Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Monday, August 6, 2012

Casa Loma i koncowka wizyty w Toronto

Na dlugo przed wyjazdem do Toronto nawiazalam kontakt nie tylko z ResVaria i Duza M., ale tez z Monika, ktora podobnie jak oni mieszka w Toronto. Monika nie pisze bloga, wiec nie bedzie zadnego linku, jest tylko od dawna moja wierna i zawsze mile widziana czytelniczka.
Poza dyskusjami w komentarzach udalo nam sie rowniez od czasu do czasy wymienic kilka maili, wiec jak zaczelam planowac wizyte w Toronto to oczywiscie natychmiast napisalam tez do Moniki.
Bardzo mnie ucieszylo, ze przyjela mozliwosc spotkania z radoscia, bo ja oczywiscie cala bylam na TAK.
Monika tez napisala mi, ze skoro juz bede w Toronto to powinnam odwiedzic jedno ciekawe miejsce, ktorym jest wybudowany w poczatkach XX wieku zamek pod wdzieczna nazwa Casa Loma.
Nie wiem co maja mezczyzni przeciwko zamkom, nie wiem tez czy wszyscy mezczyzni cos maja, moj ma!
Jak tylko otworzyl oczy w hotelu to juz zaczal:
-- Czy Ty naprawde chcesz jechac do tego Casa Loma?
-- Naprawde!!
-- Ale to nie jest nic ciekawego... zamek jak zamek... jak wszystkie zamki... - brzeczal pod nosem.
Ilez to razy juz slyszalam, w Polsce wszystkie koscioly byly jak kazdy kosciol, dopoki nie zaciagnelam za morde do kosciola Mariackiego w Krakowie i mu szczeka z hukiem opadla na koscielna posadzke. Wszystkie ruiny byly tylko ruinami, jak kazde inne ruiny dopoki nie zobaczyl ruin zamku Krzyztopor, o ktorym do dzis gada jak jest okazja.
Wiec ja ignoruje takie brzeczenie, bo wiem jedno, brzeczy, czy nie i tak zrobi co ja chce.
A ja chcialam do Casa Loma. Oto pierwszy rzut oka:



Kto by nie chcial? Prawda?


Tak wiec i Wspanialy przestal marudzic i nawet jak juz wszedl do srodka, to sam z wlasnej nieprzymuszonej woli nie tylko sam obejrzal, ale i mnie namowil na obejrzenie filmu o historii wlasciciela zamku.
Historia jest ciekawa, bo Sir Henry Pellatt byl bardzo znaczaca postacia w historii nie tylko Toronto ale i prowincji Ontario. Nie bede sie rozpisywac na temat postaci, bo to prawdopodobnie kazdy moze sobie znalezc w necie, ale chce dac krotki zarys.


Fontanna w ogrodzie od strony frontowej zamku.

Urodzony w rodzinie owczesnej finansiery, sam zostal jednym z najbogatszych finansistow prowincji Ontario, oprocz tego byl zasluzonym zolnierzem. Sam wspomagal organizacje dla dzieci i mlodziezy plci meskiej (cos w rodzaju polskiego harcerstwa), a jego zona byla pierwsza glowna szefowa podobnej organizacji dla dziewczat.



Przepiekne konserwatorium z zywymi roslinami jak widac przyciaga mlode pary jako miejsce pamiatkowej fotografii slubnej. Na trzecim zdjeciu sklepienie sufitu w konserwatorium.


Henry Pellatt wybudowal Casa Loma jako siedzibe dla rodziny w latach 1911-1914 i tam tez zamieszkal.
Jednym z jego najwiekszych osiagniec byl wspoludzial w budowie pierwszej elektrowni wodnej w Ontario.
Niestety, jak to w zyciu bywa nawet najwieksze fortuny padaja i tak tez stalo sie z fortuna Pellatta.



Powyzej jadalnia.


