Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Wednesday, February 29, 2012

Gleboki oddech

Nareszcie dzisiejszy deszcz sie na cos przydal, bo nie mialam duzego ruchu, ot kilka klientek tu i owdzie, z duzymi przerwami, wiec przysiadlam faldow i wprowadzilam wszystko co trzeba na Quick Books.
Mam wiec z glowy znienawidzona robote papierkowa:))
Fakt, ze nie mialam nawet czasu na polatanie po blogach, czy tez innych stronach, na ktorych regularnie bywam, ale dzieki temu jutro nie musze jechac do pracy specjalnie po to zeby skonczyc.
Czy to znaczy, ze od teraz moge juz zaczac prowadzic to wszystko systematycznie?
Chocby raz w miesiacu, ze nie wspomne o raz w tygodniu?
Oczywiscie, ze nie, bo jak znam zycie to nawet nie powinnam sobie nic obiecywac.
I tak nic z tego nie bedzie, znajde tysiace wymowek, wezme sie za kazda inna robote aby tylko uniknac papierow, bede miala regularne mdlosci, zawroty glowy i sraczke z padaczka, aby tylko nic nie robic.
A przy okazji to sie pochwale, ze wymyslilam sobie bardzo wygodna i szybka fryzure do pracy, bo niestety nie bardzo moge tam siedziec z dlugimi rozpuszczonymi wlosami, ktore fruwaja gdzie popadnie i przeszkadzaja. No to sobie robie cos takiego:




Alez sie nawyginalam przed lustrem w lazience, zeby tego koka sfocic:))
Az sie dziwie, ze mi zadna zylka nie pekla, chociaz jak widac na drugim zdjeciu niewiele brakowalo:))
Fryzura latwa, bo wystarczy troche podkrecic konce wlosow i calosc zalatwia sie jedna gumka, czasem jest potrzeba uzyc malych wsuwek, ale to bardzo rzadko.
Jak sie uda odpowiednio skrecic wlosy przy przeplataniu gumka, to nic nie potrzeba.
W sumie mozna to zrobic i z calkiem prostych wlosow, ale wtedy ciezko ukryc gumke.
Przy tym taki kok nigdy nie wyglada tak samo i nawet jak sie rozleci, to latwo go na nowo ogarnac.
Czuje, ze bede miala wygode na lato kiedy przyjda upaly i wszystko co lezy na szyi niepotrzebnie grzeje.

Tuesday, February 28, 2012

Wstalam...

.. co nie znaczy, ze mi sie cokolwiek chce.
Nie chce mi sie nawet odpisywac na komentarze do poprzedniej notki, bo i niby co mam napisac?
Jak mam lenia, to mam lenia i korzystam z tego:)
A ze Wspanialy tez zna uczucie lenistwa, to sobie nawzajem pozwalamy na jego pielegnacje.
Wczoraj zaczelam przygotowywac dokumentacje do podatkow biznesowych.
Moj ksiegowy mi juz drepcze po pietach..... WRRRRRRRRRRRrrrrrrr...
Ja zawsze na ostatnia minute....
I tak w czasie tego przygotowywania moj shredder wzial i zdechl... ot tak sobie w polowie roboty.
Szlag mnie trafil.
Dzis zamowilam nowy, przyjdzie w przyszlym tygodniu, bo przeciez nie bede placic za ekspresowa dostwe, jak mam w ciagu tygodnia za darmo.
I tak to.

Sunday, February 26, 2012

Na tapczanie lezy len

Co prawda nie na tapczanie, ale na zmiane troche na kanapie, reszte na lozku, ale ze nic nie robi przez cale dwa dni to juz swieta prawda.
Lenistwo ogarnelo mnie juz w piatek, bo piatek byl paskudnym dniem pod wzgledem pogody. Padalo, a jak nie padalo, to jednak bylo ponuro i pochmurno, a przy takiej pogodzie to ja mam zerowa energie.
Jakos przetrwalam dzien pracy, ale jak tylko dotratlismy do domu, to w ciagu 30 min. juz witalam sie z lozkiem. W nocy z piatku na sobote, co prawda przestalo padac i wyszlo piekne slonce, ale rozhulal sie jakis wiatr okrutny. W zwiazku z czym jak tylko otworzylam jedno oko, stwierdzilam, ze nie ma sensu wstawac, bo i tak nie bedzie mi sie chcialo nigdzie wyjsc.
Dostalam do lozka sniadanie w postaci owsianki ze swiezymi jagodami i malinami, oraz oczywiscie kawe i tak mi zeszlo do poludnia.
Wspanialy w miedzyczasie biegal gdzies po okolicy, a to pralnia, sralnia i insze zakamarki, ktorych ja nawet nie znam. On tak ma, lubi sobie polatac, wiec nie narzekal.
W porze lunchu stwierdzilam, ze tak naprawde to nie jestem glodna i dalam sie namowic tylko na jablko.
Ale co robic z obiadem?
Sama mysl o wstawaniu i przygotowywaniu czegokolwiek przyprawiala mnie o zawroty glowy.
Wspanialy przeszukal zamrazarke i okazalo sie, ze mamy jeszcze meatballs z sosem.
Ugotowal makaron i tym sposobem byl obiad, tym razem zjadlam przy stole jak pol czlowieka.
Pol, bo caly czlowiek bylby przyzwoicie ubrany, a ja siedzialam jak wyrzut sumienia w gaciach od dresu i jakiejs t-shirt.
Jak tylko zjadlam i odsunelam talerz, przepraszam, zanioslam go do zlewozmywaka, a to jednak jakas praca jest, skierowalam sie z powrotem do sypialni.
-- Czy Ty idziesz do lozka? - dobieglo mnie w polowie drogi pytanie Wspanialego.
-- Tak.
-- Kobieto, jeszcze nie ma 19tej a Ty idziesz spac? Co Ty bedziesz robic w nocy?
-- Nie ide spac, tylko ide ogladac telewizje - wyjasnilam, ale bez wiekszego przekonania. 
Nie czarujmy sie, po pierwsze w tej telewizji na setki programow i tak nie ma co ogladac, po drugie wiadomo, ze jak wlacze telewizor, to nic nie widze, bo mi powieki przeszkadzaja.
Po pol godzinie przyszedl do mnie, siadl na brzegu lozka i zapytal:
-- A moze masz ochote na jacuzzi?
-- No moge miec, ale nie chce mi sie przygotowac.
-- To ja Ci przygotuje.
Jak juz zameldowal, ze jacuzzi jest gotowe to nawet wstalam i poszlam do lazienki.
Siedzial przy mnie i popijalismy nalewke czekoladowa.
Oczywiscie jak skonczylam to juz byla pora pojsc do sypialni.
Dzis rano pogoda byla piekna, slonecznie, cieplo i po wczorajszym wietrze ani sladu, zywcem piekny wiosenny dzien.
Zjedlismy sniadanie i Wspanialy powiedzial, ze trzeba pojechac po zakupy.
-- Naprawde? - zapytalam niedowierzajac.
-- Naprawde, nie potrzebujemy wielkich zakupow, ale jest kilka rzeczy, ktore musimy kupic.
-- Nie chce mi sie - stwierdzilam.
-- Nie chce Ci sie? Zobacz jaka dzis piekna pogoda..
-- No i co z tego, piekna pogoda byla do tej pory przez cala zime, a teraz powinna byc juz co raz czesciej.
-- Jak Ci sie nie chce, to moge pojechac sam, ale pomysl co trzeba kupic, oprocz tego co juz zapisalem.
-- Myslec tez mi sie nie chce.
Pojechal, ja laskawie wzielam prysznic. Szlag mnie przy okazji trafia, bo z powodu tej usunietej plamki nie moge pomalowac wlosow a wlasnie powinnam w ten weekend.
Z drugiej strony, jak mi sie nic nie chce, to moze i dobrze, ze mam przynajmniej konkretny powod.
Jak Wspanialy wrocil z zakupami to ja znow lezalam w lozku i bezmyslnie przeskakiwalam z kanalu na kanal.
Na lunch tym razem zjadlam kawalek sera brie z gruszka.
Przez caly dzien zrobilam salate, posiekalam zielenine, pomidory, ogorki, papryke i cebule, wymieszalam calosc, dodalam fete i uznalam, ze na wiecej wysilku mnie nie stac.
-- Co planujesz do tej salaty? - zapytal godzine pozniej Wspanialy.
-- Nie mam zadnych planow, ja moge zjesc sama salate.
-- To moze ja zrobie ludka kurczaka z grilla.
-- Swietny pomysl - przytaknelam ochoczo.
Wstalam znow jak pol czlowieka do obiadu i stwierdzilam z przyjemnoscia, ze jakie to ogromne szczescie, ze czlowiek moze sobie pozwolic na takie lenistwo, ze nareszcie nic nie musze, nigdzie mnie nic nie goni, nie mam zadnych obowiazkow i jak na cos nie mam ochoty, to po prostu nie robie tego.
Nawet nie mam wrzutow sumienia, jestem wypoczeta, a to najwazniejsze.

