnie.
-- Zreszta, ja uwazam, ze jak jest okazja poznac kogos nowego, to nalezy z niej skorzytac, bez wzgledu na skutki, bo przeciez czasem nawet do kina przyjemnie isc w towarzystwie, a moze akurat zostaniemy przyjaciolmi, albo tylko dobrymi znajomymi. Skutek jest niewazny, trzeba byc otwartym na wszelkie mozliwosci, a ja jestem.
No, mowilam, ze to madry facet - pomyslalam, a glosno dodalam:
-- No i dobrze, bo za skutki to ja nie biore zadnej odpowiedzialnosci.. nie dosc ze nie mam doswiadczenia jako machmaker, to sama mam trzeciego meza. Chyba jestem malo kompetentna osoba w tych sprawach... - wyznalam wszystkie grzechy ciurkiem.
-- Eeee tam trzeci maz, czym Ty mnie chcesz zaimponowac. Moja matka wyszla za maz siedem razy.
Oczy o malo nie wyskoczyly mi z orbity.
-- Sie-dem ra-zyyy? - wydukalam.
-- Tak, tak siedem razy. To jeszcze nie wszystko, za kazdym razem z tych siedmiu wyszla za maz za mojego ojca!!!
W tym momencie oparlam sie na wszelki wypadek o sciane, coby bylo sie po czym osunac jak zaslabne i zaczelam chwytac powietrze jak ryba wypuszczona z sieci.
-- He, he, tez mysle, ze to chore, ale oni tak maja, nie potrafia zyc razem, wiec sie rozwodza, po jakims czasie dochodza do wniosku, ze nie potrafia zyc bez siebie to znow sie pobieraja. Ja juz sie przyzwyczailem, ale sad zaczyna miec powoli dosc. Przy ostatnim rozwodzie, sedzina zapytala czy to sie kiedys skonczy. Na dzien dzisiejszy znow sa malzenstwem - zakonczyl opowiesc.
-- Troche mi poprawiles image - powiedzialam odzyskujac rownowage fizyczna i psychiczna.
Na zakonczenie rozmowy Gene dal mi swoja wizytowke i powiedzial, ze jak bede miala okazje, to moge podac jego telefon i email adres Jackie, niech ona sobie sama zadecyduje, czy chce i kiedy chce sie z nim skontaktowac.
-- Mysle, ze tak bedzie najbezpieczniej, bez zadnej presji i oczekiwan, niech dziewczyna ma swiadomosc, ze to od niej zalezy czy chce sie ze mna skontaktowac czy tez nie. A co dalej? Tego nikt z nas nie wie - tymi slowami przypieczetowal calosc.
Wzielam te wizytowke, wrzucilam do moich drobiazgow w portfelu.
Oczywiscie z zamiarem rychlego przekazania danych dalej...

Cdn.

