Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Saturday, March 24, 2012

Czwartkowe wagary

W czwartek zrobilam sobie Dzien Wagarowicza.
A co? Nalezy mi sie jak psu buda, bo i czemu nie. Jak juz pisalam w poprzedniej notce z samego ranca odbylam konstruktywna wielce rozmowe z moim ulubionym bankiem, a potem zadzwonilam do Nuski i stwierdzilysmy, ze skoro juz mam te wagary, to mozemy je spedzic razem.
Oczywiscie poniewaz u mnie nic nie jest tak "hop siup" natychmiast, wiec musialam sie wyrychtowac, co by sie mnie ostatnia polska kolezanka nie wystraszyla;))
Przy okazji zapomnialo mi sie, ze przeciez autobus, ktorym mam jechac nie jest tu na rogu ulicy, ale troche dalej, czyli tak mniej wiecej mam trzy ulice do przejscia... 
I dzieki temu zapomnieniu ciutke za pozno mi sie wyszlo z domu, co zaowocowalo biegiem na ostatnim odcinku. Na szczescie kierowca widzial jak sie turlam z przyspieszeniem i poczekal.
Milo.
Jak juz wlazlam do autobusu to sie okazalo, ze dzieki przyspieszniu skarpetka mi sie wziela i zsunela pod stope. Niewygodne to jak cholera, wiec zaczelam sie szamotac wkladajac dwa palce do mocno zasznurowanego buta, zeby to cholerstwo jakos wyciagnac.
Nie jest to proste, bo skarpetka z tych co to maja byc niewidoczne z butow, a jak sie zsunela to ciezko wyciagnac. Przypomnialo mi sie, jak kiedys widzialam faceta, ktory na srodku Manhattanu zdjal buty wlasnie celem poprawienia skarpetek. Moglam w tym autobusie zrobic to samo, w koncu byl prawie pusty, ale uznalam, ze jednak nie wypada. Dojechalam wiec do celu i dopiero w domu u Nuski zdjelam buty i wyszarpalam cholerstwo tam gdzie powinno byc.
W drodze do Nuski, juz na wyspie, zobaczylam faceta, ktory sie opalal na polanie, troche to bylo daleko i nie mialam przy sobie aparatu z wiekszym zoomem, ale i tak udalo mi sie zrobic mu zdjecie:)




Ludzie jak widac korzystaja z kazdego wczesniejszego promienia slonca.
Wybralysmy sie polazic po Roosvelt Island, przy okazji zatrzymalysmy sie na tarasie japonskiej knajpy i pozarlysmy super lunch. Boskie zarcie tam maja!!
Musze przyznac, ze to byla chyba najlepsza knajpa japonska w jakiej bylam.
Mniam, do dzis czuje smak rozplywajacego sie w ustach prawie surowego (lekko podsmazony na szybkim ogniu) tunczyka oraz lososia i do tego krewetki w sosie z mango i papryki.
Pychota!!!!!!!!!
Nie moge wiecej pisac o jedzeniu, bo glodna jestem akurat, to zmienie temat.
Potem wybralysmy sie na spacer wzdluz brzegu wyspy.
Bylam mile zaskoczona jak ladnie tam teraz jest, nie bardzo zdawalam sobie sprawe, ze tak wiele sie na wyspie zmienilo i to na korzysc.
Wybudowano ladny pasaz brzegiem, prowadzi on do nowo powstajacego parku, ktory tez trzeba bedzie odwiedzic w najblizszej przyszlosci. A pasaz wyglada tak:



Podwojny rzad wlasnie rozkwitajacych drzew wyglada naprawde cudnie.



A tu widok na Queensboro Bridge i Manhattan:



Wyspa robi sie z dnia na dzien piekniejsza, chociaz ciagle malo znana. Polazilysmy, nie dotarlysmy jednak tym razem do parku, bo niestety juz robilo sie pozno, a ja chcialam wrocic do domu wczesniej niz Wspanialy, zeby przygotowac cos do jedzenia.
Wagary wagarami, ale zrec trzeba;)
Czas minal tak szybko, ze juz siedzac w wagoniku nad rzeka pomyslalam, ze czuje niedosyt i obiecalam sobie, ze jeszcze tej wiosny musze sie znow wybrac na wyspe.
Droge powrotna mialam troche pechowa, bo jak tylko wysiadlam z tramu, zanim zdazylam przejsc przez ulice to odjechal mi autobus. Szlag, strasznie to wkurwiajace jest, jak czlowiek widzi i nic nie moze zrobic, tym bardziej, ze te autobusy nie jezdza za czesto.
Odczekalam cale 20 minut i wreszcie wyruszylam w droge do domu.
Tym razem na moscie bylo wyjatkowo luzno, wiec podroz trwala szybko i juz sie cieszylam, ze bede w domu wczesniej niz przewidywalam kiedy...
No wlasnie, zaczytalam sie i przegapilam moj przystanek. A w zasadzie to nie mam pojecia jak to sie stalo, bo zawsze do tej pory bylam przekonana, ze moj przystanek jest ostatnim przystankiem. Zawsze wlasnie tu kierowca stawal i mowil "get the fuck off is a last stop"
No, nie nie mowil tak, ale mowil "last stop", a tym razem w ogole nie przystanal, czyli nikt (ja tez) nie zasygnalizowal, ze wysiada na tym przystanku i pojechal dalej.
Od teraz juz wiem gdzie jest ostatni przystanek... ja pierdole!!
Cale szczescie, ze nie na Rikers Island, a troche blizej. Tak czy inaczej zwiedzilam okolice, bo z buta musialam pokonac dodatkowo dwie dlugasne i nudne ulice. Nudne, bo tam nic nie ma oprocz jakichs magazynow, ze juz nie wspomne, ze caly czas pod gorke;)
No zeszlam sie jak glupia, ale teraz juz na pewno nie zapomne gdzie naprawde jest ostani przystanek.
Ale i tak zdazylam przed Wspanialym i nawet zdazylam ugotowac kilka pierogow, ktore sobie zaplanowalam na latwy obiad.
Wlasnie jedlismy pierogi jak zaczelam opowiadac Wspanialemu o japonskiej restauracji. Sluchal cierpliwie az w koncu powiedzial:
-- I co? Jadlyscie pewnie surowe ryby? Ty wiesz, ze ja nie jem sushi ani sashimi.
-- Alez nikt Ci nie kaze! Mozesz tam zjesc inne dania niekoniecznie surowe ryby.
Nie wiem co ten moj Wspanialy ma przeciwko surowym rybom, ale juz nie bede dociekac, za duzo roboty.
Kiedys go i tak tam zaciagne, wiec po co sie stresowac teraz.
I na koniec jeszcze jedno zdjecie zrobione wczoraj na rogu mojej ulicy:



Ten bialo-rozowy dywan pod drzewem za ogrodzeniem i na chodniku to platki kwiatow;/
Przekwitaja juz moje magnolie:(( Ale za to jak sie tedy przechodzi to tak pachnie, ze leb urywa.
Mimo wszystko jest mi szkoda, bo tak bardzo lubie magnolie...
Na pocieche widzialam juz pieknie rozkwitniete krzewy forsycji.

15 comments:

  1. Po Twoich zdjęciach to mam ochotę tam sobie usiąść na jednej z ławeczek i płaszczyć tyłek oglądając sobie widoki. O drzewie z Twojej ulicy nie wspomnę :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zmijo, wlasnie posiedzialysmy na tych laweczkach:) A po drugiej stronie w srodku wyspy sa budynki domu starcow i smialysmy sie, ze ladnie nam wyspe szykuja:))

      Delete
  2. pięknie tam w tej hameryce !
    a Twoja noga co na takie długaśne spacery do tego z biegami ???

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zmorko, moja noga jest super juz. Chodzic moge nawet na bardzo dlugie spacery, a ten bieg to wiesz;) napisalam przeciez, ze to bylo turlanie z przyspieszeniem:)) Nic nie boli, nie puchnie, jest naprawde w porzadku.

      Delete
  3. Przez moment nawet troche Ci pozazdroscilam widokow .... magnolii i opalajacych sie facetow. Pomyslalam, szczesciara z tej Star!!!.... ale gdyby mieszkala w Anchorage na Alasce(ta sama szerokosc geograficzna co moja) to napewno nie mialaby takich wiodkow..... a u mnie magnolie juz wkrotce zakwitna!!! a facetow moge podgladac w saunie;)))
    Usciski

    ReplyDelete
    Replies
    1. Inko, na Alasce nie moglabym mieszkac, bo to siedlisko ludzi tego pokroju co Sarah Palin:))) Wiesz, mnie z takimi nie po drodze:P

      Delete
  4. Aaaa, cudnie tam!
    Ale na widok tego pana to mi jeszcze zimniej dzisiaj :D

    ReplyDelete
    Replies
    1. Babo, dzis to i on by nie polezal na trawie, co prawda nie pada, ale jest duzo chlodniej.

      Delete
  5. Opalający się facet? Super! Prawdziwa wiosna!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ilenko, tamtego dnia bylo jakies 25C wiec w sloncu to mu calkiem dobrze bylo.

      Delete
  6. A u mnie też już piękna wiosna! Zaczyna wszystko kwitnąć i ciepło jak w maju. Tylko fajnych facetów nie widzę, może nie chadzam tam gdzie sie opalaja.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Socjo, bo to sie dopiero na starosc trafia;) Kolejna zlosliwosc natury;)))

      Delete
  7. Phi! Magnolie przekwitają! To ci dopiero.. To nie 6 godzin różnicy, a sześć tygodni!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zgago, nie phichaj:))) Roznica jest glownie w polozeniu geograficznym, Polska jest duzo bardziej na polnoc niz NYC. Chociaz, jak slucham co sie dzieje w Buffalo (na polnoc od NYC) i Kanadzie, to juz sama nic nie rozumiem:))

      Delete
  8. :(( pisałam o tym facecie, co się opala, ale komentarza nie ma:(
    W każdym bądź razie napisałam, że tęsknota za wiosną nie zna granic:)
    I jeszcze napisałam, ze marze by moja magnolia tak właśnie wyglądała w przyszłości:)

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...