Friday, February 24, 2012

Cuda panie, cuda

Pamietacie te moja opowiastke o doktorze dermatologu, do ktorego sie to wybralam na przeglad mojego ciala? No jak ktos nie pamieta, to niestety stracil calkiem dobra notke;))
A bylo to bodajze dwa lata temu w kwietniu, tak mi przynajmniej chodzi po glowie.
Juz wtedy jak bylam u niego, Greka znaczy sie, to mialam taka ciemniejsza plamke w okolicy prawej skroni, malo widoczna, bo akurat sie schowala przy brzegu, we wlosach.
Ale mimo to zapytalam Greka co to tez moze byc, no bo w koncu po to poszlam.
Grek popatrzyl i stwierdzil, ze to jest "NIC", co mnie oczywiscie ustatysfakcjonowalo, bo nie mialam ochoty aby to bylo "COS".
A teraz dwa lata pozniej plamka nagle zaczela pokazywac rogi. No moze nie zupelnie rogi, ale pociemniala i zrobila sie wypukla. Zauwazylam ja w czasie kiedy bylam po operacji, bo to jak czlowiek nie ma co robic to za dlugo przed lustrem siedzi. To chyba nawet nie wina lustra, bo ja i tak zawsze siedze przed jakims lustrem i sie soba zachwycam.
W koncu ktos sie musi mna zachwycac, a ze nie ma chetnych...
Dobra, zauwazylam jak zakladalam okulary i nadzialam sie na cos zausznikiem, zerknelam...
OOooo a to co?
Polecialam pokazac Wspanialemu, popatrzyl, pomacal, podumal i rzekl:
-- Od kiedy to masz?
-- No wiesz, trudno powiedziec, bo najpierw byla ciemniejsza plama i nawet pytalam o nia Greka, powiedzial, ze to nic groznego. A teraz sie zrobilo wypukle i takie dziwne.
-- Obserwuj, a jak juz bedziesz na chodzie, to trzeba z tym isc do lekarza.
No to obserwowalam, a w zasadzie to obserwowalam tylko jak sie na to znow nadzialam zausznikiem okularow. Szlag mnie powoli trafial, ale jeszcze nie bylam gotowa wybrac sie do doktora, a glownie to nie wiedzialam gdzie isc, bo Greka po tamtej dziurze w plecach mialam juz dosc.
Dwa tygodnie temu powiedzialam Wspanialemu, ze to sie zaczyna jakos dziwnie luszczyc i lepiej zeby mi poszukal jakiegos doktora.
Znalazl, bo tam u nich w pracy jest kilku lekarzy, wiec zapytal czy ktos moze polecic dermatologa.
Dostalam informacje, zadzwonilam i umowilam wizyte na wczoraj, a bylo to jakies dziesiec dni temu.
No i jak juz te wizyte umowilam, to trzy dni pozniej znow chcialam poobserwowac, wzielam lusterko i patrze....
Ki diabel?
Nic nie ma!!!
Cala ta narosl zniknela i nawet plamka, ktora zawsze byla ciemniejsza, teraz jest duzo jasniejsza.
Polecialam do Wspanialego i mowie:
-- Zobacz, nic tu nie ma!!
-- Zdrapalas?
-- Kryste! Nic nie zdrapalam, pewnie wyczeslalam szczotkujac wlosy, ale skoro nawet tego nie zauwazylam to pewnie nic sie nie dzialo, nie? Jakby sie lala krew to bym chyba zauwazyla.
Popatrzyl, podumal...
-- I co teraz? Odwolasz te wizyte?
-- Eee tam nie odwolam, jak juz narobilam tyle szumu, to pojde..
I poszlam.
Jak juz mnie zaprowadzono do gabinetu, przyszedl doktor i zaczelismy pogaduszki na temat tego drugiego doktora, ktory pracuje ze Wspanialym, a z tym razem studiowali. Pogadalismy, w miedzyczasie doktor zapytal ile mam lat, odpowiedzialam, mimo, ze przeciez mial w lapie moje papiery, a tam byla data urodzenia. No ale moze on slaby z matematyki, w koncu nie kazdy musi byc mocny, to powiedzialam.
Potem zapytal co mnie do niego sprowadza.
Opowiedzialam historie plamy i znikajacej narosli.
Dopadl mi do lba i zaczal szperac we wlosach, o malo co by mi misternie ulozonego koka rozwalil, wiec szybko zareagowalam i mowie:
-- Doktorze, to bylo tutaj, dokladnie tutaj zaraz na brzegu we wlosach.
Przystawil mi jakas dziwna lupe do tego miejca, sam przyssal sie do drugiej strony tejze lupy i po chwili mowi:
-- Ale tu nic nie ma!
-- Toz mowilam, ze zniknelo - przypomnialam.
-- Tak normalnie zniknelo?
-- Wyglada na to, ze tak, troche sie luszczylo i pewnie wyczesalam szczotkujac wlosy - wyjasnilam.
-- To co? Teraz nie mamy co robic?
Glupio mi bylo, ze tak nic ze soba nie przynioslam, wiec przypomnialam sobie, ze mam ponizej tego miejsca gdzie byla tamta plama, druga plamke, malutka, ale nawet podobna troche do tamtej.
-- Ooo tu mam takie cos, to jest nawet troche podobne - powiedzialam wskazujac palcem na mala plamke przy uchu.
Spojrzal, machnal reka i powiedzial:
-- Aaa to jest nic, takie rzeczy czesto sie pojawiaja na skorze w pozniejszym wieku.
I zaraz dodal:
-- Ile Ty masz lat?
Grzeczna bylam wczoraj, wiec znow spokojnie odpowiedzialam.
-- Ale doktorze, to jak nie mamy co robic, to moze usuniemy to cos, skoro to nic nie jest?
-- Tak, to moge Ci usunac natychmiast.
-- Nie bedzie bolalo? - zapytalam na wszelki wypadek.
-- Nie bedzie, zaraz Ci zrobie znieczulenie.
Rozochocilam sie, bo ja chyba lubie jak mi cos wycinaja i zaraz wskazalam na taki malenki cypelek skory na szyi, ktory tez sie pojawil nie wiadomo skad.
-- A to czy to tez mozemy usunac?
-- Ooo tak, to sie przypala i po krzyku.
-- Przypala?? - wyobrazilam sobie doktora z maska spawacza i palnikiem - aaa to przypalanie tez nie boli?
-- Nie boli, zrobimy rowniez znieczulenie, ale to naprawde sekunda i nawet nie poczujesz.
-- No dobra, to niech doktor pali.
Zaczal mieszac w jakichs buteleczkach, przekladac jakies narzedzia i znow padlo po raz trzeci:
-- Ile Ty masz lat?
Nie podejrzewalam, ze chcial mnie podrywac, bo przeciez mowilam, ze mam meza na stanie, a on sam mial obraczke na palcu, wiec zapytalam:
-- Co sie doktor na te moje lata tak uparl? Przeciez juz mowilam dwa razy, ze 57.
-- Bo Ty bardzo dobrze wygladasz, nie masz zadnych zmarszczek.
-- Jak to nie mam? A to? - pokazalam palcem na czlolo gdzie wiem, ze mam zmarszczke od 12ego roku zycia.
Zaczal sie smiac.
-- To! To naprawde ciezko nazwac zmarszczka.
-- A te faldy od nosa do kacikow ust?
-- No wiesz, w tym wieku cos trzeba miec, ale ja naprawde widzialem gorsze zmarszczki na twarzach mlodszych od Twojej o 15 lat.
-- A te faldy to mozna wypelnic... - zaczal.
-- Wiem, ale ja je juz chyba polubilam - wpadlam mu w slowo.
Zrozumial i wiecej nie podjal tematu wypelniania fald.
Ja pierdole, co 6 miesiecy $800.00 na glupie faldy, to przeciez latwiej je polubic za darmo.
Usunal co trzeba i wizyta sie zakonczyla.
Wieczorem jak juz lezelismy w lozku to opowiedzialam Wspanialemu o tych faldach i zapytalam:
-- Wiesz co? A moze ja powinnam sobie jednak wstrzyknac cos tutaj.
Spojrzal na mnie zdziwiony i powiedzial:
-- Jak sie uprzesz to sobie pewnie wstrzykniesz, tylko ja naprawde nie rozumiem po co?
Rozumiec to tu chyba nie ma co? Ale z drugiej strony, ja cykor jestem pod tym wzgledem, wiec sobie raczej nie wstrzykne. Przenioslam wzrok na moje stopy lezace na poduszce, bo ciagle spie z ta poducha i powiedzialam:
-- Dobra, nie bede sobie nic wstrzykiwac, ale stopki to mam teraz ladne, prawda?
-- Prawda - przytaknal jakos tak z automatu.
-- Ale ja mowie serio - oburzylam sie - zobacz, jutro bedzie 7 tygodni po operacji, a to juz tak ladnie wyglada i zapitalam jakby nigdy nic.
-- No przeciez mowie, ze prawda. To juz mam zaczac calowac, czy jeszcze troche poczekamy?
Malpiszon!!
-- A poczekamy jeszcze tydzien, a potem juz mozesz calowac.
Zgasilam lampke i cmoknelam go na dobranoc.
Westchnal z dziwna ulga, ale udalam, ze nie slysze;)

Tuesday, February 21, 2012

Bardzo mi sie podoba

Musze, bo sie udusze:)
Bardzo mi sie podoba jak nasze dzieci wychowuja mala.
Bylismy tam wczoraj i tak sie glupio zlozylo, ze nam sie synowa rozchorowala, co prawda wczesniej i wizyty nie odwolali, ale co troche bidula z nami posiedziala to musiala isc polegiwac.
Cos z zoladkiem, a wiadomo, ze to trzeba czasem wziac na przetrwanie.
Dla malej to zupelnie nowa sytuacja, ze matka jest, ale jakby jej nie bylo. Mala dopiero za tydzien skonczy poltora roku, wiec tez wiele nie rozumie, nie ma pojecia co to znaczy, ze ktos jest chory, czy zle sie czuje.
Dodatkowo "obcy" w domu:) co tez nie jest dla dziecka zrozumiale, ze tu jakis najazd, a matka lezy w sypialni i pojawia sie tylko po to zeby znow zniknac.
Z tego tez chyba powodu wpadala w panike, jak znikal rowniez ojciec, ktory staral sie jak mogl pelnic role gospodarza, co wiazalo sie z wyjsciem na przyklad do kuchni.
Bawila sie ladnie dopoki miala w zasiegu wzroku jedno z rodzicow, jak tylko znikali oboje to zaraz robila sie podkowka i dramat wisial na wlosku.
A. wiec od czasu do czasu bral corke na reke, zeby jej pokazac, ze matka jest, nigdzie nie zginela i tylko co chwila powtarzal slowo "chora", ale to jakos malo docieralo.
Pewnie kiedys dotrze, ale niekoniecznie w trybie tak natychmiastowym. Na to potrzeba wiecej takich sytuacji i skojarzen, laczenia slow z konkretna sytuacja.
Oczywiscie najbardziej byla szczesliwa jak mogla siedziec na kolanach ojca lub matki, wtedy nawet laskawie rozsylala usmiechy i buziaki.
Coz chyba taki poltora-roczny bak jednak niewiele rozumie.
Ale byla taka scenka.
Siedzielismy wszyscy za stolem i jedli przygotowana wczesniej przez synowa lasagne (nawiasem mowiac bardzo dobra). Mala rowniez siedziala w swoim krzeselku i podzerala pelnymi garsciami, a jak juz skonczyla to musiala czyms sie zajac.
Wybor padl na mlynek do pieprzu, ktory ojciec jej podal i zaczela sie nim bawic.
Ale w zabawie oblizala ten koniec gdzie byl pieprz.
Juz zwinela buzie w podkowke, juz, juz miala plakac..
A na to matka zareagowala z zimna krwia:
-- Oblizalas pieprz, jest niedobry. Napij sie wody.
Na co mala popatrzyla i wziela swoj kubek z woda i sie napila, ale widocznie jeszcze nie splukala dobrze, bo znow patrzyla pytajaco na matke, a matka spokojnie:
-- Napij sie wiecej.
Teraz juz dziecko pilo wode az do czasu kiedy gorzki smak zniknal z buzi i zadowolona odstawila kubek.
Nie bylo przy tym paniki, ani oskarzania "po co jej dales?" po prostu zimna krew.
Pozniej siedziala ze mna na podlodze i bawilysmy sie gra planszowa. Jakies chinskie warcaby to byly z marmurowymi kulkami i okragla plansza z dolkami na kulki.
Jak jej sie juz znudzilo to zaczela wrzucac kolejno kulki do woreczka, a na koniec podniosla plansze i dala mi do zrozumienia, ze powinnam otworzyc szuflade, bo czas schowac zabawki.
Jest to moim zdaniem znak, ze dziecko sprzata po sobie, podoba mi sie:)
Po krotkiej przerwie po obiedzie byla kawa i tort.
A. dal jej maly kawalek tortu, ot tak na dwa razy do buzi, bardzo jej posmakowalo, wiec za chwile jak zjadla to znow zawolala "kek" czyli ciasto "cake".
Dal jej jeszcze jeden rowniez maly kawalek i znow chciala wiecej, ale tym razem ojciec byl nieublagalny:)
Tlumaczyl, ze juz dostala dwa kawalki i wiecej nie moze.
Sluchala cierpliwie po czym probowala go przekonac w swoim narzeczu, wstajac i podskakujac w krzeselku, pokazujac reka na lezacy na stole tort, ale znow bez wrzaskow, placzu czy innych widowiskowych argumentow.
A ojciec spokojnie tlumaczyl pokazujac na palcach, ze dostala juz dwa kawalki i wiecej nie dostanie.
Najbardziej mi sie podobalo jak w ferworze argumentacji rozlozyla rece i zawolala "mami" czyli szukala oparcia w matce.
A matka spokojnie:
-- Juz dostalas, a teraz to mozesz tylko chciec mleko i isc spac.
Na co mala klasnela dlonmi i powiedziala:
-- No way!
Wiecej sie juz nie upominala o tort:))
Jeszcze w drodze powrotnej smielismy sie ze Wspanialym, ze to typowe dziecko prawnikow, nie wrzeszczy, nie rzuca sie na ziemie tylko uzywa logicznej argumentacji.
Oby tak dalej.



Akcja sprzatania gry:)