Friday, May 7, 2010

Machmaker

Matchmaker Matchmaker
Make me a match,
Find me a find,
Catch me a catch

Chyba mi sie z wiosna zupelnie w glowce popierdolowalo, bo jak pisalam zakrecona jestem mocno, ale to glownie przez fakt, ze sama sobie wynajduje rozne zajecia. I to najczesciej takie, od ktorych powinnam sie trzymac z daleka.
Generalanie staram sie zyc zgodnie z zasada, ze nie nalezy nic dotykac, wtedy wiadomo, ze sie nic nie zepsuje, ale czasem zdarza mi sie o tej zasadzie zapominac, najczesciej zapominam jak mi sie nudzi.
A nudzi mi sie z reguly jak mam mniej niz 38 roznych rzeczy na glowie.
Tak tez bylo miesiac temu, kiedy przyszla moja klientka Jackie. Jackie znam od wielu lat (15?) to fantastyczna dziewczyna, o ile slowo dziewczyna ciagle pasuje do dojrzalej kobiety, matki dwoch nastoletnich urwisow, ktorych Jackie z roznym skutkiem wychowuje samotnie.
Nigdy nie pytam, bo to nie moj interes, zreszta sama nie lubie byc poddawana zadnym przesluchaniom, zwlaszcza na tematy malo wygodne, wiec tez nigdy nie zadaje pytan innym. Uwazam, ze jak ktos chce i czuje sie bezpiecznie to sam mi pewne rzeczy powie.
Tak samo jest z Jackie, z czasem opowiedziala mi historie swojego zycia i fajnie, zrobila to sama, bez mojego nacisku, bez pytan, wiec wiem, co wiem.
A w tej wiedzy najwazniejsze jest, ze Jackie jest samotna matka, bardzo atrakcyjna dziewczyna o czekoladowej skorze. Jackie ma tak piekna czekoladowa skore, ze jak przychodzi to mam ochote ja dotykac, glaskac i nie moge sie nacieszyc ta czekolada.
Bo nie kazda ciemna skora ma tak piekny odcien jak skora Jackie i nie kazda jest tak aksamitna w dotyku, czesto ciemna skora potrafi byc sucha, az szosrstka, czasem bywa pokryta szarawym nalotem tlumiacym ten piekny czekoladowy odcien.
Skora Jackie ma kolor ciemnej czekolady z domieszka kremu malinowego.
Myslicie, ze zwariowalam?
Otoz nie, nie zwariowalam, ja sie juz taka urodzilam ;) i wiem co mowie.
W moim indeksie smakowym polaczenie ciemnej czekolady i malin oraz szczypty chilli, to jest niebo w gebie. A poniewaz Jackie nie jest calkiem czarna, tylko brazowa, ale takim wlasnie zywym brazem z domieszka delikatnej czerwieni to kojarzy mi sie jak wyzej.
Do tego jej skora jest tak delikatna, ze jak klade moje dlonie na jej ramionach w czasie zabiegu, to mam wrazenie, ze zatapiam sie w aksamicie.
Dobra, skoncze, bo jeszcze ktos pomysli, ze sie zakochalam w Jackie;)
Wiec tego dnia kiedy przyszla Jackie mialam chyba tylko 34 rzeczy na glowie, bo natychmiast przyszlo mi do glowy, ze przeciez taka wspaniala kobieta moglaby miec rownie wspanialego partnera.
Od razu zaswiecila mi lampka w glowie!!!
W biurze obok, na tym samym pietrze pracuje Gene. Gene jest rowniez czarny (troche jasniejszy od Jackie) i uwazam, ze jest fantastycznym czlowiekiem. Bardzo czesto rozmawiamy, glownie jak ja ide do windy, a Gene widzi mnie przez otwarte drzwi biura (nie mam pojecia dlaczego, ale ich drzwi sa bardzo czesto otwarte, moze nie moga sie napatrzec na moje zgrabne dziewczyny;)) to Gene wiedzac, ze ide zapalic chrzaka. Ciagle mnie strofuje za to moje palenie i przez to zostalismy kumplami. Gene zawsze znajdzie chwile, zeby ze mna pogadac, jest przy tym bardzo szarmancki i zawsze pelen szacunku. No dobry chlopak i tyle, a przy tym rowniez samotny.
Zostawilam wiec Jackie w moim gabinecie i powiedzialam, zeby poczekala, bo ja musze wyjsc do lazienki.
Oczywiscie zamiast isc do lazienki, wsadzilam glowe w drzwi biura Gene, a ze jego biurko jest wygodnie tuz przy drzwiach, z tajemniczym blyskiem w oku zagailam:
-- Gene, mam u siebie klientke, z ktora chcialabym Cie poznac..
-- Jak to? a czy ona chce kogos poznac?
-- Nie wiem, nie zadaj zadnych pytan, bo ona jeszcze nic nie wie, to moj pomysl.
-- Ty jestes nieobliczalna - zasmial sie.
-- Tyle oboje wiemy, za jakies 5 minut bede wychodzic razem z nia, wiec trzymaj drzwi otwarte, ja sie postaram, zebys mogl ja zobaczyc.
I polecialam z powrotem do Jackie, zostawiajac go ze znakiem zapytania w oczach.
 
Cdn.
 
 
 

Thursday, May 6, 2010

Zakrecona

Jestem zakrecona jak sloik z przetworami na zime. Nie mam czasu na pisanie, nie mam czasu na myslenie, nie mam czasu na niiiiiiccccccccccc............................
Przepraszam wszystkich, ktorym jeszcze nie odpisalam na prywatne maile, ale narazie slabo to wyglada.
Postaram sie nadrobic i wykorzystac kazda wolna chwile....
Tylko tych chwil, chwilowo jakby mniej .................................................