W czasie wielkiej depresji, ktora nastapila po I Wojnie Swiatowej, miasto Toronto podnioslo podatek za zamek i posiadlosc z $600 rocznie do $1000 miesiecznie, Pellatt nie byl w stanie placic tak wysokich sum i poczatkowo staral sie zdobyc pieniadze wyprzedajac na aukcjach czesc majatku i nawet pamiatek rodzinnych. Tym sposobem udalo mu sie zatrzymac zamek do 1923 roku, kiedy to niestety cala rodzina musiala sie wyprowadzic.



Sypialnie.

W kwietniu 1924 roku jego zona Lady Mary Pellatt zmarla na serce w 1924 roku.

Lazienka Lady Mary Pellatt.


Salonik pani domu.

Po smierci zony Sir Henry byl zmuszony sprzedac nawet jej wozek inwalidzki. Sam zakonczyl zycie mieszkajac w skromnym domu swojego bylego szofera.
Ot taka historia, jak wiele innych w zyciu, z jednej strony budujaca, z drugiej przypominajaca, ze nie zawsze mamy moc nad wlasnym losem i nie wszystko od nas zalezy, a fortuna czesto kolem sie toczy.


Kacik wypoczynkowy miedzy pietrami, przy schodach.

Pokoj okragly.

Ciekawostka jest, ze w podziemiach zamku sa tuenele prowadzace do garazu i rowniez do stajni, bo Sir Henry jak przystalo na zolnierza bardzo kochal konie.



Tak wlasnie wygladala stajnia dla koni, w ktorej kazdy kon mial swoja wlasna przegrodke z tablica z wygrawerowanym imieniem.
Na tylach zamku znajduja sie piekne ogrody.







I wlasnie w ogrodzie znow natknelam sie na te sama pare mlodych.



Ale najbardziej podoba mi sie to ostatnie ujecie zamku zrobione od strony ogrodu, w pelnym sloncu to zdjecie wyszlo mi takie... pocztowkowe:))