Monday, February 20, 2012

Ja i moj naukowiec

Jak wiecie, lub nie wiecie, w tym drugim przypadku wlasnie sie dowiecie:) moj maz, zwany Wspanialym jest naukowcem.
Mundre toto jak niewiemco, ma aze dwa doktoraty;  jeden z mikrobiologii i drugi z genetyki.
To powyzej bylo w kwestii formalnej.
Ja natomiast jestem zupelnym przeciwienstwem Wspanialego, czyli umysl zupelnie nieokrzesany, kierujacy sie glownie intuicja. Generalnie rzecz biorac ja robie wszystko polebkach, Wspanialy do wszystkiego podchodzi naukowo.
Jak wytrzymujemy ze soba?
Tego nikt nie wie, ale tez ja na pewno nie bede tego analizowac, jesli juz, to zostawie te prace naukowcowi.
Jak juz pisalam, tydzien temu byly urodziny Wspanialego, ktore tym razem dziwnie rozeszly sie po kosciach, glownie z powodu mojej operacji.
Zapowiedzialam juz w swieta dzieciom, ze ja w tym roku nie przewiduje stania w kuchni z okazji urodzin ojca, wiec owszem sa zaproszeni, ale na obiad bedzie pizza zamowiona z dostawa do domu, a na deser tort z piekarni. Przyjeli do wiadomosci a ja uznalam to za akceptacje mojego planu.
Natomiast tydzien przed urodzinami zadzwonil A. i powiedzial, ze on i jego zona wymyslili, ze skoro ja nie moge gotowac, to dlaczego oni nie mieliby przejac paleczki.
Pomysl bardzo nam sie spodobal, tym bardziej, ze ciagle jeszcze nie widzielismy nowego mieszkania mlodych. No ale, nic w tej rodzinie nie moze byc proste, wiec okazalo sie, ze zwolanie wszystkich razem w ubiegly weekend bylo niewykonalne i tym sposobem na urodzinowy obiad jestesmy zaproszeni dzis.
Tydzien wczesniej czy tydzien pozniej jak sie ma 64 lata to juz nie robi roznicy.
Wspanialy zgodny czlek, za moim potwierdzeniem przyklepal zaproszenie.
A ja wymyslilam, ze wobec powyzszego moge przeciez upiec jakies ciasto, czy nawet tort.
Ten ostatni (moj) pomysl spotkal sie z entuzjastycznym przyjeciem mlodych.
A ja juz mialam upatrzony tort, ktory chcialm upiec tylko nie bardzo wiedzialam na jaka okazje, teraz nareszcie mialam okazje i tylko nalezalo sie rozpatrzec w sytuacji jak tego dokonac.
Glowny problem z tym konkretnym tortem polegal na tym, ze sklada sie on z dwoch pieczonych w osobnych formach plackow tej samej wielkosci.
Form i foremek do pieczenia mam od licha, ale kazda innego rozmiaru.
W srode wracajac od doktora przechodzilam wlasnie obok Williams Sonoma, kiedy przypomnialam sobie, ze powinnam kupic forme do pieczenia o rozmiarze jednej z moich tortownic.
Wlazlam do sklepu i zaczelam kombinowac "na oko" jaki tez rozmiar maja moje tortownice. Patrzylam na te rozne rozmiary form i tortownic i im wiecej patrzylam, tym mniej wiedzialam zwlaszcza w tych mniejszych rozmiarach. Intuicyjnie wykombinowalam, ze na pewno moja najwieksza tortownica ma 10 cali, co do dwoch mniejszych nie bylam pewna, wiec postanowilam kupic zwykla forme 10-calowa.
I tak tez zrobilam.
Juz wracajac w srode z pracy Wspanialy zapytal:
-- A co masz w tej torbie z Williams Sonoma?
-- Forme do pieczenia ciasta.
-- Ooo nastepna forme? Dlaczego? Czy masz ich za malo? - i szybko dodal - I tak sie nie mieszcza w szafce.
Zignorowalam te uwage i tylko wzrokiem "delikatnie" przypomnialam mu wczesniej dana obietnice, ze ktores kolejne pytanie zaczynajace sie od "dlaczego?" moze sie okazac dla niego smiertelnym.
W domu sprawdzilam, owszem forma jest dokladnie tego samego wymiaru co tortownica i juz moglam spac spokojnie.
Do wczoraj.
Bo wczoraj zabralam sie za pieczenie tortu. I sie okazalo, ze przepis jest przystosowany do formy o srednicy 9 cali a nie 10. Dziewieciocalowa tortownice tez posiadam, ale nie mam 9-calowej drugiej formy.
No coz, trzeba kombinowac, a ze kombinator ze mnie niezly to wykumkalam sobie, ze jak zrobie ciasto z poltorej porcji jaka przewiduje przepis to owszem placki beda troche grubsze, ale oglonie powinno byc dobrze. Siadlam wiec nad wydrukowana kartka papieru z przepisem i zaczelam zmieniac ilosci poszczegolnych skladnikow kiedy do kuchni wszedl Wspanialy.
Wiecie, ze takie zajecie nie moze umknac spostrzegawczosci naukowca?
To tez nie umknelo.
-- Co robisz?
-- Przystosowuje ilosci skladnikow do wielkosci formy - wolalam odpowiedziec, bo przeciez nie dalby sie zbyc milczeniem.
-- A dlaczego? Przeciez kupilas forme.
-- Ale przepis jest na 9 cali, a ja kupilam forme 10-calowa.
Poszedl grzebac w szafce z formami do pieczenia i po chwili wrocil z 9-calowa tortownica w rece.
-- Masz przeciez 9-calowa.
-- Kochanie Ameryki nie odkryles, wiem, ze mam, ale jak kupowalam to nie wiedzialam i na wszelki wypadek kupilam 10-calowa bo taka wiedzialam, ze mam na pewno. Jasne?
-- Nie bardzo. Nie rozumiem dlaczego nie sprawdzilas przepisu zanim poszlas kupic forme.
Kryste, juz bylam prawie pewna, ze to jest to fatalne "dlaczego?" ale sie w pore opamietalam, ze pieczenie tortu jest przyjemniejszym zajeciem niz przygotowywanie pogrzebu, wiec sie dyplomatycznie nie odezwalam.
Stanal nade mna jak diabel nad dobra dusza i patrzyl co robie.
-- Ale po co zwiekszasz ilosc skladnikow o 50% jesli tortownica jest wieksza o tylko 10%?
Zabije, jak mi buk mily, zabije - pomyslalam.
A glosno powiedzialam:
-- Bo tak latwiej.
-- A co bedzie jak sie nie uda?
Dalam mu te kartke papieru i powiedzialam:
-- Prosze bardzo, zwieksz o 10% - i wyszlam z kuchni.
Walnelam sie w sypialni na wyrko i zaczelam ogladac telewizje.
Po pol godzinie Wspanialy przyszedl i z duma podal mi kartke z wyliczeniami jakie poczynil.
Popatrzylam na to i zbladlam. Jakies mu kurwa mac dziesietne i setne ulamki powychodzily!!!
Jak zobaczylam 5 i 1/5 jajka to zwatpilam i myslalam ze spadne z lozka ze smiechu, ale 1/16 malej lyzeczki kawy mnie dobila!!
-- Skarbie, wiesz co? Ty sobie moze wyjdz po jakies zakupy, albo pobawic sie z dziecmi na boisku, moze pogadac z sasiadami, a ja w tym czasie upieke ten tort.
-- Ale dlaczego? Masz dokladnie zwiekszone ilosci o 10% - powiedzial zdziwiony i z tak glupia mina, ze az mi go bylo szkoda.
-- OK to w takim razie moze mi jeszcze odmierzysz te skladniki skoro wyliczenie Ci tak latwo poszlo, chcialabym widziec jak dzielisz surowe jajko na piec czesci i jak odmierzasz te 1/16 lyzeczke kawy.
W tym momencie dotarlo, bo naukowiec ma to do siebie, ze wie jak wyliczyc, zaplanowac, doradzic, znalezc rozwiazanie, ale jak wprowadzic to wszystko w zycie to juz sprawa wykonawcy.
Chyba teraz rozumiecie dlaczego nie moge sie doczekac emerytury?:))
I juz mu nawet obiecalam, ze wtedy go nareszcie otruje;)
A swoja droga, to tort wyszedl taki super, ze nawet przeszedl moje wlasne oczekiwania.
Az w nocy wstalam i pomaszerowalam do lodowki zeby go zobaczyc.
-- Noz piekny jestes, querwa i mam nadzieje, ze tak samo smakujesz jak wygladasz - powiedzialam do otwartej lodowki i szybko zamknelam drzwi, zeby mi nie przyszlo do glowy sprobowac.

Zdjecie tortu, dla tych z mala wyobraznia:)

Saturday, February 18, 2012

Dylematy starosci

Przeczytalam ten artykul w Washington Post i znow mam myslowke:)
Dla tych co nie czytaja po angielsku, krotkie wyjasnienie sytuacji.
Pani Mary Kantorowski mieszka od 1953 roku w tym samym domu, ktory kupila razem ze swoim mezem i wychowala w nim dwoch synow. Po smierci meza przepisala dom na starszego syna z zastrzezeniem, ze bedzie mogla w nim mieszkac az do swojej smierci.
W ubieglym roku starszy syn (Peter) prawowity obecnie wlasciciel domu dal matce nakaz wyprowadzenia sie, jak twierdzi albo do niego, albo do domu opieki.
Jego zdaniem matka jest za stara zeby mieszkac sama.
Poniewaz matka nie chciala sie wyprowadzic, to w grudniu ubieglego roku, tuz przed jej 98-mi urodzinami podal sprawe o eksmisje matki do sadu.
Pani Kantorowski zatrudnila w tej sprawie adwokata, ktory twierdzi, ze kobieta jest na tyle samodzielna, ze moze zyc sama. Argumentem starszego syna bylo, ze matka w tym wieku powinna miec regularne posilki i zyc wsrod ludzi jej pokolenia.
Troche metna jest postawa syna, zwlaszcza, ze nie odpowiada na proby kontaktu rowniez z dziennikarzami, ktorzy sprawe przedstawili w mediach. Dziwne jest rowniez, ze Peter mieszka w odleglosci 20 minut jazdy samochodem, a mimo to nie odwiedzil matki przez ostatnie 8 miesiecy.
Natomiast jest jeszcze mlodszy syn, Jack, ktory twierdzi, ze nie ma zadnych przeszkod, zeby matka mieszkala w dalszym ciagu w domu, w ktorym mieszka od 60 lat. 
Opinie Jacka potwierdza rowniez adwokat pani Mary, twierdzac, ze wykonuje ona sama wiekszosc czynnosci domowych lacznie z gotowaniem.
Sprawa bedzie rozpatrywana przez sad w marcu.
Narazie adwokat Mary Kantorowski wstrzymal probe ewentualnej sprzedazy domu, ktorego wartosc jest wyceniona na $330.000.

No i tak sobie siedze i mysle.
Wczesniej czy pozniej wszystkich nas czeka, albo starosc, albo wczesniej dylemat co zrobic ze starzejacymi sie rodzicami. Jak dlugo mozna uznac starsza osobe za niezalezna i zdolna do zycia samej.
Mam w sasiedztwie rowniez kobiete w wieku Mary Kantorowski, ma tez 98 lat i dzieci mieszkajace duzo dalej, bo najblizej mieszkajacy syn jest w Pensylwanii, a corka w Texasie.
Nasza (a w zasadzie moja) znajoma mieszka sama w dosc duzym domu, radzi sobie calkiem dobrze, jak potrzebuje pomocy, to zawsze znajdzie sie ktos chetny z sasiadow.
Nawet rozmawialam z nia w ubiegla zime, kiedy mielismy duzo sniegu i powiedziala, ze to dla niej zaden problem, bo sasiedzi odsniezajac wokol swoich posesji zawsze odsniezaja tez u niej i nawet nikt nie chce zaplaty. Corka mieszkajaca w Texasie jest nauczycielka, wiec przyjezdza do matki na wakacjie i ferie zimowe oraz wiosenne.
Dorothy sie smieje, ze nie lubi jak corka do niej przyjezdza, bo ogranicza jej wolnosc i nakazuje co i jak matka ma robic, a ta z kolei uwaza, ze skoro radzi sobie dobrze w czasie kiedy jest sama, to nikt nie ma prawa narzucac jej swoich racji.
Mamy tez naszego Tatka, ktory mieszka sam i dosc daleko, wiec temat jest nam bliski.
Ale ciekawa jestem co Wy sadzicie o takiej sytuacji.

Thursday, February 16, 2012

List odwarty

Do Naroda Polskiemu
Wczora to bylo kiem przeczytnyla artykul w Gazetu Wyborczy, ktoren natknyl mie do napisanja tego listu do Wos. Tak sem zarok pomyslela, rze Wy mie zrozumita i popzeta.
Jakem ino skunczyla czytoc i zamkla te strony interneckie gazety tak ci mie prosto w syrce tyklo i poczunylam powolanje do bycia slogom krajowi mojo urodzenja.
Pisze ten list do mojom Ziomale z prozbom o wzincie pod uwagem moju osobistosc na kandydata do Parlamyntu Polskiemu.
Wim, rze nie wszystki Ziomale mie znajom to kcem napisac troku o sobje.
Nazywom siem Stardust i urodzienam sie w Kielcech, to takie miostko miendzy Krakowem i Warsowkom, jagby kto nie znol. Tam sie urodzienam i tamtyk sie wohodowolam aze do wiku 30 lot.
Jak mie bylo 7 rokow to wzinam i poszedlam do szkol.
We szkolach to jo nawet lubiela, bo miola durzo kulerzankow i kulerzkow.
Nauczyciela tyz tam bylo trocha, loni mie godoli, ze jo powiennam uczyc sie polsku mowe, liternacko polsku mowa hyba uny miely na myslu, bo przecie jo wtedyk nie znalo zadno innszo mowu.
Tero jo zyjum w Hameryku to jo mogu jeszcze godoc po anglicku, ale polsku mowu jo nie zabyla jak widzita. Zawszek tyz jo lubiela polityckie godki, jak ino pomne tak w mojom domie zawszec ktus godol lo politycy, to jo siem przysluhiwola i takem sie naucyla ty politycy.
Tero kiej jo zyjum w Hamerycy to zem sie jeszczek napaczela na politycy zagramanicznom i tyz moge powiedzic zek mom doswiodcynie a i godoc po anglicku godom, co jak wim nie wszyski polski polityki umiom. Tak se tero mysle, rze jeszczek lepi by bylo jakbysta mnje wyslaly od poczontka do Patlamynta Junji, to by jo mogla se mieszkoc w Brukseli.
Godajo, ze Bruksela pikniejso lod Warsowki jest, to jo by ta kciela zobocyc.
Rozpaczta sie Ziomole w te mojo prozba i jo na Wos licem rze mie tako szansu dota, a Wom jak paczem i czytom na Wasze polityki to juz przeca wszycko jedno, ani nie pomorze ani szkody nie naczyni.
Dzienkujek Wom ze syrca colego i pamintojta, glosujta na Stardusta .
Stardust.