Monday, May 3, 2010

Dla DS

No moze nie tylko dla DS, skoro umieszczam to zdjecie tutaj:))
Ale, to ona pytala o te skrzynie, wiec tak wyglada nasze nowe lozko w pokoju goscinnym. Tak to ten sraczko-tabaczko kanarkowy:)))


Tak to wyglada, lozko jest drewniane w stanie surowym, bo na takie juz wykonczone musielibysmy czekac dluzej, a ja chce miec to wreszcie za soba. Wspanialy twierdzi, ze po wizycie Spt sam wykonczy czyli czyms tam zapaprze to surowe drzewo. Narazie pieknie pachnie:))
Poniewaz akurat w naszym przypadku to lozko musi stac jednym bokiem pod sciana, wiec szafka i 4 szuflady pod spodem sa glebokosci tylko do polowy szerokosci lozka. Przy modelu wolnostojacym mozna miec szuflady i szafki po obu bokach lozka.

Tup tup, tup tup

Caly weekend przetuptalam. W sobote tutptalam po IKEA, wkurwiajace takie tuptanie w sumie w miejscu, z oczami przypietymi do strzalki na podlodze. Ja mam talent do gubienia tej strzalki i wtedy tuptam w miejscu obracajac sie wokol wlasnej osi, co jest jeszcze bardziej wkurwiajace, wiec na wszelki wypadek, wole od czasu do czasu rzucic okiem w dol, co by nie stracic strzalki z celownika.
Wczoraj walczylismy z kuchnia, a w zasadzie to Wspanialy wiecej walczyl, ja tylko tuptalam wokol niego i robilam dobre wrazenie.
A ze pogoda byla wyjatkowo letnia, 30C razem z calym inwentarzem letnich urokow, czyli z wilgotnoscia, to mnie moje tuptacze oczywiscie spuchly i co chwila zmienialam rodzaj otuptolenia.
Z plaskich japonek, ktore owszem sa wygodne, ale ze nie nosilam ich przez 3 sezony, to mi zaczely ocierac miejsce miedzy palcami, zmienialam na stare wydarte koturny, ktore to zamordowalam ubieglego lata.
I tak caly dzien, tup tup, tup tup....
Wspanialy skakal z drabiny na drabine, a ja tuptalam.
On myl wszystkie klatki wentylacyjne w calym mieszkaniu, zyrandole, smole, pitolil sie ze srubkami, a ja bylam pomocnikiem od podaj, przynies, wrzuc, wyrzuc, przesun...
Ja pierdole, ten chlop ma zdrowie!!!
Skacze jak pajak po drabinie, a ja przy nim jak slonica TUP TUP, TUP TUP..
Po poludniu przyszedl wczesniej zawezwany Potomek, bo mamusi trzeba bylo koniecznie podlaczyc odtwarzac DVD do nowego telewidziadla, a do takich celow Potomek jest najlepsiejszy.
Wszedl, popatrzyl na ten sajgon i zawolal:
-- To ja to szybko podlacze i uciekam..
No tak, najlepiej to uciec z pola walki:)) Dalam mu odtwarzacz, zaordynowalam gdzie co i jak ma byc. Wspanialy zlazl z drabiny na okolicznosc i rzucajac okiem na odtwarzacz powiedzial:
-- Oooo to ten odtwarzacz ma oprocz DVD wejscie na tasmy, a Ty wszystkie tasmy wyrzucilas do smieci 2 tygodnie temu.
-- No wyrzucilam, bo zapomnialam, ze ma... Nic na to nie poradze.
No nic na to nie poradze, ale wkurw mnie ogarnal, bo razem z tymi tasmami z rozpedu wyrzucilam tez tasmy rodzinne, pamiatkowe. Takie sprzed lat, pierwsza podroz do Polski, Las Vegas, urodziny moje, urodziny Potomka, graduation Potomka... eeeech wole nie pamietac.
