Weekend minal wedlug planu, czyli nad skladaniem mebli, z malym przerywnikiem na Dzien Matki, ktorego i tak nie obchodze, bo na chooj mi jeden dzien, jak ja od lat, dzien w dzien i na codzien jestem matka. Nigdy nie lubilam wszelkiego rodzaniu "swiat jednodniowych" ustanowionych odgornie, w celu przypomnienia swiatu o kobietach, dziadkach, gornikach, sekretarkach czy tez kieszonkowcach.
Co to kogo obchodzi kim jestem? albo jaki zawod sobie wybralam?
Jedyna osoba, ktora to moze obchodzic w wypadku wspomnianego wyzej Dnia Matki, jest moj jedyny syn.
I dobrze, przyszedl w sobote dal buzi, przyniosl wiechcia, w prezencie pomogl przy skladaniu mebli i gra muzyka. Ale na jaki grzyb, dostalam 8 esesmanow telefonicznych z zyczeniami od moich klientek? nie pojmuje i pewnie nigdy nie pojme, matka zadnej z nich nie jestem, wiec o so cho?
To jest wlasnie powod, dla ktorego ja takie swieta olewam.
Ale trzymajmy sie Kopciuszka, bo jak sie rozgadam (czyt. rozpisze) to znow bede musiala historie podzielic na czesci i ktos mi wreszcie da w kly (jak mowi Szeherezada).
W sobote Wspanialy z Potomkiem zamienili gore desek w meble, a przynajmniej w skrzynie, ktore po ulozeniu polek i zamontowaniu szuflad mialy sie przeinaczyc w ladny segment, ktory sobie wymyslilam.
Zalozyli nawet drzwi i Potomek pojechal do siebie.
Wspanialy stwierdzil bowiem, ze sam sobie juz poradzi z szufladami, a polki to i tak ja bede musiala ustalic na jakiej wysokosci sa mi potrzebne.
Wieczorem zostala zmontowana jedna szuflada i nawet przykrecil szyne, ale ze szuflady sa nisko, to bylo mu juz bardzo niewygodnie i ciemno.
--
Wiesz co kochanie, jestes juz zmeczony, jak chcesz to zostaw te szuflady na jutro, ja jestem w poniedzialek w domu, to i tak zdaze sobie poukladac te wszystkie skorupy - zaproponowalam glosem dobrej zony.
Dobry maz przystal ochoczo na propozycje i dobre malzenstwo udalo sie na zasluzony spoczynek.
W niedziele rano wstalam i wykonalam telefon do PL. W tym czasie wstal Wspanialy i z kubkiem kawy w rece maszerowal miedzy segmentem i komputerem otwartym na strone IKEA, katem oka widzialam, ze przechodzac strzyze okiem w moim kierunku. Strzyc uchem nie mogl, bo rozmowa toczyla sie w nieznanym mu jezyku.
Jak juz skonczylam to zaanonsowal:
--
Mamy problem z szufladami.
-- Jaki problem?
-- Bo one sa nieodpowiedniego wymiaru, za plytkie na 4 a za glebokie na 6. A my mamy tylko 4 sztuki i w ten sposob zostaje wolna przestrzen ok. 12cm - wyjasnil pokazujac o co chodzi, bo ja mocno niekumata jestem.
--
O ja pitole!!! faktycznie. Co teraz zrobimy?
-- No wiesz, mozemy zamowic jeden przod szuflady, przeciac go na pol i zalatac te kawalki wolnej przestrzeni.
-- Wykluczone, nie bede nic zamawiac, czekac az przysla.. co jeszcze mozemy zrobic?
-- No mozemy polozyc dodatkowe polki, ale na co Ci polka o wysokosci 12cm?
-- Juz Ty sie nie martw na co? ja zawsze wymysle co tam polozyc. Bierz sie za robote.
I jak zapowiedzialam tak zrobil. Ale te szuflady to jednak upierdliwa robota sie okazala, bo przykrecanie szyn znow musial robic lezac na podlodze z glowa w szafce.
Wiec w miedzyczasie robil sobie przerwy i kombinowal, bo cos z jednymi drzwiczkami bylo nie tak.
Nierowno sie zamykaly, chodzil dookola tych drzwi, macal, przesuwal, popychal... a mnie powoli zaczynal trafiac szlag. Ja osobiscie to mam gleboko takie drobiazgi, drzwiczki sa, zamykaja sie to juz jest dobrze, ale Wspanialy jest upierdliwy na detale, wiec chodzil drapal sie po lepetynie, mruczal, fuczal i byl bardzo nieszczesliwy.
Ale ja ZEN jestem, to sobie musialam szybko wymyslic jakies zajecie, coby go nie opierdolic.
No nieladnie byloby opierdalac chlopa jak robi wszystko tak solidnie.
Rozejrzalam sie po chalupie i zobaczylam (!!!)
W moim biurze (czyt. magazynie rzeczy roznych) stalo pokaznych rozmiarow pudlo cukru.
Cukier byl w malych torebuniach, takich jak podaja w kawiarniach czy restauracjach. Bylo tego 2000 sztuk torebuniek w paczce. No moze nie cale 2000 sztuk, bo ja ten cukier kupilam w przyplywie radosci jak przeprowadzalam moj zaklad do poprzedniej lokalizacji, czyli 3 lata temu. Tak sobie wtedy wykombinezowalam, ze bede miala maszyne do kawy i bede serwowac kawe klientkom, w zwiazku z czym zanabylam pudlo z 2000 torebek cukru.