A na serio:))
Jak przeczytalam ten artykul to mi sie wlos pod pachami zjezyl.
I mam prosbe, jak kiedys napisze cos blednie to juz mnie nie poprawiajcie, tak jak kiedys prosilam o poprawianie, tak teraz uznaje, ze mam absolutne prawo do kazdej pomylki w jezyku polskim.
Szkoda tylko, ze prawidlowego jezyka nauczono mnie nie tylko w domu, a juz w podstawowce  na 100%

Galareta z nozek, czyli stopiczkowy update

Odbylam wczoraj cotygodniowa wizyte kontrolna u mojego doktora od stopiczek.
Pojechalam bez laski, bo troche mzylo i stwierdzilam, ze mam za malo rak na torbe, parasolke i jeszcze laske. I okazalo sie, ze laska jest mi do niczego nie potrzebna, ide normalnie a nawet bez laski troche szybciej, bo jednak nie musze sie skupiac nad prawidlowym uzyciem trzeciej nogi:)
Schody tez juz pokonuje normalnie obiema stopami, no moze schodzenie zajmuje mi troche dluzej niz normlanie, ale za to wchodzenie idzie jak po masle.
Tym razem zrobilam sobie postanowienie mentalne, coby pana doktora wypytac na okolicznosc roznych rzeczy, bo okazuje sie, ze po latach znajomosci to my rozmawiamy w czasie wizyty o wszystkim tylko nie o stopie i operacji. Wynika to prawdopodobnie z faktu, ze on wie, ze ja wiem.
Tym razem jednak mialam na operowanych palcach cos nowego, czego wczesniej nigdy nie widzialam, takie cienkie skrawki plastrow, z ktorymi nie bardzo wiedzialam co mam robic przez caly tydzien od poprzedniej wizyty. Wspanialy zapytany na okolicznosc co to moze byc i jak z tym postepowac powiedzial:
-- Nie mam pojecia, ja sie znam na tabletkach, ale nie na ustrojstwach pooperacyjnych. Wyglada dziwnie, wiec moze nie ruszaj tego.
-- Ruszac to ja tego nie chce, tylko nie wiem czy powinnam moczyc...
Rozmowa odbywala sie w momencie kiedy wlasnie szykowalam sie do kapieli, wiec czasu na dzwonienie czy pisanie maili raczej nie bylo. Popatrzylismy jeszcze raz i jednoglosnie stwierdzilismy, ze jeden tydzien wiecej kapieli w plastikowej skarpecie mi nie zaszkodzi.
I tak przez caly ubiegly tydzien ciagle zakladalam te skarpete do kapieli, potem przy zmianie opatrunku obmywalam stope delikatnie mokra szmatka, kremowalam i znow owijalam bandazami.
Tym razem wiec postanowilam zapytac i rozstrzygnac sprawe.
Siedzialam juz na fotelu, but i skarpeta zdjete kiedy wszedl doktor i od drzwi rzucil komplementem:
-- Star, Ty bandazujesz te stope ladniej niz ja!!! Zawsze mowilem i jeszcze raz powtorze, Ty jestes idealna pacjentka, a na pewno moja ulubiona.
-- Komplementow nigdy za duzo doktorze wiec i ten przyjmuje z radoscia, ale tym razem mam pytanie, co mam zrobic z tymi farfoclami na palcach?
-- Z jakimi farfoclami? - zapytal zabierajac sie za ciecie bandazy.
-- No te takie male, waskie.. wygladaja jak plaster, albo scotch tape, co to je mam na palcach.
-- Aaa to sa spinacze. One odpadaja przy moczeniu, a zakladam je, zeby dodatkowo podtrzymywaly szwy, zeby ladnie wygladaly. I co zrobilas?
-- Nic, balam sie ich moczyc, wiec mylam stope miekka mokra szmatka a prysznic bralam ciagle w plastikowej skarpecie.
W tym czasie doktor akurat zdjal juz bandaze, wzial w reke pensete i powiedzial:
-- To ja Ci je zaraz zdejme i bedzie po problemie. A prysznic mozesz juz brac normalnie i tylko pozniej zakladaj bandaze, bo one zapobiegaja puchnieciu w miejscu gdzie byla operacja, a wiadomo, ze to jeszcze bedzie troche puchlo. Chodzi o to, zeby nie puchlo wlasnie tam, gdzie bylo operowane, zeby sie szew brzydko nie rozszedl.
Spojrzalam na te jego dlon z penseta i chyba zatrzymalam ja wzrokiem w pol ruchu, bo spojrzal na mnie pytajaco.
-- Ale to... to zdejmowanie, to nie bedzie bolalo?!
Odlozyl pensete na bok, podszedl do mnie blizej i zapytal:
-- A czy Ciebie tu kiedys cos bolalo?
-- Mmmm no nie... ale zawsze moze byc ten pierwszy raz - dodalam z usmiechem.
-- A niby dlaczego mialbym to robic? Dlaczego mialbym zadawac bol komus kogo lubie?
-- Oj tam, czy doktor mysli, ze ja naprawde mam odpowiedz na kazde pytanie? - probowalam wykrecic sie sianem.
-- Zwykle masz - odpowiedzial ze smiechem i chwycil pierwszy kawalek farfocla penseta.
Zanim sie zorientowalam co sie dzieje, farfocel juz leazl na tacy razem ze starym bandazem.
-- Bolalo?
-- Nie bolalo, ale wolalabym tego nie widziec - przyznalam szczerze zamykajac oczy, na co doktor zaslonil mi widok przesuwajac zaslone, po to tylko, zeby po kilku sekundach odslonic ja z powrotem.
-- Ooo  teraz to nawet ladniej wyglada! - zawolalam z radoscia.
-- Ladniej, bo razem ze spinaczami zeszly te male strupki i kawalki suchej skory. Teraz juz nie musisz sie wiecej cackac z ta stopa.
Zauwazyl moj pytajacy wzrok i szybko dodal:
-- Tak, teraz mozesz juz robic wszystko.
-- Wszystko???
-- No wiesz, poza biegiem w maratonie i skakaniem na tej nodze, mozesz nosic kazde buty, wazne tylko zeby byly pelne, ale raczej nie podejrzewam, zebys chciala o tej porze roku nosic klapki. Mozesz isc na pedicure, mozesz moczyc w jacuzzi, mozesz wszystko. I smaruj kremem, zeby ta skora co jest ciagle pod bandazami szybko wrocila do normy. Mozesz tez cwiczyc, staraj sie na stepperze zaczynajac od 10 minut tak zeby rozruszac te sztywne stawy.
-- Aaa i tu masz tube Medermy, wiesz co z nia robic? - dodal kladac tube z mascia obok mojej torebki.
-- Wiem, smarowac dwa razy dziennie miejsca szwow, zeby ladnie wygladaly - odpowiedzialam zadowolona i dodalam - one juz teraz wygladaja ladnie.
-- Ale maja byc jeszcze ladniejsze, maja byc niewidoczne. A po 3 miesiacach od operacji wyjmiemy te szpilke i juz bedzie wszystko skonczone. Teraz zobaczymy sie za dwa tygodnie.
Polozyl na szafce 6 opakowan bandazy, zebym je zabrala na koniec wizyty, zawinal stope bandazem i juz bylo po wizycie.
Czy ktos sie jeszcze dziwi, ze kocham mojego doktora?

Tuesday, February 14, 2012

Powalentynkowo czyli o...