Ja tak robie, jak nie wyrzucam, to zbieram kazde gowno, a jak mnie najdzie na wyrzucanie to wypierdalam wszystko jak leci...
Nic, przeciez sobie teraz lba nie urwe, bo chocbym urwala, to i tak nic z tego.
Pocieszam sie po cichutku, ze i tak nigdy tego nie ogladalismy, ot BYLO.
Bo tak naprawde to ile razy ktos oglada te wszystkie nagromadzone pamiatki?
I jak tak dumalam, to Potomek podlaczyl co mial podlaczyc, wydal dokladne instrukcje obslugi, ktorych juz nie pamietam, ale co tam, jak bedzie potrzeba to zadzwonie, albo moze Wspanialy pamieta.
Nie bede sobie niepotrzebnie rozumku obciazac.
Wspanialy wykorzystal jeszcze Potomka do odwrocenia naszego materaca na lozku, bo ja nie dam rady.
-- To juz wszystko, tak? - bardziej stwierdzil niz zapytal Potomek.
-- Wszystko, ale co tak uciekasz od nas Synku? wiesz my Cie kochamy.. - odezwala sie we mnie matula.
-- Yhyyy wiem.. - zareagowal krotko Potomek.
-- A wiesz w nastepny weekend to bedziemy Cie kochac jeszcze bardziej - dodalam probujac go poglaskac, ale bylo za wysoko.
-- A co bedzie w nastepny weekend? - zapytal.
-- No niiiiic... w piatek przyjdzie dostawa mebli z IKEA i w sobote trzeba je bedzie zlozyc - poinformowalam.
-- Kupimy zapas piwa i na koniec zrobimy grilla - dorzucil na zachete Wspanialy.
-- Oj ludzie, ludzie, Wy to zawsze cos wymyslicie... O ktorej mam byc w sobote? - Potomek wykazal zaniteresowanie konkretami.
-- Tak.... Rano!? - wypalilam.
-- Mamo, Twoje rano? czy moje rano? bo wiesz moje, to moze byc o 15ej, a Twoje jak znam zycie to jest pewnie okolo 6ej.
-- Nooo, to ustalmy tak okolo 11ej...
-- Dobrze, zadzwon jeszcze i mi przypomnij - cmoknal mnie w czubek glowy i poszedl, a my wrocilismy do tuptania.
Nareszcie pomylam i pozawieszalam wszystkie obrazy w sypialni i sralonie.
No gdyby nie te pudla ze szkliwem w sralonie, to mozna by zaryzykowac stwierdzenie, ze zycie wraca do normy. Dzis wieczorem przywioza lozko do goscinnego, wiec bede musiala zagospodarowac skrzynie.
Skrzynia ma 4 szuflady i szafke, wiec planuje tam pochowac wszelaka posciel. Oprocz tego ma tez polki przy glowie (nie wiem jak to madrzej wytlumaczyc), tam tez bede musiala ustawic pare pierdolek.
Cos sie jeszcze powiesi na scianach i jakos to nabierze wygladu normalnego pokoju.
W nastepny weekend czeka mnie uporzadkowanie sralonu.
A potem malowanie mojego biura.
I to bedzie kolejny sajgon, bo ja w tym biurze to tez mam wszystko czego tylko dusza zapragnie.
Tak naprawde to jest to biuro i magazyn w jednym kawalku, ale dam rade.
Za godzine lece potuptac do mojego znachora, potem mam kilka drobnych zakupow do zrobienia i moze uda sie troche odpoczac przed pojsciem do pracy jutro.
I poszla tuptac dalej...