Ja sama cukru nie uzywam, ani zadnych slodzikow, ale jakby klientka chciala, to wypada miec.
No to mialam i przez 2 lata w tamtym lokalu zuzylam moze 7 torebek cukru.
Jak sie przeprowadzalam w sierpniu to oczywiscie cukier rowniez sie ze mna przeprowadzil.
Na poczatek przychodzil od czasu do czasu super i czestowalam go kawa, pil chetnie i nawet slodzil.
Poszlo nastepne, plus - minus 30 torebek.
Po czym super stwierdzil, ze wykryto u niego cukrzyce, nie bedzie przychodzil na kawe, a nawet jakby przyszedl, to nie bedzie slodzil.
Klientki maja kawe w duzej pogardzie, bo przychodza na konkretna godzine, na konkretny zabieg i konkretnie po zabiegu sie zmywaja. Ja owszem pije kawe, ale nie slodze!!!
Siem wkurwilam i za pomoca Wspanialego przeprowadzilam cukier do domu, postawilam w biurze i stal.
Kilka razy prosilam Wspanialego, bo on slodzi, zeby zaczal uzywac te torebki, ale jemu zawsze bylo nie po drodze, bo pudlo w biurze, a kawe i herbate robi sie w kuchni.
I wlasnie dzis w poszukiwaniu odgromnika przed niechybna awantura zobaczylam to pudlo z cukrem.
Przytaszczylam je do kuchni i ustawilam na stole, wlasnie siegalam do szafki po pojemnik, kiedy Wspanialy zapytal:
--
A co Ty bedziesz robic z tym cukrem?
-- Przesypie go do pojemnikow, chce sie pozbyc tego pudla.
-- Ale to przeciez na jedno wychodzi - wzruszyl ramionami i wrocil do swoich zajec przy poziomowaniu segmentu.
A ja wyjelam sobie pojemnik i zaczelam brac z pudla po dwie torebunie cukru, rozrywac i przesypywac cukier do pojemnika.
No zywcem jak Kopciuszek!!!!
Tyle, ze nie mak z popiolu, ale cukier, przy ktorym tez sie kurzy, jeno na bialo:)
Stalam przy kuchennym stole i tak dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic, dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic, dwie torebki, potrzasnac....
Wspanialy jak zobaczyl co ja robie, to o malo nie zemdlal.
--
Ja myslalem, ze Ty chcesz tylko ten cukier w torebkach przesypac do pojemnika!!!
-- Kochanie, Ty nie mysl, Ty rob dalej nasz nowy segment - odpowiedzialam spokojnie.
--
Ale ilez Ty masz tego cukru? przeciez to cale, pelne pudlo!
-- Na oko tak z 1932 torebki - odpowiedzialam ze stoickim spokojem.
Pokrecil tylko glowa z niedowierzaniem, bo i nie mial pojecia, ze ja w ten sposob, tym cukrem wlasnie nasze malzenstwo ratuje. Jeszcze kilka lat temu, kazdy inny dostal by juz mlotkiem w leb przy tych cholernych drzwiach od regalu i skonczyloby sie awantura.
Ale ja jestem ZEN, wiec sie zaangazowalam calym sercem i rencoma w robote kopciuszkowa.
Zajelo mi to ok. 2,5 godziny i w tym samym czasie Wspanialy zakonczyl poziomowanie regalu.
Mialam tylko przerwe jak sie alarm w postaci mojego meza wlaczyl z okrzykiem:
--
Chodz tu szybko i trzymaj drzwi!!!
Poszlam, potrzymalam i... wrocilam do cukru.
Dwie torebki, potrzasnac, urwac, wysypac, wyrzucic...
Polecam kazdemu takie cwiczenie na uspokojenie nerwow..
Jestem juz tak opanowana, ze nic na swiecie szerokim nie jest w stanie mnie wkurwic.
Troche tylko pod koniec cwiczenia bolaly mnie nogi i zaczelo mi sie marzyc, zeby polnoc wybila, a potem jakis ksiaze, szklany pantofelek... karoca z dyni, zle siostry, macocha...
Ze wszystkich tych marzen najlepiej mi szlo ze zlymi siostrami, no moze nie doslownie siostrami, bo siostr nie posiadam, ale zlych bab troche sie ostatnio krecilo, tylko tego ksiecia, karocy i pantofelka nie bylo...
Chociaz to tez nie zupelnie prawda, bo pantofelek co prawda nie szklany, ale ciezki, masywny i jakze sprawny czekal na mnie jeszcze zanim polnoc wybila.
Oooo taki:
Zanabylam sobie wlasnie to ustrojstwo, bo mam problemy z krazeniem, puchna mi giczalki i jestem do dupy tak ogolnie. Wiec chce sprobowac na ile to pomaga, wlasnie zaczelam, wiec trudno oczekiwac jakichs rezultatow. Moge tylko powiedziec, ze cykl masazu trwa 15 minut wiec serwuje sobie jeden rano i drugi wieczorem. Masaz jest tak mocny, ze za pierwszym razem, przez pierwsze 3 minuty zastanawialam sie czy wytrzymam, ale dalam rade. Powoli mozna sie przyzwyczaic, potem sie obawialam, czy nie bede miala siniakow na lydkach, bo wygladaly "dziwnie" ale nie mam, czyli gra muzyka.
A co najwazniejsze, to temu Kopciuszkowi stupiczka juz nie wejdzie do szklanego czolenka, wiec musi sie takim zadowolic;))