... komercji, szmirze i tandecie.
Przy okazji roznych swiat, a szczegolnie tych znienawidzonych, ktorych pochodzenie przypisuje sie Ameryce, wszedzie gdzie nie spojrze odzywaja sie glosy krytyczne. I nikomu nie wadzi, ze Walentynki maja rodowod wsrod rzymskich chrzescjan. Legenda glosi, ze cesarz Klaudiusz zabronil mlodym ludziom wstepowac w zwiazki malzenskie, bo uwazal, ze malzenstwo wstrzymuje mlodych mezczyzn przed wstapieniem w szeregi wojska. W Rzymie byl ksiadz o imieniu Walenty, ktory potajemnie udzielal slubow mlodym parom, za co zostal skazany na wiezienie, w ktorym zmarl 14 lutego. I to wlasnie na jego czesc zaczeto obchodzic Walentynki. W Ameryce Valentines Day zaczeto obchodzic w XIX wieku, ale kto by tam sie takimi drobiazgami przejmowal, jak nie nasze, to pewnie z hameryki.
A jak z hameryki to pluc trza i to gesta slina:)))
I tak czytam o komercji, o szmirze, o tandecie, o bezgusciu i ogolnie to nagle wszyscy sobie przypominaja Noc Kupaly i plona goraca miloscia do tejze kupalowej nocy.
A jak przyjdzie Noc Kupaly, to nikt o niej nie pamieta;)
Wlasnie mnie dziwi, dlaczego jak mieszkalam w Polsce przez pierwsze 30 lat mojego zycia to nigdy nie slyszalam o Nocy Kupaly. No moze nie zupelnie "nie slyszalam" bo gdzies tam obilo mi sie o uszy w literaturze, ale nie przypominam sobie zeby Noc Kupaly byla w jakis szczegolny sposob obchodzona w calym kraju. Moze i gdzies byla obchodzona, ale ja jakos nie pamietam, zeby bylo o niej glosno.
Owszem pamietam Tlusty Czwartek, Andrzejki i te byly zawsze i wszedzie obchodzone szumnie i trudno bylo o nich nie slyszec, lub je przeoczyc, a Noc Kupaly?
Nieistotne, bo ja ani o Kupale, ani o Walentynkach nie chcialam, a raczej tak ogolnie o swietach.
O tej znienawidzonej komercji i tandecie wkradajacej sie podstepnie pod polskie dachy, sufity i strzechy.
Zaczelam sie przygladac wszystkim znanym mi swietom obchodzonym na swiecie i doszlam do wniosku, ze kazde swieto jest komercyjne, przereklamowane, pelne tandety i szmiry.
Czyz wielkanocny baranek to nie szmira i tandeta?
W dodatku niezdrowy:))
Bo i kto przy zdrowych zmyslach da takiego do pozarcia dzieciom?
Albo czekoladowe kroliczki, rowniez wielkanocne.
A swieto Zmarlych?
Jak pamietam to rowniez swieto komercji, a teraz jak ogladam zdjecia z grobow i patrze na te ozdoby, lampki z wymyslnym zadaszeniem ociekajace roznymi kolorami teczy i brokatem, wiazanki ze sztucznych kwiatow, aniolki, toz to zywa tandeta.
Dzien Kobiet, ktory akurat ma amerykanskie korzenie ale, o dziwo, jest lagodnie traktowany w kraju nad Wisla, w sumie nie wiem dlaczego?
Ale chyba glownie dlatego, ze nie obchodzi sie go w Ameryce:))
A tandeta tez zalatuje, bo dawniej to byl obowiazkowy gozdzik i rajstopy, teraz moze gozdzik zostal wyparty przez wiosenne tulipany i nie wiem co zastapilo rajstopy, ale komercja jest.
A moim zdaniem kazdy kupuje na co go stac i tak wlasnie powinno byc, tak jest dobrze, bo tylko tym sposobem swieto jest dostepne dla mas.
Przeciez nikt nie mowi, ze na Walentynki koniecznie trzeba kupic ukochanej pluszowego misia, czy czerwone serduszko wypelnione czekoladkami.
Mozna nie poddawac sie szmirze i kupic kolie diametnowa, srebrna bransoletke, albo torebke z Prady, mozna zaprosic dame serca na wakacje w Hiszpanii, tudziez na innej Krecie i te prezenty nie beda tandetne, ani szmirowate.
Tylko czy wtedy swieto byloby dostepne dla wszystkich?
Raczej nie.
A moze wlasnie o to chodzi, zeby nie mieszac sie z pospolstwem tylko miec swieta godne elit?
Moim zdaniem czy chcemy czy nie, komercja napedza gospodarke i stad sie bierze potrzeba komercji.
Owszem w Tlusty Czwartek mozna nie kupowac paczkow, tylko upiec je samej w domu, ale wystarczy, ze trzeba kupic make i olej do smazenia tych smakolykow i juz sie robi komercja, juz sie napedza gospodarke, juz sie komus daje zarobic.
Niestety, podoba nam sie to czy nie, to jak nie damy zarobic kwiaciarce, piekarzowi czy listonoszowi, to oni nie dadza zarobic nam. Taka jest prawda, wszyscy jestesmy od siebie uzaleznieni i nie widze nic zlego w tym, ze ktos zarabia na mnie, bo i ktos inny daje mnie zarobic.
A przeciez sa zawody, ktore tylko z okazji swiat maja szanse zarobic, dlaczego im tego zalowac?
Sama nie obchodze zadnych swiat "kalendarzowych", nigdy nie lubilam i juz raczej nie polubie.
Co nie znaczy, ze mi te swieta w jakis sposob przeszkadzaja.
Wrecz przeciwnie, uwazam, ze kazde swieto ma swoja role do spelnienia i chocby dlatego wszystkie sa wazne. Mnie akurat Walentynki nie sa potrzebne, bo i tak w kazdy dzien slysze "kocham cie" co najmniej trzy razy dziennie, wiec 14 lutego nic tu nie zmieni. Zdecydowanie wole kolacje we dwoje bez okazji, lub przy jakiejs konkretnej okazji dotyczacej nas niz pudelko czekoladek dlatego tylko, ze wszyscy kupuja czekoladki.
Upsss.. przeszukalam zwoje mozgowe i okazuje sie, ze owszem byl czas na poczatku naszej znajomosci, ze Wspanialy dawal mi prezenty z okazji Walentynek.
Chyba tak byl szkolony w poprzednim malzenstwie.
W pierwszym roku byl to zloty pierscionek z emeraldami, bo stwierdzilam kiedys wczesniej, ze w kolekcji bizuterii ciagle nie mam emeraldow, za drugim razem dostalam zlote kolczyki.
Ale juz wtedy wyjasnilam, ze tak naprawde to tego typu swieta nie robia na mnie wrazenia i ze wolalabym abysmy zaprzestali kupowania sobie prezentow z okazji kalendarzowych, czy tez bo tak trzeba, bo tak robia wszyscy, bo to wlasnie taki dzien.
Wiec za trzecim razem dostalam juz tylko kartke z zyczeniami, ale te kartke zrobil sam i dodatkowo napisal tam tak piekne zyczenia, ze mam ja do dzis:)
Kryste, nigdy nie dostalam misia i czekuladek... to chyba nie wazne;)
Moze gdyby Walentynki byly w innym czasie, ale sa dzien po jego urodzinach, na dwa tygodnie przed urodzinami Potomka i na miesiac przed rocznica naszego poznania.
Skupiam sie raczej na tych swietach i Walentynki jakos same legly w cieniu pozostalych dni.
Ale kazde swieto ma swoj cel, wiec poswiecilam chwile na myslenie o celu roznych swiat.
Pamietam dawno temu, to byl chyba jakis kabaret, ale juz oczywiscie nie pomne kto, co i jak, wiem tylko, ze ktos zartowal ze swiatecznych porzadkow i padly tego typu slowa "swieta sa potrzebne, bo gdyby nie swieta to niektorzy zarosli by w brudzie". Musialam byc wtedy bardzo mloda, bo pamietam jak nasmiewalam sie z babci, ktora na trzy dni przed kazdym Bozym Narodzeniem i Wielkanoca meldowala "jeszcze tylko musze zetrzec kurz z szafy i mam wszystko wysprzatane".
A kurz z szafy byl dla babci wyczynem, bo musiala sie biedna wdrapywac na krzeselko, jako ze wzrostem nie grzeszyla, ale tez nikomu innnemu nie ufala na tyle, zeby pozwolic sobie pomoc.
Wstrzasnelo to powiedzenie mna na tyle, ze w doroslym zyciu nigdy nie robie sprzatania przedswiatecznego:) Przekorna natura:)
Sprzatalam kiedy mialam na to ochote, a od czasu kiedy Wspanialy przejal ten obowiazek, to sprzatanie jest uzaleznione od jego ochoty.
Mimo to uwazam, ze te kalendarzowe swieta, ktorych nie lubie i nie obchodze, maja jakis sens.
Wezmy taki Dzien Matki.
Jak czesto slyszy sie o matkach, ktore w nieskonczonosc czekaja na wizyte czy chocby telefon od dziecka, wiec taki dzien jest potrzebny, chocby po to zeby przypomniec, moze nawet poruszyc sumienia.
Podobnie ze swietem Zmarlych, ilez jest grobow, ktorych nikt nie odwiedza, poza tym jednym dniem roku.
I podobnie jest z Walentynkami.
Sa ludzie, ktorzy nie maja zwyczaju mowic "kocham", bo uwazaja, ze to wynika z ich postepowania, ze to jest oczywiste, bo tak zostali wychowani, bo nie maja tego w naturze. A z tym postepowaniem tez roznie bywa i mozna zycie przezyc w otoczeniu bliskich i nigdy nie uslyszec, nigdy nie powiedziec.
Przynajmniej tak bylo wychowane w wiekszosci pokolenie moich rodzicow, a juz na pewno moich dziadkow.
Ba, tak byl wychowany moj Wspanialy i Tatek.
Jak poznalam Tatka to nie moglam uwierzyc, ze Wspanialy, ktorego juz znalam jako bardzo cieplego czlowieka nagle zachowuje sie tak ozieble. Przez te trzy dni naszej pierwszej wizyty u Tatka, gdyby nie ja i E. to obydwaj panowie siedzieliby przed telewizorem bez slowa.
Zupelnie nie mialam pojecia co jest grane, ale tez nie wypadalo mi nic mowic, w koncu to byla moja pierwsza tam wizyta.
Natomiast jak tylko wyruszylismy w podroz powrotna do NYC to powiedzialam:
-- Ja juz nigdy wiecej tu z Toba nie przyjade.
-- Ale dlaczego? przeciez pol godziny temu obiecalas mojemu ojcu, ze bedziemy sie z nim widywac dwa razy w roku - Wspanialy byl zaskoczony moim oswiadczeniem.
-- Bede wysylac Ciebie, ale ja z Toba nie bede przyjezdzac, to zupelnie inna sprawa.
-- Ale dlaczego? Co sie stalo?
-- Nic poza tym, ze Ty sie zachowujesz okropnie, tak jakbysmy byli sobie zupelnie obcy!
W tym momencie zaskoczyl i powiedzial:
-- Bo wiesz u nas nigdy nie okazywalo sie uczuc... i ja chyba nie potrafie w obecnosci ojca.
-- To albo sie nauczycie, albo ja nie nadaje sie do tej rodziny - stwierdzilam stanowczo.
-- Wiesz, to bedzie troche trudne, bo ojciec to chyba nigdy w zyciu nikomu nie powiedzial "kocham cie".. no moze mamie... ale to pewnie bylo bardzo dawno temu..
-- Zobaczymy, moze byc trudne, ale niekoniecznie niewykonalne.
I od tej pory jak tylko dzwonilismy do Tatka, a wprowadzilam zwyczaj co tygodniowych telefonow, to na zakonczenie z nim rozmowy mowilam "kocham cie".
Do dzis sie dziwie, ze Tatka nie sparalizowalo za pierwszymi kilkoma razami, ale cisza byla po jego stronie tak przerazajaca, ze az klula w uszy, a ja spokojnie odkladalam telefon.
Po kilku miesiacach uslyszalam niesmiale "ja tez", co w sumie bylo glupie, bo co? on tez siebie kocha?
Ale nie zwracalam na to uwagi, uznalam za postep.
Uplynelo nastepnych kilka miesiecy kiedy Tatek powiedzial pierwszy raz "ja tez was kocham" i to juz byl prawdziwy sukces.
A teraz?
Teraz Tatek konczy rozmowe wyliczeniem listy osob, ktorym mamy przekazac, ze on ich kocha, a lista zawiera wszystkie nasze dzieci i wnuczke.
Ostatnio kiedy byl w szpitalu i zadzwonilam do niego zakonczyl rozmowe ze mna slowami "ja cie naprawde bardzo, bardzo kocham" i to byl prawdziwy szok, gdyby Wspanialy nie byl w tym czasie przy drugim aparacie, to pewnie by nie uwierzyl.
I chocby dlatego Walentynki sa potrzebne.
Tak jak napisalam w komentarzu u Volusia, najbardziej boje sie, ze kiedys umre zanim powiem najblizszym ze ich kocham. Dlatego mowie to przy kazdej okazji, tak na zywo, jak i telefonicznie.
I nie przeszkadza mi w tym komercja, bo nie musze sie jej poddawac, przeciez nie ma zadnego odgornego nakazu kupowania pluszowych misiow czy czekoladowych serc.
Wystarczy tylko otworzyc wlasne serce.

Happy Valentines Day!!

Walentynki to dzien zakochanych, ktorzy w rozny sposob staraja sie sprawic niespodzianke swoim partnerom. Ja tam niespodzianek raczej nie lubie, bo jestem controle freak i pewnie nie przezylabym czegos takiego jak bohaterka filmu ponizej.
Ale jak widac ona tez nie byla przygotowana na takie zakonczenie "niewinnej" wycieczki ze swoim ukochanym do Kalifornii.
To wszystko oczywiscie nie stalo sie w Dniu Walentynek, ale mimo wszystko uwazam, ze jest calkiem adekwatne do dzisiejszego dnia i dzisiejszych niespodzianek.




To sie nazywa Ulanska Fantazja:)

P.S.
Serdecznie dziekuje w imieniu Wspanialego za wszystkie zyczenia, ktore ukazaly sie pod wczorajsza notka.
Chlopisko sie cieszylo jak nie wiem co i nawet jak nigdy zagladal co chwile na bloga a potem wydzwanial do mnie "jest nowy komentarz!! czy mozesz mi przetlumaczyc?"
Szczegolne podziekowania dla Ucieczki, ktorej komentarza nie musialam tlumaczyc:)
Kto by pomyslal, ze ci z Marsa sa tacy lakomi na zyczenia?
No coz... chyba kazda z nas, ktora ma do czynienia z Marsjanami dobrze o tym wie;)

Monday, February 13, 2012

64.. 34.. 30..

Wspanialy ma dzis urodziny, konczy 64 lata.
Nie robimy zadnego wielkiego hallo, bo umowa jest taka, ze skupiamy sie na zerach i piatkach:)
Po pracy zaprosze go na obiad i tez bedzie dobrze.
Nawiasem mowiac, to Alice i Wspanialy urodzili sie tego samego dnia, na moje szczescie jest roznica miedzy tymi z Marsa i tymi z Wenus, bo gdyby tak nie bylo, to raczej nie dalabym rady.
Kiedy wybieralismy sie na to sobotnie przyjecie i spojrzalam na juz wyrychtowanego do wyjscia Wspanialego. Jakos tak krytycznym okiem spojrzalam, bo przyszlo mi do glowy pytanie, wiec poszlam za ciosem i zapytalam:
-- Kochanie, jaki Ty nosisz rozmiar spodni?
-- ??? A Ty co??? Spodnie chcesz mi kupic??? - byl tak zaskoczony, ze oczy wyskoczyly mu przed okulary.
-- Eee tam spodnie kupic. Jeszcze w zyciu nie kupilam zadnemu mezczyznie ciucha, wiec to Ci nie grozi, pytam z ciekawosci.
-- Ty naprawde nie wiesz?
-- A niby skad mam wiedziec?
-- A jak myslisz? przeciez masz chyba jakies rozeznanie w rozmiarach.
-- Mysle, ze 34 ale jakos tak na Tobie dziwnie wisza, wiec chyba potrzebujesz mniejsze.
-- 34!!!!! Zwariowalas?? Ja nigdy w zyciu nie nosilem 34 - zawolal oburzony.
W morde jeza, nie znam sie, to moze on nosil 36? kombinowalam, ale juz sie balam odezwac;)
-- 32 cale dorosle zycie nosilem 32, ale teraz musze kupic 30 bo troche mi sie schudlo - wyjasnil.
Pfff, troche mu sie schudlo, mnie sie tam jakos samo nie chudnie... chociaz, te 2kg, ktore ostanio waga wskazuje mniej, to faktycznie jakos sie same zgubily.. - kombinowalam dalej.
-- Ale co Ci przyszlo do glowy? - dopytywal Wspanialy jak przystalo na dociekliwego naukowca.
Balam sie powiedziec, ze kilka dni temu na blogu Ilenki napisalam, ze Wspanialy cale zycie nosi rozmiar 34... obawiam sie, ze moglby sie obrazic, ale jakos nie moglam tego pytania pozostawic bez odpowiedzi wiec powiedzialam:
-- Wiesz, bo Ty wyraznie psujesz wizerunek swiata o tlustych Amerykanach.
-- I co? Masz z tym problem? Bedziesz mnie tuczyc?
-- Nie, tuczyc Cie nie bede, bo to by oznaczalo, ze musze gotowac i jeszcze Cie karmic, ale sie troche boje, ze jak Ci sie tak "samo bedzie chudlo" to mozesz zniknac.. ktoregos dnia po prostu rozpuscisz sie we mgle...
Mam nadzieje, ze sie jednak nie rozpusci;/
A poki co, to Happy Birthday Wspanialy!!!