Jak juz wiecie z Casa Loma pojechalismy na lunch w CN Tower, a potem...
No coz potem, to planowalam odwiedzic i chociaz zobaczyc budynki Uniwersytetu, ale niestety nie udalo nam sie. Bylismy tak obzarci, ze nie chcialo nam sie nic, doslownie nic.
Kazdy ruch malym palcem byl wysilkiem na nieludzka miare, a w perspektywie mielismy obiad, na ktory umowilam sie wczesniej z Monika i jej mezem.
-- Kryste!!! Obiad??!! Ty chyba zwariowalas? Ja nie wiem czy bede w stanie spojrzec na jedzenie jeszcze jutro - wysapal Wspanialy.
-- Czuje dokladnie to samo co Ty, wiec nie marudz - zamknelam krotko dyskusje, bo i o czym tu gadac. Skad moglam przewidziec, ze tak sie bedziemy czuli i co teraz niby mialabym zrobic.
Postanowilismy poszukac gdzies zacisznego miejsca gdzie mozna by przysiasc i jakos przeczekac to obzarstwo;))
Niestety w Toronto nie jest tak latwo.
Moze nie mam racji, moze sie myle, moze miejscowi wiedza gdzie mozna znalezc w tym miescie lawke, na ktorej mozna spoczac, ja takiej lawki nie znalazlam.
Wzielismy wiec samochod z parkingu i pojechali szukac jakiegos parku, skwerku z kilkoma drzewami i lawkami, niestety tez sie nie udalo. Owszem park znalezlismy, ale nie mozna bylo nigdzie w poblizu zaparkowac, wiec moglismy tylko popatrzec na park przez szybe samochodu i pojechac dalej.
Wspanialy wymyslil, ze powinnismy znalezc restauracje, w ktorej sie umowilam z Monika, tak zeby wiedziec gdzie jest i jak przyjdzie czas, zeby nie szukac.
On zawsze cos madrego wymysli, ja owszem mialam adres restauracji ale w bagazniku:)
Ale, ale... pamietalam ulice.
-- To jest na Yonge street - probowalam udac, ze wiem co mowie;)
-- Na Yonge, ale gdzie? Miedzy jakimi ulicami? A jak ta Yonge jest dluga?
Na szczescie jeszcze wtedy nie mielismy pojecia, o tym, ze Yonge Street jest najdluzsza ulica swiata i jej dlugosc wynosi dokladnie 1 896 km. O tym uswiadomila nas pozniej Monika.
-- Yyyy.. to chyba byl numer 200 costam - blysnelam inteligencja.
Przejezdzalismy powoli rozgladajac sie na obie strony w poszukiwaniu Cucina Lucero, bo chociaz nazwe restauracji pamietalam bez pudla, tylko dlatego, ze mam klientke ktora sie nazywa Lucero.
Wjechalismy juz w numery powyzej 300.
-- Przejechalismy juz odcinek dwusetek i nie ma, to czy Ty pamietasz, czy nie pamietasz ten adres?
-- Kryste, jaki Ty nagle konkretny. No przejechalismy ale restauracji nie bylo, to znaczy, ze mi sie numerki popitolily..
-- A jak Ci sie jeszcze nazwa restauracji popitolila, to moze lepiej gdzies przystanmy i poszukaj tego adresu.
-- Nieeee, damy rade, zobaczysz! - uparlam sie, bo jak sobie wyobrazilam szukanie adresu w bagazu, to wolalam zdecydowanie szukac restauracji po nazwie. Przy tym bagazniku dopiero bym uslyszala!!
No i znalezlismy. Nie w dwusetkach tylko w piecsetkach, ale to przeciez taka minimalna roznica, zwlaszcza przy takiej dlugosci ulicy;)
Pozostalo nam jeszcze do zabicia prawie dwie godziny. Zrezygnowalam juz z szukania lawki, lub innego miejsca do siedzenia, malego kawalka zieleni.
Moze znow sie myle, moze to kwestia tego, ze znam NYC, ale tutaj oprocz ogromnego Central Parku mamy cala mase malych parkow, skwerkow, kacikow nawet na zupelnie betonowych przestrzeniach, gdzie mozna przysiasc i odpoczac. Lazenie po ulicach w takim upale i z takim ladunkiem w zoladkach jaki mielismy odpadalo, chcialam kawalek cienia i miejsce do wyciagniecia nog.
Niestety nie znalazlam.
Natomiast Wspanialy zwrocil uwage na jeszcze jedna roznice miedzy Toronto i NYC. Jak bylismy w CN Tower to zauwazyl, ze wszystkie dachy budynkow Toronto sa puste, wrecz gole. W NYC wiekszosc dachow ma ogrody, albo przynajmniej odrobine roslinnosci, czesto drzewa. Mieszkania na ostatnich piertrach nowojorskich budynkow to tzw. Penthouse i one maja wyjscie na dach, ktory moga sobie mieszkancy dowolnie zagospodarowac. I ludzie z tego korzystaja. W Brooklynie jest nawet dosc znany ogrod warzywny na dachu, ktorego wlascicielka prowadzi rowniez zajecia z dziecmi uczac ich uprawy wlasnych warzyw.
W koncu zostawilismy samochod na pobliskim parkingu i postanowili jednak poszwedac sie po okolicznych uliczkach. Szwedanie skonczylo sie tak:



Bylo mi juz bosko obojetne, ze ludzie przechodza, patrza, mialam wszystko w DUzej PogardzIE.
Na 15 minut przed umowionym czasem postanowilismy zameldowac sie w restauracji.
Knajpka bardzo przyjemna, meksykanska z bardzo mila i zyczliwa obsluga. Zamowilam drinka (truskawkowe mojito) i musialam isc do lazienki.
-- Teraz? Musisz do lazienki? A co ja zrobie jak oni przyjda, przeciez ja ich nie znam - oponowal Wspanialy.
-- Dzizas, nie znasz, to poznasz. Monika Cie na pewno pozna!
-- A niby dlaczego mialaby mnie poznac?
-- Bo Ty jestes blogowy celebryta - rzucilam przez ramie i polecialam w kierunku lazienki bo juz o malo co byloby za pozno.
Jak wrocilam to siedzieli juz w trojke:))
Kochani, Monika to jest TAKA laska, ze az mi sie zolc ulewala z zazdrosci!!!
Szczuplutka, filigranowa i do tego ta cera!!! Jak porcelana!!!
No dobra, umowmy sie, ze makijaz tez robi swoje, ale wierzcie mi, ja sie znam, nawet najlepszy makijaz nie da takiego rezultatu jak skora do dupy:))
No i maz. Przystojny, ze leb urywa w locie, do tego ma super poczucie humoru.
Och jak ja kocham takich ludzi!!!
Gadalismy tak, jakby swiat konczyl sie juz za chwile i kazdy MUSI jeszcze zdazyc powiedziec swoje.
W rezultacie przesiedzielismy 2.5 godziny, oni na szczescie przyszli glodni, wiec zjedli obiad, a my "dla przyzwoitosci i dla towarzystwa" zamowilismy dwa appetizers i tez ciezko nam bylo je pokonac.
No ale, w koncu nie chodzilo o jedzenie a o towarzystwo i to drugie znow jak poprzedniego dnia bylo z najwyzszej polki!!!
Juz sie wstepnie umowilismy, ze jak bedziemy nastepnym razem w Buffalo, to oni przyjada do nas i spotkamy sie po naszej stronie granicy. A moze nawet przyjada kiedys do NYC, bardzo bym chciala.
Pod koniec posiedzenia przypomnialam sobie, ze przeciez prztargalam maly aparat i dalam go Wspanialemu, zeby zrobil nam zdjecie.
Niestety z mojego meza fotograf jak z koziej puzon.
Moniko, wysle Ci to zdjecie prywatnym kanalem, ale mysle, ze podzielisz moja opinie, ktora teraz wyszeptam na ucho: ono sie nie nadaje do publicznego wgladu, ja wygladam przy Tobie jak slonica w 24 miesiacu ciazy i w ogole to jakos przy tym oswietleniu wygladamy jakbysmy maialy w sumie 150 lat, ja 86 a Ty 64:))) Mam nadzieje, ze zdjecie, ktore zrobil D., mimo, ze telefonem jest lepsze;)
Po obiedzie pozegnalismy sie i wyruszyli w droge powrotna do Buffalo.
I wlasnie w drodze nagle Wspanialy przemowil w te slowa:
-- Co jak co, ale Ty to masz szczescie do fajnych ludzi. Jak Ty to robisz, przeciez znasz ich tylko wirtualnie, a jak sie spotykamy to zawsze jest fantastycznie.
-- Mam! Bo ja jestem fantastyczny czlowiek:)) - powiedzialam arogancko.
Nie wiem jak to robie, wiem, ze jeszcze sie nigdy nie zawiodlam na ludziach poznanych tylko wirtualnie a potem na zywo. Zawsze jest tak jakbysmy sie znali od lat.

40 comments:

  1. ha ha ha, Blogowy Celebryta wymiata! ja bym chciała poznac Pana Wspaniałego! :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Evek, tu na miejscu to Blogowy Celebryta nie daje sie namowic na spotkania i mowi "lec sama, co ja wam bede przeszkadzal". I w sumie to ja to nawet rozumiem, bo i co on ma z nami wspolnego:))
      Tak, ze szanse sa raczej marne, ale ja tez moge robic za Blogowa Celebrytke:)))

      Delete
    2. This comment has been removed by the author.