Saturday, May 1, 2010

IKEA mnie zabila

Pogoda dopisala (30C) jak na majowke przystalo, ale niekoniecznie na zakupy i lazenie po sklepie.
Pojechalismy tak jak bylo planowane, srodkami masowego transportu. Generalnie cud, miod i malina, wygoda, bo caly szkopul polega na przenoszeniu dupy z jednego siedliska do drugiego i pokonaniu ok. 2 kilometrow podziemnymi tunelami, 60 schodkow w gore, po to tylko zeby po nastepnych 40 metrach zejsc nastepnymi schodkami w dol. Ale to w NY normalka, wiec nie ma co wybrzydzac.
Autobus z Port Authority do IKEA w New Jersey kursuje co 30 min, wiec calkiem przyzwoicie, caly przejazd do IKEA trwal 20 min, ale za to z powrotem az 40 min. Takie korki, wyobrazam sobie ile sapania i klecia pod nosem w wykonaniu Wspanialego mnie ominelo;)
Zakupilismy wszystko co "wybudowalam" wczesniej, oczywiscie nie obeszlo sie bez drobnych usterek w programie.
Pobyt w sklepie zaczelismy od kawy. I tam wlasnie przy kawie Wspanialy poprosil o wydruk mojej tworczosci. Rzucil okiem i zapytal:
-- Czy jestes pewna, ze chcesz te meble miec tak zamkniete drewnianymi drzwiami?
-- Tak.
-- Ale przedtem mialas prawie wszystko za szybami, ladnie poukladane..
-- To bylo przedtem, dlatego wymieniamy..
-- To co juz nie chcesz miec tak ladnie poustwianego szkliwa?
-- Nie chce. Chce miec wszystko pochowane. Mam dosc pucowania szklanych drzwi.
-- A na pewno bedzie Ci sie tak podobalo? - drazyl dalej.
-- Wspanialy a dlaczego Ty nie miales tych wszystkich uwag i pytan, jak pokazywalam Ci meble na ekranie monitora, zaraz jak je wybudowalam?
-- Bo.. bo.. wtedy jeszcze nie kupowalismy, a teraz kupujemy..
-- Wiec skoro wtedy nie miales pytan, to teraz kupimy to co zbudowalam i bedzie nam sie podobalo. Zgoda?
-- No dobrze, w zasadzie to mnie i tak nie zalezy..
-- No wlasnie, jak na czlowieka, ktoremu nawet nie bardzo zalezy, to nagle zadajesz mase niewygodnych pytan. Lepiej powiedz ile pieniedzy chcesz dzis wydac? - przeszlam do konkretow.
-- No jak to ile? przeciez kupujemy tylko te meble, tak?
-- Meble na pewno, ale niekoniecznie TYLKO..
-- A co jeszcze chcesz kupic?
-- 2 tygodnie temu wywalilismy na smietnik dywan z naszej sypialni i chyba trzeba cos kupic na jego miejsce, prawda?
-- Ale czy koniecznie dzisiaj? - zapytal niepewnie.
I to jest caly problem z moim Wspanialym, bo on lubi po kawalku, a ja lubie wszystko na raz.
Pochylilam sie nad stolem w jego kierunku i powiedzialam:
-- Sluchaj i sluchaj uwaznie. Cale te meble kupujemy i placimy za dostawe do domu. Oplata za dostawe jest zawsze taka sama, wiec czy kupimy jeszcze dywan, czy nie to i tak placimy tyle samo. Jak przyjedziemy po dywan innym razem, to automatycznie dodajemy do ceny dywanu kolejna stowe za dostawe do domu. Logiczne?
-- Faktycznie, logiczne.
Wypilismy kawe i wyruszylismy na wedrowke po sklepie. Z meblami bylo latwo, bo mialam wydrukowana cala liste poszczegolnych segmentow, poleczek, bokow, drzwi i innych pierdolek. Zeszlo nam sie jedynie troche czasu przy uchwytach do drzwi, bo ja chcialam proste blaszki, Wspanialy chcial raczki.
Kupilismy blaszki, co chyba bylo latwe do przewidzenia.
Potem poszlismy w dywany, ale niestety nie mieli zupelnie nic co by mi sie podobalo, a szkoda, bo niecaly rok temu zakupilam w IKEA calkiem fajne dywany do mojego zakladu. Trudno, dywanow bede szukac innymi drogami.
Ale za to zakupilam sobie kilka innych fajnych przydasiow;)
Spedzilismy w sklepie 3.5 godziny, co na IKEA jest rekordowo krotkim czasem.
Ale jak dojechalismy do domu to bylam juz padnieta.
Dziury zachowuja sie narazie przyzwoicie, wiec nie ma juz paniki. Jak sie uda przezyc ten weekend bez plastrow to bede zyc;)
Meble przywioza w piatek, w sobote bedzie skladanie, w niedziele zagospodarowanie.
W poniedzialek przywoza lozko do goscinnego i powoli zycie zacznie wracac do normy.
Przyznam, ze jestem juz tym zmeczona, to juz czwarty pracowity weekend.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...