Sunday, February 12, 2012

Jak dobrze, ze nie mam corki

Do tytulowego wniosku doszlam w ciagu kilku ostatnich dni, po doswiadczeniach z Alice i jej urodzinowymi problemami, rozterkami i chujwiczymjeszcze.
Zaczelo sie tydzien wczesniej kiedy Alice pokazala mi na telefonie zdjecie sukni, ktora zamowila u jakiegos designera. Suknia na zdjeciu byla granatowa, Alice stwierdzila, ze zamowila to samo tylko w wydaniu ciemnej sliwki. Pochwalilam, bo kiecka ladna i na tym sie skonczylo, albo jak sie pozniej okazalo, dopiero zaczelo.
W srode przyszla na co tygodniowa wizyte i zaczela szperac w torbie za skrawkiem materialu, ktory wybrala na suknie, zlorzeczac przy tym na siebie i caly swiat:
-- Ja chyba slepa jestem juz ze starosci, albo mnie chwilowe zacmienie umyslu naszlo, zeby taki kolor wybrac... - jeczala ciagle grzebiac w torbie.
Wreszcie wydobyla poszukiwany skrawek materialu i teraz ja tez wiedzialam, ze albo z jej wzrokiem jest cos nie tak, albo jest daltonistka, tylko nikt o tym wczesniej nie wiedzial.
Skrawek byl koloru jasnego fiolka!!
-- I co ja mam teraz zrobic? Ponoc to zamowilam, kiecka juz prawie wykonczona i nie mam innej mozliwosci musze zaplacic - wyjeczala rzucajac skrawek na lezanke.
Nie pozostalo mi nic innego jak probowac uratowac sytuacje.
-- No dobrze, rozumiem, ze to jest dalekie od glebokiej sliwki, ale przyznasz, ze w tym kolorze tez bedzie Ci dobrze. Skoro juz jest jak jest, to nie ma sie co stresowac tylko zaakceptowac sytuacje.
Oczywiscie do sukni nie miala jeszcze zadnych dodatkow, wiec kolejna panika, ale ja juz sie skupilam na mojej pracy czyli zabiegu, na ktory przyszla. Od czasu do czasu tylko zapewniajac, ze "wszystko bedzie dobrze", przeciez bez sensu bylo poglebianie stresu.
W czwartek kiedy to ja walczylam z porzadkiem w moich lazienkach od czasu do czasu Alice dzwonila i znow narzekala, ze naprawde ona jest z tej sukni niezadowolona i to tylko z powodu koloru.
Noz ja pierdole, sama sobie ten kolor wybrala, owszem rozumiem, ze bylo to w momencie calkowitego zacmienia umyslu, ale co teraz mozna zrobic?
Nic!
Mimo wszystko staralam sie zalagodzic na ile moglam. Radzilam ciemniejsze dodatki, moze nawet jakis lejacy szal, ktory bedzie zwisal z przegubow lokci az na posladki, bo kiecka bez plecow, przekonywalam, ze w restauracji przy przyciemnionym swietle nie bedzie tak zle.
Slowem robilam wszystko co moglam, a ona latala za dodatkami i co chwile znow dzwonila.
W piatek na 20 minut przed czasem umowionej wizyty zadzwonila z panika, czy moze przyjsc pol godziny pozniej. Zgodzilam sie, szybko kombinujac, ze nastepna klientke poprosze o przesuniecie wizyty o te nieszczesne pol godziny i dam rade.
Nastepna klientka na szczescie nie miala problemu.
Alice wpadla jak bomba obladowana torbami z roznistych sklepow, ktore to torby pizgnela z hukiem na podloge i zawolala:
-- Kupilam druga sukienke, Marc mnie zabije!
-- Nie dramatyzuj, bo gdyby Marc mial Cie zabic, to mial juz duzo wiecej powodow wczesniej.
-- Tak, ale wiesz ta kiecka od designera kosztuje $1100 i teraz kupilam nastepna, a co za tym idzie znow nastepne dodatki.
No tak, to juz zmienia postac rzeczy.. nie odezwalam sie przez chwile.
-- Czy myslisz, ze powinnam do niego zadzwonic teraz, czy moze wyslac SMSa? On jest dzis w Baltimore i wraca wieczorem..
-- Nie dzwon, nic nie wysylaj, nie wnerwiaj go jak jest w delegacji sluzbowej, lepiej zalatw to jak juz wroci, na spokojnie, na zywo, kiedy bedzie mial okazje widziec obie kreacje.
-- Buty juz oddalam, chociaz nie chcieli mi ich przyjac, bo juz je wczesniej poddali delikatnej przerobce zeby dopasowac do moich stop. Ale to przerobka w postaci minimalnego rozciagniecia, wiec powiedzialam sprzedawcy, ze na pewno sie znajdzie ktos komu bedzie pasowac, a jak mi nie przyjmie to juz nie bede u nich mogla robic zakupow i sie poddal.
-- Jaki to sklep, ze zapytam z ciekawosci?
-- Yve Saint Laurent.
No tak, wiadomo, ze nie Payless, pomyslalam:)
-- Logicznie myslac, to tych butow tez nie powinnas oddawac, bo skoro zatrzymujesz sukienke, to i tak kiedys beda potrzebne.
-- Tez tak myslalam, ale wiesz jak nie oddam butow to przekrocze moj miesieczny limit wydatkow, a to dopiero polowa miesiaca - wyjasnila i szybko dodala - i tak bede musiala do konca miesiaca zapierdalac po miescie pieszo zamiast jezdzic taksowkami.
-- Po co zaraz pieszo? Kupisz sobie karte przejazdow i z taksowek przesiadziesz sie na autobusy lub subway jak normalni ludzie, ja Ci to tlumacze juz od kilku lat, ze subwayem szybciej niz taksowka, moze sie wreszcie przekonasz.
-- Oj, wiem, wiem... ale.. no wiesz...
-- Wiem, chociaz szczerze zupelnie nie rozumiem.
Nowa kreacja na szczescie kosztowala tylko $300 i okazala sie trafiona w dziesiatke.
A byla to krotka, bardzo dopasowana sukienka, bez rekawow i tylko zawieszona na jednym ramieniu, od ktorego splywala na 3/4 calosci delikatna jak mgla, przymarszczona narzuta, ktora po stronie golego ramienia byla troche dluzsza od sukienki. Wszystko w niebieskim morskim kolorze.
A calosc uzupelnialy jasniejsze niebieskie wysokasne szpilki na grubej podeszwie i torebka-kopertowka w tym samym kolorze.
Wygladala w tym wszystkim bosko!!!
-- Jak zareagowal Marc? - zapytalam dyskretnie gdy panowie udali sie do baru po nasze drinki.
-- Mialas racje, westchnal gleboko, ja obiecalam, ze tamta kiecke kiedys zaloze na inna okazje i sie skonczylo.
-- Mam nadzieje, ze wiesz, ze masz cudownego meza?
-- Wiem - usmiechnela sie.
Impreza byla rowniez udana, chociaz my opuscilismy towarzystwo troche wczesniej bo przed polnoca, a calosc byla przewidziana do 1 rano. Ale ja juz mialam dosc.
Jak na pierwszy dzien bez buta to i tak noga zdala egzamin.
No prawie zdala, bo o malo sie nie spierniczylam ze schodow jak chcialam sprobowac schodzic obiema nogami a nie jedna jak do tej pory.
Nie wyszlo... na szczescie Wspanialy namowil mnie na zabranie ze soba laski.

Saturday, February 11, 2012

A bylo tak...

W srode przed snem poszlam wymyc paszczeke, wyszorowalam kly, siegnelam reka po nic dentystyczna i ... ups... okazalo sie, ze wlasnie sie skonczyla i w rece mialam kawalek nie dluzszy niz 5 cm.
No raczej se tym nic nie zrobie... pomyslalam... moze gdybym miala uzebienie kolejowe (co przystanek to zab) to by zadzialalo, ale niestety zebow jeszcze troche posiadam.
Polecialam do drugiej lazienki gdzie wlasnie Wspanialy szorowal swoje pyszczycho.
-- Co chcesz?
-- Skonczyly mi sie nici dentystyczne i przyszlam wziac od Ciebie.
-- Moje sie skonczyly dwa dni temu i zapomnialem kupic.
-- Oj tam zaraz kupic... na pewno mamy nici w domu.
-- Nie mamy - odpowiedzial stanowczo.
-- A skad wiesz?
-- Bo szukalem w szafce w Twojej lazience.
-- A w szufladach, w tej szafce pod umywalka szukales?
-- Nie, ale przeciez powinny byc w szafce za lustrem.
-- Powinny, nie powinny...
Wrocilam do mojej lazienki i zabralam sie za przeszukiwanie szuflad szafki pod umywalka.
Zajrzalam do jednej szuflady, nic nie widac, bo te szuflady sa dosc waskie, ale za to glebokie i dlugie.
Nic tak grzebiac w nich nie znajde, wiec wzielam cala szuflade i wypizgnelam zawartosc na kanape w sralonie.
Querwa czego tam nie bylo!!
Pilniczki do paznokci (sztuk 14), a ja juz od kilku lat uzywam tylko szklane, wiec na cholere trzymam te?
No trzymam, bo nawet nie wiem, ze je mam.
Kamien do odsuwania skorek przy paznokciach (sztuk 3) no, to sie akurat przyda, dobrze wiedziec ze mam.
Turystyczna suszarka do wlosow, 3 lokowki, 4 szczotki do wlosow i 2 grzebienie i to akurat takie dobre do rozczesywania wlosow w czasie farbowania, a dopiero co kupilam jeden, bo nie wiedzialm, ze mam.
5 butelek z gelem do kapieli.
3 opakowania plastrow roznego rodzaju.
4 opaski do wlosow.
Klipsy i wsuwki do spinania wlosow, gumek do wiazania caly woreczek (pewnie z tuzin)
Z samego dna wypadly trzy male plastikowe pudelka.
W jednym strzykawka i zapas igiel (!!!) zupelnie nie mam pojecia skad ja to mam??
Jak swiat swiatem w zyle sobie nigdy nie dawalam i nikt kto kiedykolwiek ze mna mieszkal.
W drugim pudelku serwetki nawilzajace do mycia rak (wyschniete na wior)
W trzecim pudelku zapasy jakichs probek kremow... tez wyschniete na wior.
Po jakiego grzyba ja to trzymam?
A nici dentystycznych jak nie bylo tak nima.
Przytargalam druga szuflade i postapilam z nia podobnie jak z pierwsza.
17 szczoteczek do zebow (moj rozmiar) a ja ciagle kupuje, bo moj rozmiar jest niechodliwy, ja myje zeby szczteczkami dla dzieci. Ale przeciez nie kupie takich z raczkami w ksztalcie zajaczkow i slonikow wiec jak tylko zobacze w sklepie szczoteczki z normalnymi raczkami to kupuje.
Ostatnio zakupione wrzucilam do szuflady w lazience Wspanialego... oczywiscie nie majac pojecia, ze tutaj mam taki zapas.
Oprocz tego znalazlam tam kilkanascie sztuk malych mydelek do rak, ktore mialy byc przeznaczone dla gosci, ale poniewaz na umywalkach stoi mydlo w plynie to mi sie zapomnialo.
Szczoteczki do paznokci (sztuk 2)
Cazki do skorek (sztuk 3 ale kazda o innym rozmiarze)
Cazki do obcinania paznokci (pewnikiem Wspanialego, bo ja nie uzywam).
I szampon. Szampon do wlosow robiony na specjalne zamowienie dla moich wlasnych klakow, ale to bylo z 7 lat temu. Ja pierdykam, zaplacilam za ten szampon jak za zboze, a teraz przeterminowany, chyba strach se tym leb umyc, bo moge wylysiec.
Moze wyprobuje na Wspanialym... jemu wiele krzywdy juz nie zrobi...
Woreczek plastikowy z probkami perfum (to pewnikiem mialo miec przeznaczenie turystyczne)
I nareszcie!!!
3 sztuki nici dentystycznych!!!
A mowilam? Mowilam, bo ja wiem, ze tak naprawde to my wszystko mamy, tylko nie wiemy gdzie!!
Dumna i blada dzierzac jedno opakowanie nici poszlam do Wspanialego:
-- Widzisz!! Mowilam, ze mamy!!
Przechodzac przez sralon do lazienki rzucil okiem na gore badziewia, ktorym przyozdobilam kanape.
-- Kryste!! A to co?
-- Jak to co, wypieprzylam z szuflad w poszukiwaniu nici.
-- I co Ty teraz z tym zrobisz?
-- Nic, teraz nic, bo teraz to ide spac, a jutro sie tym zajme.
I jak powiedzialam tak poszlam do sypialni.
Po chwili dolaczyl do mnie Wspanialy.
-- Wiesz nie moge sie nadziwic jak to sie stalo, ze mamy w domu tyle niepotrzebnych rzeczy, przeciez mamy porzadek.
-- Wzgledny kochanie, mamy wzgledny porzadek... i prosze przestan o tym myslec bo bedziesz mial koszmarne sny.
Oczywiscie czwartek musialam poswiecic na ogarniecie tego syfu, ktory zostawilam na kanapie i dodatkowo wypizgnelam wszystko z szuflad tej duzej lazienki, z ktorej korzysta Wspanialy.
Tam tez bylo troche skarbow: jak kule do kapieli, rekawiczki do kapieli, o ktorych juz zapomnialam, ze mam i znow kupilam, zapas mydel z oliwki, ale to juz Wspanialego dzialka, jakies kremy do rak, o ktorych istnieniu tez nie mialam pojecia, odswiezacze powietrza i olejki eteryczne, olejki do masazu...
Polowe tych znalezisk oczywiscie wyrzucilam, bo juz sie do niczego nie nadaja.
A na nastepny tydzien obiecalam sobie, ze zrobie porzadek w 3 plytkich szufladach mojej komody w sypialni. W komodzie trzymam moje ubrania typu swetry, bluzki, bielizna, ale to w glebokich szufladach. Ale komoda ma jeszcze 4 dosc duze powierzchnia szuflady plytkie i te sluza mi od lat jako miejsce dla drobiazgow, z ktorymi nie bardzo wiem co mam zrobic, a trzeba je gdzies schowac.
Oj tam dopiero bedzie ciekawie...