      Delete
    3. ty to Stardust jesteś BLOGOWA KRÓLOWA! :) trudno - nawet bez Blogowego celebryty to i tak się cieszę jak nie wiem co :)

      Delete
  2. Chyba się w końcu będziemy musieli wybrać do tego zamku... Póki co nam się nie spieszyło, bo w końcu po Pszczynie, Wawelu, Oravskim Podzamku i pałacu sułtańskim Topkapı Sarayı w Stambule mamy swoje pozaliczane. W tym ostatnim polecam zwłaszcza kafelki w Haremie:)

    Star, nie zgadzam się z Twoją obserwacją na temat parków i ławek. W Toronto jest mnóstwo parków i mnóstwo ławek, również w centrum, ale Wy byliście w tym kwartale gdzie nikt normalny nie mieszka, czyli w okolicach CN Tower. Tam tylko beton, sale sportowe, autostrada i kondiminia w których mieszkają z reguły przyzwyczajeni do betonowej dżungli wokół ludzie z Hong Kongu i okolic. No i torontońskie City z bankami i firmami prawniczymi. Również dlatego widok na dachy mieliście taki a nie inny... W wielu "normalnych" kondominiach są na dachach ogródki, baseny itp.

    Podobnie z zostawianiem auta, w wielu miejscach się da, ale nie w okolicach CN Tower, o czym zresztą Was lojalnie ostrzegałem:)

    Ja okolic CN Tower nie znoszę i bardzo rzadko tam bywam, właśnie ze względu na to jak tam jest.

    Wracam jeszcze do Twojego opisu Tima Hortonsa - jak wiadomo każdy lubi co innego, ale ogólnie to w TH najlepsze (subiektywnie) są Raisin Tea Biscuits, Old Fashioned Donuts (plain), sour cream donuts, maple-pecan danish ze słodkich rzeczy. Dobre są też sezonowe muffiny pełnoziarniste z malinami albo borówkami. Poza tym na śniadanie bardzo lubię bajgle z masłem albo (rzadko bo za ciężkie) Breakfast Sandwich with Bacon on Home Biscuit. Mniam...
    Inne słodkości są za słodkie jak dla mnie i nie lubię.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czy ja mogę prosić o przesłanie małej paczki z Boston Cream i serowym bajglem z masłem do Poznania? ;)))

      Delete
    2. Res, na pewno masz racje, zreszta pisalam, ze moje obserwacje to nie obserwacje, bo jednego dnia to jest ledwie rzut oka, a nie obserwacja. No i jak sie gdzies mieszka to sie wie, tak samo jak ja wiem w NYC.
      Nie wiem teraz czy mi sie nie pomylilo, ale bodajze w okolicy Casa Loma jest park, ale problem z parkowaniem. Jednak mozliwosc parkowania na ulicach chociaz w niedziele (platna czy nie) to jest duza ulga dla tych co nie znaja miasta. U nas tez w ciagu tygodnia nie mozna parkowac na ulicach (jedynie w dzielnicach typowo rezydencyjnych, lub po 7pm) ale w niedziele jest duzo latwiej.
      Na pewno zeby miec porownanie i wyrobiona opinie to trzeba spedzic w danym miejscu wiecej czasu niz jeden dzien chucgalopkiem:)))
      Donatow generalnie nie jadam, bo tylko wlasnie w podrozach i wtedy wiadomo, ze DD kroluje;) Do tego maple-pecan sie nawet przymierzalam, ale sie balam, ze bedzie za slodkie. A muffin nie lubie tak ogolnie;)))
      Ale za to powiem Ci, ze w Buffalo sa Paula's Dounuts. OMG te sa dopiero pyszne!!!
      Anyway ogolnie Toronto mi sie podoba i na pewno bede chciala wrocic, zeby zobaczyc wiecej, chocby to mialy byc takie jednodniowe skoki od Tatka.
      Koniecznie musze zobaczyc Uniwersytet i po notce Anety i Duzej M. az mnie trzesie na ten buddyjski Temple:)

      Delete
  3. PS. Fajnie, że spotkanie z Moniką również Wam się udało!