PS.
Zdjelam buta!! Przez pierwsza godzine czulam sie jakbym stala nie na swoich nogach:))
Ale jest OK.
Idzie ku lepszemu:)

Friday, February 10, 2012

Przepadlam...

... w zakamarkach i czelusciach.
Jak sie ogarne, to napisze wiecej.
Poki co, nie widac dna, ale za to ile rzeczy sie znalazlo;)
A wszystko przez glupia nitke dentystyczna.

Wednesday, February 8, 2012

Wedle planu

Wstalam dzis znow skoro swit, bo wiadomo, ze jak jade do doktora, to jest cala wyprawa i musze tam byc na 10ta. A dzis wyjatkowo wszystko sie pieprzylo.
Najpierw wkrecilam sobie kudly w lokowke!!
I to tak, ze musialam wylaczyc, bo nie moglam rozplatac, a nawet jak wylaczylam to niewiele pomoglo, poza tym, ze sie kudly nie spalily. Ja pierdykam spocilam sie przy tym, juz mialam wizje wycinania tej lokowki i kto wie czy bym nie zlapala za nozyczki gdyby nie swiadomosc sobotniej imprezy.
A tu klaki sie wkrecily akurat po lewej stronie przy twarzy, wiec ni cholery nic innego by nie pomoglo, tylko strzyzenie na jeza.
Zanim sobie poradzilam to lokowka calkiem wystygla, ale kudly uratowalam... nie wszystkie bo czesc zostala na lokowce, no ale obeszlo sie bez ciecia przy samej skorze.
Przygoda z lokowka spowodowala ogolne opoznienie w szykowaniu sie i na autobus wylecialam jak wariatka na ostatnia minute, ale sie udalo, zdazylam.
Gorzej bylo z subwayem, bo ten stawal na kazdej stacji po kilka minut, nikt nie wie z jakiego powodu.
A te nieplanowane postoje tylko powiekszaly moje opoznienie.
Postanowilam byc ZEN i na wszelki wypadek juz sobie wykombinowalam, ze wezme taksowke na te 6 ulic jakie mam pokonac do gabinetu. I wszystko byloby fajnie, tylko wolnej taksowki nie bylo.
No tak, godziny szczytu!!
A ja dotarlam na 15 minut przed 10ta, a to troche za malo na marsz w tym pieprzonym bucie i z laska, jak pisalam wczesniej pierwszy raz po operacji ta trasa zajela mi prawie 30 minut.
Czekac nie ma na co, stanie w miejscu nie zmniejsza odleglosci do gabinetu...
Niewiele myslac, odpalilam z tego buta jak Mis Yogi i ruszylam do boju!
Wymachujac laska zapierniczalam jak maly samochodzik, lewa, prawa, lewa, prawa... przy okazji musze Wam powiedziec, ze ten cholerny butek wazy pol kg, wiec to nie jest takie hop siup.
Dotarlam do gabinetu w rekordowym czasie 10 minut, na 5 minut przed 10ta juz wieszalam kurtke na wieszaku. I nawet sie przy tym nie zmeczylam co odkrylam ze zdziwieniem.
Kilka minut po 10tej juz siedzialam w gabinecie.
Za chwile przyszedl moj doktor:
-- Jak sie czuje moja ulubiona niebieskooka pacjentka?- przywital mnie jak zawsze zawieszajac wzrok na moich oczach.
-- Bardzo dobrze sie czuje. Doktorze to co zdejmujemy dzis tego buta? - zapytalam chociaz zapasowych butow nie przynioslam.
-- A co zaczyna Ci przeszkadzac?
-- No troche tak i ja mam impreze w sobote - wypalilam z grubej rury.
-- No to co? - zapytal z usmiechem.
-- A to, ze mam ochote sie napic.. a z tym butem troche.. no nie tak..
-- Napic sie? A wiesz, ze ja to nawet mialbym ochote teraz sie napic.
-- No coz, gdybym ja nie musiala isc do pracy i doktor nie mial pacjentek to sprawa bylaby do zalatwienia - odpowiedzialam bez namyslu.
Popatrzyl w moje papiery, popatrzyl na noge.
-- Nic Cie nie boli, nie masz zadnych problemow?
-- Nic nie boli, nie mam problemow, wszystko jest jak powinno byc.
-- Spuchnieta tez nie jest... poczekaj przysle pielegniarke zeby zrobila zdjecie i zobaczymy co sie da zrobic z ta sobotnia impreza.
Poszlam na zdjecie, za chwile juz pielegniarka wrzucila je na komputer.
Doktor wrocil, popatrzyl.
-- Wszystko jest w porzadku, ladnie sie goi.. W piatek mija piec tygodni od operacji to umowmy sie, ze w piatek masz ostatni dzien w bucie, a na sobotnia impreze mozesz zalozyc sneakersy.
Na to czekalam!!!!!!!
Mordzisko mi sie rozjarzylo usmiechem. Doktor dal mi bandaze zapobiegajace opuchliznie, bo od soboty juz sama bede sie opiekowac ta stopa i poszlam do pracy.
Tak wiec wszystko jest jak powinno byc, wedlug planu, mojego planu:)
A tak to ja bardzo lubie;)

Tuesday, February 7, 2012

Szczypta tatkowej madrosci

Dawno juz nie pisalam co u naszego Tatka sie dzieje, a jak wszyscy wiedza Tatek zaniemogl nam powaznie pod koniec listopada i nawet nam strachu napedzil, wiec raczej wypada napisac jak tez sie czuje "samotny starszy pan". Haha jak dobrze, ze Tatek nie zna polskiego bo gdyby zobaczyl te trzy slowa to jak mnie lubi tak by mnie chyba bardzo znielubil:))
Bo Tatek jak na Tatka przystalo jak tylko wyszedl ze szpitala (gdzies w polowie grudnia) tak zaczal intensywne zycie. Troche sie balam, ze smierc przyjaciela Jacka moze go zalamac, ale owszem smutno mu bylo do pogrzebu, po pogrzebie stwierdzil, ze jak sie z Jackiem spotka po drugiej stronie to przeciez musi miec mu co opowiadac i zabral sie za zbieranie materialow do tychze opowiesci.
Dzwonimy do Tatka w kazda niedziele, tak jak dawniej, chociaz czasem dostajemy przykaz dzwonienia w inny dzien bo Tatek wybywa na weekend do Kanady. Fakt, ze ma te Kanade za mostem, ale mimo wszystko zapytalam kiedys czy sam prowadzi samochod na te kanadyjskie wyprawy.
-- Nie, sam nie prowadze, bo nie ma potrzeby brac tyle samochodow, jade zwykle z Billem i Rose. Sam staram sie juz nie wybierac w dluzsze trasy, wystarczy, ze jezdze po miescie za swoimi potrzebami.
Na szczescie, pomyslalam, bo tych kanadyjskich wypraw bylo juz w ciagu dwoch miesiecy trzy, dwie jednodniowe i jedna na dwa dni z noclegiem gdzies u przyjaciol.
Zwyczaj jest taki, ze to my dzwonimy do niego, on do nas sporadycznie, wiec jak kiedys w sobote zadzwonil telefon i zobaczylam wyswietlone nazwisko Tatka, to najpierw zdebialam bo jest takie samo jak Wspanialego, ktory siedzial przy mnie, a potem mi serce przestalo bic, bo myslalam ze cos sie stalo.
Odebralam i co slysze?
-- Hej corcia, dobrze, ze jestes bo mam do Ciebie wazne pytanie.
-- Co sie stalo? - zapytalam niepewnie, ktora to niepewnosc Tatek bezblednie wyczul w moim glosie i zawolal:
-- Nic sie nie stalo, pytanie dotyczy gotowania. Mam jutro w planie pieczenie schabu z polewa pomaranczowa. Juz kiedys taki schab robilem uzywajac dzemu pomaranczowego i byl bardzo dobry, ale troche ten dzem rzadki. A ja mam jutro gosci i chcialbym zeby bylo super. Nie wiem co zrobic zeby to zagescic, czy moge dodac maki?
-- Gosci masz?!?!
-- No!! A co w tym dziwnego?
-- Nic w tym dziwnego, ale myslalam, ze jeszcze sobie troche odpuszczasz z intensywnym zyciem towarzyskim, a przynajmniej nie wysilasz sie na przyjecia w swoim domu gdzie musisz gotowac.
-- Eee to zaden wysilek, ja tylko gotuje. Goscie przychodza, zawsze ktoras z kobiet nakrywa i podaje do stolu, jak zjemy to goscie sprzataja, a ja przy okazji mam wystarczajaco jedzenia na nastepny dzien... ze juz nie wspomne, ze goscie przynosza deser - dodal rozbawiony.
Poradzilam mu w kwestii tego dzemu, Tatek jak widac tez sie zrobil kucharzem wytrawnym;)
I tak co tydzien jak dzwonimy to sie dowiadujemy, ze Tatek byl a to na koncercie, to znow w teatrze, to ze znajomymi przegral w karty pol nocy. Na szczescie juz sobie dal przetlumaczyc i po tych wyprawach karcianych nie wraca do domu, tylko zostaje na noc.
To znow przy kolejnej rozmowie jest sprawozdanie, ze gdzies obiad, kasyno, albo lunch z kolegami... Slowem Tatek zyje pelna piersia.
W ostatnia niedziele wlasnie zdal relacje z poprzedniego tygodnia i juz mial zaplanowane cztery wyjscia na obecny tydzien. Sluchalam, sluchalam i nie zdzeirzylam:
-- Ja pierdykam Ty to masz zycie!! Ty w ciagu miesiaca robisz wiecej niz my przez caly rok!
-- Corcia sie nie wscieka, to nie jest calkiem tak. Ja w Waszym wieku tez pracowalem i siedzialem na dupie, bo albo nie bylo urlopu, albo pieniedzy. A teraz to ja musze szybko gonic, bo w moim wieku jak sie nie ruszasz to cie pogrzebia. Widzisz co sie stalo z Jackiem? Przysiadl chlopina na moment, moze se chcial okulary przetrzec, albo kapcie zalozyc i juz lopata w dupe dostal. To ja musze zyc i to szybko.
I wiecie co? Bardzo mi sie podoba ta tatkowa filozofia.

Monday, February 6, 2012

Konczy mi sie...