    ReplyDelete
  4. Dziwne wrażenie z Toronto, gdy się czyta Twoją opowieść. Z jednej strony piękne miasto, naprawdę cudne. A z drugiej.....jak muzeum. Nieprzychylne ludziom. Jakby wołało: podziwiajcie mnie i spieprzajcie.
    Oraz kradnę patent: "w DUzej PogardzIE". Jak Ci się fakt nie podoba to pozostaje Ci tylko droga sądowa dochodzenia praw autorskich (siedziba sądu zgodna z miejscem zamieszkania przestępcy) ;-)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Zante, jak widac wyzej Res zdementowal moje spostrzezenia, wiec trzeba na to wziac poprawke, ze ja tam bylam biegusiem, a to za malo, zeby wiedziec/poznac.
      A DUza PogardE to sobie kradnij, na zdrowie:)))

      Delete
  5. "- Mam! Bo ja jestem fantastyczny czlowiek:)) -" PRAWDA i tak trzymać :))))
    Zamek przepiękny. Zawsze oglądając takie budowle i ich wnętrza zastanawiam się- po kiego grzyba jednemu człowiekowi no ewentualnie rodzinie 13 sypialń, 14 łazienek itp. I ten przepych. odbieram to jako arogancję i brak pokory, ale jak im z tym dobrze, to niech mają :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tez nie wiem po co to ludziom bylo, ale na swiecie jest wiele takich, czyli cos w tym musi jest;)) Moze tak lubili sie snuc od komnaty do komnaty, bo sprzatac to raczej tego nie sprzatali sami;)))
      Aaaa i postaram sie tak trzymac;P

      Delete
  6. Milo nam bardzo, ze tak odebralas nas i spotkanie z nami:) Nie musze chyba pisac, ze ja i moj mamy takie same wrazenia o Was. Stwierdzilismy jednoglosnie, ze jestescie fajni ludzie, jak to moj okreslil Was: normalni:)))My uwielbiamy normalnosc i normalnych:))) Wspanialy jest rzeczywiscicie Wspanialym, ktory ma Wspaniala zone. Stardust, jestes naprawde taka, jaka sobie Ciebie wyobrazalam, "Babka z jajem"! Fajnie spedzilismy z Wami czas i juz nie mozemy sie doczekac na wiecej, czesciej, przy kazdej nadarzajacej sie okacji. A bedzie takich okazji przeciez, bo Wy do Tatka, potem do Toronto to juz tylko rzut beretem a my tez jestesmy podroznicy, ktorzy lubia jezdzic (wlasnie wrocilismy z long weekendu w Chicago)A ten opis naszych skromnych postaci, to milo sie czytalo ale chyba troche przesadzilas;))))))
    PS Nastepnym razem musimy spotkac sie wszyscy razem, bo my przeciez z ResVaria i jego rodzina nie mielismy okazji jeszcze sie poznac w realu:) Piekne zdjecia z Casa Lomy:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jak Ty myslisz, ze ja przesadzam, to Ty sobie moja droga musisz lustro kupic:))
      No ale, fajnie bylo tylko krotko!!!
      Namawiaj D. na wyprawe do NYC!!!

      Delete
    2. Ja go nie muszę wcale namawiać;) dla nas to taka odległość na long weekend. Tylko ze powoli long weekendy się w tym sezonie kończą;) na bank w przyszłym roku, bo już dawno w NYC nie byliśmy

      Delete
  7. Piekne zdjecia,szkoda ze lawki na recepte,w tak duzym miescie zeby nie bylo gdzie tylka posadzic...ale widze ze problem rozwiazalas:)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. No i teraz wszyscy pomyślą, że w Toronto nie ma ławek:) Są są, tylko nie koło wieży.

      Delete
    2. Res, ja Ci wierze na slowo, chociaz ja takowej nie znalazlam:) Wiem tez, ze sama bronilabym NYC rekami, nogami i zebami, ale czasem trzeba odrzucic emocje.
      Nie mow mi, ze ja przez 3 godziny jezdzilam wokol wiezy w nadziei, ze za ktoryms okrazeniem pojawi sie tam lawka, bo to tez nieprawda. Jezdzilam po miescie, calym, bo Toronto nie jest az tak wielkie zeby nie mozna go bylo przejechac wszerz i wzdluz w ciagu 3 godzin, a tyle mielismy czasu miedzy lunchem w wiezy i obiadem w Cucina Lucero. Restauracja jest przy Yonge Street i to zdjecie mnie siedzacej na kraweznku, czy tam kwietniku jest zrobione wlasnie przy przecznicy Yonge blisko restauracji, a to tez nie jest w poblizu Wiezy.
      Z drugiej strony logicznie rzecz biorac, to jesli miasto jest nastawione przyjaznie do turystyki, to takie lawki powinny byc wlasnie w poblizu atrakcji turystycznych, ze by turysta mogl przysiasc i odsapnac. A jedna z glownych atrakcji turystycznych Toronto jest wlasnie wieza.
      Wiesz lawki w okolicach rezydnecyjnych sa raczej dla rezydentow a nie turystow, bo i po co ma turysta paletac sie po dzielnicach rezydencyjnych.
      To wszystko piszac i tak Ci wierze na slowo, ze te lawki sa:))) Nastepnym razem mi je pokazesz i nawet pozwole sie do jednej przywiazac i fotke sama osobiscie wrzuce tu na bloga i odszczekam oczernianie:)))

      Delete
    3. Proszę bardzo, ławki i zieleń w ścisłym centrum:

      University of Toronto Campus (mnóstwo)
      Queens Park
      okolice St. Lawrence Market, the Esplanade
      okolice Harbour Front (na poludnie od wiezy, rzut beretem, mnostwo)
      okolice palmiarni Allan Gardens
      Saint James Park
      itd. itp.

      Wcale nie bronię miasta, raczej też uważam, że powinno ich być więcej, ale jest sporo, naprawdę. Co do parkowania to właściwie przy wszystkich ulicach przy którch nia ma torów tramwajowuch można parkować. Od lat wszyscy narzekają, że o wiele za dużo tych ulic i się korki robią. Jedyny wyjątek poza ulicami "tramwajowymi" to właściwie tylko Yonge St., która jest ciasna i nikt miejscowy nią nie jeździ jeśli nie trzeba. I... okolice wieży, bo akurat tam jest zjazd na autostradę i zwykle są makabryczne korki, nawet w weekendy.

      Wieże postawili w latach 70, jak wiadomo był to okres dosyć hm, niefortunny w architekturze, więc królował beton i jeszcze raz beton. Toronto ma z tamtych lat o wiele za wiele "atrakcji". Zwykle ich wspólną cechą jest to, że są paskudne (wieża też) i bardzo nieprzyjazne ludziom. No ale kto by myślał o ludziach, lata 70 były okresem ideologii i "postępu", więc po co stawiać jakieś staromodne ławki:)

      Delete
    4. hahaha, pojechalas Star z tymi lawkami;))))
      teraz trzeba pamietac, jak sie jedzie do Toronto, to trzeba wlasne krzeselko na plecy zabrac;P)

      Delete
    5. Res, dzieki za logiczne wyjasnienie. Jak wroce do domu (jestem w pracy) to sobie poogladam to wszystko na mapie, bo mam taka "dla turystow", ktora dostalam w hotelu.
      A mnie sie akurat ta betonowa wieza podoba:)))
      Jakos nie wyobrazam sobie, zeby cos innego tak malowniczo wpasowalo sie w widok Toronto od strony jeziora.
      To juz rzecz gustu:))

      Delete
    6. Aniu, to ze dalam z lawkami to male piwo:) Gorzej, ze sie tak ochoczo zgodzilam na przywiazanie do jednej. Teraz sie bede bala jechac do Toronto, bo wiesz, z Resem nie ma zartow;))

      Delete
  8. Cudne wspomienia, a zamek przeuroczy, kocham takie klimaty

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lukrecjo, tez lubie:) A jeszcze jakby mozna bylo na tych salonikach posiedziec, albo zalec w takim lozu!!! Wtedy dopiero byloby fajnie:))

      Delete
  9. Replies
    1. Mnie tez:) Szczegolnie te podpisane stanowiska dla koni:))

      Delete
  10. I jeszcze mi przyszła do głowy jedna rzecz - ta wycieczka z nami w "dzicz", którą Star opisała we wcześniejszym wpisie to też Toronto. Nie wyjechaliśmy z miasta a były farmy i dzika przyroda:) Takie kontrasty są bardzo miłe kiedy się tu mieszka na codzień.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Tak, masz racje, ta "dzika" strefa to fantastyczna rzecz, bo nie trzeba nigdzie daleko jechac, zeby wypoczac na lonie natury.

      Delete
  11. Piekny ten Castle - nawet nie wiedzialam, ze Toronto ma taka atrakcje do zaoferowania. Kiedys pamietam w tv byl serial "american castles" - ciekawy historycznie bardzo mi sie podobal.
    gratuluje kolejnego udanego spotkania:) prosze mnie zapisac w kolejce do odwiedzin, czekam, na kobiete z jajem;) zamkow nie ma tutaj, ale atrakcji nie zabraknie:)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Aniu, ja sie czaje na ten Oregon, wiec wczesniej czy pozniej cos z tego powinno wyjsc:))

      Delete
  12. hahahhahahahah,,,, ja kocham zamki i moglabym odwiedzac je wszystkie im starsze tym lepsze tylko gorzej juz z oryginalnym wyposarzeniem bo najczescjej to wszystko poroskaradane i sa tylko dorabiane no tak przynajmniej w europie, no niestety jak ma sie piekna cere to i kazdy makijaz pieknie wyglada tez bym tak chciala :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. LOK, tu tez jest problem z wyposazeniem tym bardziej, ze w przypadku Casa Loma to wlasciciel sam musia sie pozbyc wielu rzeczy jak bankrutowal. To chyba wszedzie jest problem z oryginalnym wyposazeniem. Chociaz jeden z zamkow w okolicy Thousand Islands, ktory opisywalam w ubieglym roku to mial prawie wszystko oryginalne.

      Delete
  13. Zamek jak marzenie! Uwielbiam zwiedzać i fotografować takie miejsca.
    Dziękuję za zwiedzanie dzięki Tobie!
    I tylko zawsze się dziwię, że oni kiedyś byli tacy niscy, bo te łóżka są wyraźnie krótsze od tych w obecnych czasach! :)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. To prawda, ja tez sie czesto zastanawiam nad wzrostem osob, ktore spaly na tych lozach:))

      Delete
  14. Dałam Ci odpowiedź do tego komentarza o rekolekcjach, ale pewnie nie czytałaś;)W każdym razie mieliśmy cud wycieczkę -do Krzyżtoporu;)Byłam zachwycona!
    Casa Loma zapiera dech w piersiach! Fajnie,że dałaś taki wpis!A zdjęcia cudne

    ReplyDelete
  15. Star! Jesteś niesamowita! Czasami, wchodzę sobie (jak dzisiaj) w jakieś przypadkowe post z przeszłości i albo się wzruszam, albo mam ubaw po pachy. Obydwoje jesteście ze Wspaniałym fantastyczni! I już pisałam, że w wielu kwestiach mój Marcin przypomina Wspaniałego? Szukanie restauracji- nasz dialog wyglądałby tak samo :)

    A zamek? Po prostu WOW! Już na zdjęciach robi piorunujące wrażenie, co dopiero na żywo. Świetnie, że jednak przekonałaś Wspaniałego, no i że mogłaś tyle pięknych miejsc odwiedzić. Duża pogarda mnie rozbroiła, bo przypomniała mi się moja Eliza, kiedy wparowała wczoraj do domu, po szkole, z tekstem: A wiecie, że w słowie jest przekleństwo? NAPRAWDĘ! Orfik mi powiedział" :)
    Buziaki

    Ps. I mnie czeka wietrzenie szafy :) Może też znajdę coś ciekawego :)

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...