... cierpliwosc.
W piatek minelo 4 tygodnie od operacji i chyba zaczynam miec dosc.
Wkurwia mie juz to stukanie butkiem, to powolne lazenie z laska, to ciagle wybudzanie sie w nocy, bo jak trzeba wstac, to mus buta zalozyc i czlowiek sie budzi, te kapiele na siedzaco kiedy czlowiek wie, ze sie zmoczyl, ale czy sie mial okazje umyc, to raczej watpliwe.
Do tego jeszcze pogoda jest tak piekna, ze serce mi peka, bo ja moge tylko posiedziec na tarasie. Dobrze, ze chociaz do pracy jade co drugi dzien. Ale znow jak jade, to wracam padnieta, bo jednak chodzenie po ulicach a chodzenie w mieszkaniu po rowniutkiej podlodze to roznica.
W srode (w ubieglym tygodniu) jak bylam u doktora to zapomnialam zapytac czy mam w te srode przyniesc ze soba sneakersy, on tez nic nie powiedzial i nie wiem czy mam w tym bucie pokutowac do konca moich dni?
Napisalam email z zapytaniem i co mi to dalo? Tez nic.
Bo na emaile odpowiada jakas cipciana, ktora na moje konkretne pytanie "czy w srode mam przyniesc na wizyte sneakersy?" odpisala "jeszcze jeden tydzien w bucie".
Bodajbys sie w trumnie zesrala!!!
Jeszcze jeden tydzien w bucie nic mi nie mowi, bo nie wiem ktory tydzien ta cipa ma na mysli.
Wspanialy doradzil, zebym jednak na wszelki wypadek w srode zabrala te sneakersy ze soba.
Niby rozsadne myslenie, ale sneakersy nie zmieszcza mi sie w torbie, wiec musze je zapakowac osobno i bede miala dodatkowy bagaz, na co ja akurat nie mam wystarczajaco rak, bo przeciez popierdalam z laseczka. W sumie jak juz wytrwalam tyle, to jeden dzien tez mnie nie zbawi, a jak zamienie buty w domu, to nie bede musiala uzerac sie z dodatkowym torbiszczem.
No i szlag mnie trafia.
Wrrrrrrrrrrrrrrrrr............
I niby wiem, ze od poczatku doktor mowil, ze tego buta bede miala cztery do szesciu tygodni, ale ja sobie chyba gdzies w podswiadomosci zakodowalam cztery i kazdy dzien dluzej zaczyna mi prostowac zwoje mozgowe.
A noga zachowuje sie normalnie, czyli puchnie minimalnie, ale przeciez ja juz nie leze calymi dniami jak poprzednio i lodem tez okladam 2-3 razy dziennie tylko, wiec nie jest zle.
Palcami ruszam i nic nie boli, w nocy czasem budze sie bo czuje, ze przez sen rozprostowalam cala stope jak kura:) I tez nie boli ani trzaskow przy tym zadnych nie slysze, wiec chyba nic nie polamalam.
Slowem na moj gust, jestem gotowa zalozyc te sneakersy i zaczac normalnie zyc.
Szkoda tylko, ze moj gust sie tu niewiele liczy.
I tak to....

Przy okazji, poki pamietam..
Wkladka w mojej torbie sprawdza sie na medal.
Nareszcie wiem, gdzie mam okulary do czytania, gdzie sloneczne, gdzie krem do rak, gdzie portfel, blyszczek do ust, klucze i inne duperele.
Wiem to wszystko, wkladam reke i wyciagam dokladnie to co chcialam wyciagnac, bez wyrzucania wszystkiego na podloge.
Alleluja!!!

Sunday, February 5, 2012

To se pogadali...

Potomkostwo przybylo z wizyta, bo stara, chora matke nalezy wizytowac.
Nie wiem skad im sie wziely takie poglady, ale nie bede dociekac:) Natomiast skoro sie juz zapowiedzieli to poprosilam, zeby po drodze kupili to i owo.
Kupili, przyniesli.
W trakcie wizyty przypomnialam sobie, ze nalezy Potomkowi oddac te dwie dychy co je wydal byl na zakup tego i owego, wiec siegnelam do porfela i bez slowa podalam mu banknot.
-- A co to? - zainteresowal sie Wspanialy.
-- Zesz w morde jeza, Ty powinienes byc policjantem. Co to? Co to? Dwie dychy.
Wspanialy wyciagnal reke w moja strone:
-- Ja tez chce.
-- Ale przeciez Tobie juz dalam w tym tygodniu - odpowiedzialam rezolutnie majac na mysli rowniez dwie dychy, ktore oddalam mu za wplacenie na moja karte przejazdow, bo jak dokonywalam transakcji to nie chcialo mi sie wyjmowac portfela.
-- Jak to dalas mi? Nic nie pamietam, czyzby mnie przy tym nie bylo - powiedzial z markotna mina Wspanialy.
-- No wiesz! Jak mozesz? Tak przy dzieciach! - zawolalam.
-- Mamo! Uspokoj sie! - wtracil Potomek.
-- Przy jakich dzieciach, to raz, a dwa to nie moja wina, ze macie nieczyste mysli. Czy ja powiedzialam cos niestosownego? - kontynuowal z blyskiem w oku Wspanialy.
-- Kurde! Wy to jestescie naprawde malzenstwo made in heaven (dobrane w niebie) - machnal reka zrezygnowany Potomek
-- Heaven?! - zawolalismy jednoczesnie ze Wspanialym.
Tylko Potomkowa milczaco zwisala z kanapy trzymajac sie za brzuch i lapiac powietrze jak ryba.
A po czesci artystycznej panowie poszli grillowac zarelko dla pan.
I tak powinno byc, chlop ma przywlec do domu mamuta, oprawic, wzniecic palenisko i sporzadzic jadlo.
Baba w tym czasie ma lezec i pachniec, to moze nawet bedzie chciala dac.
Tylko nie pytajcie co, bo to nie moja wina, ze macie kudlate mysli;)

Thursday, February 2, 2012

Men are useless

Pisalam o rozterce z prezentem na urodziny klientki? Pisalam;)
Poniewaz trudno bylo mi sie zdecydowac co ewentualnie byloby trafnym wyborem z listy, ktora skompletowalam postanowilam napisac do jej meza.
Wyslalm mu liste 12 mozliwosci i poprosilam, zeby poradzil co jego zdaniem najbardziej ucieszy jubilatke. W odpowiedzi napisal, ze wszystkie moje propozycje sa bardzo interesujace, ale jemu sie najbardziej podoba Pokaz Magika w hotelu Waldorf Astoria.
Naprawde?
Ja pierdole, Marc to nie Twoja 8-letnia corka, tylko zona ma dostac ten prezent.
Podziekowalam grzecznie za porade i postanowilam, jak zawsze wziac sprawy w swoje rece.
Alice przychodzi do mnie co tydzien, bo przed impreza robimy serie specjalnych zabiegow odmladzajacyh, wiec mam okazje pogadac czesciej niz zwykle.
I pogadalam, przesluchalam "na okolicznosc" jej samopoczucia w momencie wchodzenia w "powazny" wiek i zebralam moje wlasne obserwacje, wyciagnelam wnioski i postanowilam, ze jednak taniec na rurze.
Znalazlam dodatkowo dwa prywatne studia, ktore prowadza tego typu zajecia.
Wczoraj wieczorem Wspanialy zapytal czy juz zamowilam prezent.
-- Nie zamowilam, bo wlasnie dzis byla u mnie Alice i potrzebowalam jeszcze tej rozmowy dla upewnienia sie w decyzji.
-- Jak to? Przeciez Marc napisal, ze on radzi pokaz magii.
-- Kochanie, na pokaz magii to wyslemy Marca jak przyjdzie pora na prezent dla niego. Alice dostanie to co pozwoli jej mimo wieku (hahaha jakiz to wiek?) poczuc sie mlodo, seksownie i podniesie jej poczucie wartosci. Slowem wyzwoli kobiete w kobiecie!
-- Yyyy... mnie tam wszystko jedno, ale co to ma w takim razie byc?
-- Lekcja tanca na rurze - wypalilam.
-- A jestes pewna, ze ona bedzie zadowolona? A co zlego jest z pokazem magii?
-- Pokaz magii jest dobry dla malej Olivii, albo kobiety w wieku naszej E, ale nie dla Alice, ktora wchodzi w wiek kiedy kobieta nareszcie moze zyc pelnia zycia.
Patrzyl na mnie dziwnie, wiec zrobilam wyklad jak to kobieta pomimo, ze kochana i spelniona w malzenstwie potrzebuje odnalezc sama w sobie to cos, co utwierdza ja w przekonaniu, ze mimo wejscia w kolejna dziesiatke zycia jest ciagle ta sama kobieta.
-- Nie wiem czy rozumiem o czym mowisz, ale niech tak bedzie.
-- No i dobrze, bo nie musisz wiedziec, ani rozumiec, Ty jestes z Marsa - dodalam ze smiechem.
Dzis ograniczylam moj wybor do dwoch najbardziej moim zdaniem odpowiednich miejsc, gdzie moglabym ja wyslac, wiedzac, ze jest to studio wysokiej klasy. Przejrzalam ich strony internetowe, lokalizacja obu jest bez zarzutu, oba miejsca maja doskonale opinie klientow, zadzwonilam zostawilam wiadomosc, rowniez do kazdego z nich napisalam email i czekam na odpowiedz.
Oczywiscie wybiore lepsza oferte, ale po cichu mam faworyta. Jest to studio, ktore prowadzi prywatne lekcje tanca rowniez dla mlodych par przed slubem. To studio poleca rozne tance, wiec jakby co to Alice moze sobie wybrac co jej bardziej pasuje.
To drugie studio specjalizuje sie tylko i wylacznie na lekcjach tanca na rurze, wiec nie ma szansy na zamiane, ale z kolei prowadza tez indywidualne lekcje, co moze byc bardziej interesujace niz zajecia w grupie.
Wspanialy, ktory dzis pracuje w domu, glownie okupuje telefon w pewnym momencie miedzy jedna a druga konferencja zapytal:
-- A moze w takim razie wybralybyscie sie razem na te lekcje tanca?
Zamiast odpowiedzi pokiwalam glowa z politowaniem.
Jednak mezczyzni nic nie rozumieja i ciagle mysla, ze nasze zycie skupia sie wokol nich.
Nie dociera, ze takie rzeczy kobieta moze robic dla siebie, ze to nie ma nic wspolnego z tancem godowym, a bardzo wiele z wlasnym samopoczuciem...
No coz swiat w tej dziedzinie jakos dziwnie stoi w miejscu;))

Wednesday, February 1, 2012

Zegarmistrz potrzebny

Dawno temu kiedy jeszcze bylam piekna i mloda, to lubilam sobie dluzej pospac, bywalo, ze ciezko mnie bylo dobudzic, a juz jak bylam sama odpowiedzialna za budzenie to i czesto dwa budziki nie pomagaly.
Lubilam tez powylegiwac sie w lozku juz po obudzeniu i potrafilam lezec i przedluzac czas wstawania do granic ostatecznosci. To wszystko zmienilo sie z wiekiem.
Jakos od pewnego czasu, nie potrafie okreslic jak dlugo, ale wiem, ze juz nie lubie wylegiwania sie, wrecz przeciwnie, jak juz nie spie, musze wstac, bo mnie szlag trafia, cholera bierze, wszystko boli i po prostu musze, bez wzgledu na godzine jaka wskazuje zegar.
Wiec wstaje, co nie znaczy, ze jestem rozbudzona i wiem o co chodzi, lub nawet kim jestem. Ta swiadomosc przychodzi w ciagu ok. 2 godzin pozniej.
Bywalo, ze w takim nieprzytomnym stanie szlam do kuchni i bralam sie (z roznym skutkiem) za robienie kawy. Czasem robilam kawe bez kawy i dziwilam sie skad w dzbanku sama woda. Raz nawet zrobilam kawe, ale nie podstawilam dzbanka i kawa owszem byla, ale na kuchennym pulpicie, podlodze i w przydroznych szufladach. Zdarzalo mi sie do kawy dodac soku zamiast mleka, bo ktos postawil sok w miejscu gdzie POWINNO byc mleko, a ja nie bylam na tyle przytomna zeby zauwazyc roznice pojemnika.
Te wszystkie problemy skoczyly sie w momencie kiedy w moim krolestwie zamieszkal Wspanialy:) Teraz on,
poniewaz wstaje wczesniej jest odpowiedzialny za kawowa produkcje, a ze sam do skowronkow nie nalezy to przygotowuje wszystko wieczorem, ustawia czas i budzi sie w momencie kiedy dzbanek-termos jest juz wypelniony boskim napojem.
Tak tez robimy w weekendy, bo jak przez przypadek zapomni nam sie przygotowc, to jakos dziwnie nikt nie chce pierwszy zejsc do pionu, zeby sie zabrac za te upierdliwa robote.
W sumie najlepszym rozwiazaniem bylby jakis kran,  z ktorego plynelaby o kazdej porze dnia i nocy kawa, to byloby naprawde super rozwiazanie dla kawoszy naszego rodzaju. Podchodzi sobie czlowiek do kranu kiedy mu tylko w duszy zagra i ma gotowa kawe... ech marzenia, a poki co trzeba to samemu przygotowac.
A tymczasem przez te stopowa rekonwalescencje cos mi sie znow w organizmie poprzestawialo.
Po pierwsze nigdy nie wiem jaki jest dzien tygodnia, ale to chyba zrozumiale, skoro pracuje co drugi dzien, a taki rozklad jazdy wyrzuca czlowieka z normalnego rytmu.
Po drugie budze sie o roznych porach nocy i musze wstac.
Najczesciej budzi mnie potrzeba przyziemnie fizjologiczna, czyli lazienka, lub potrzeba rozprostowania nogi, bo spie za dlugo w tej samej pozycji, ale jak czlowiek ma tylko dwie pozycje do wyboru, to nie dziwota. Zwlaszcza jesli czlowiek jak ja potrafi spac w poprzek lozka, budzi sie ze stopami na poduszce a glowa w nogach. Nie za czesto, ale jeszcze mi sie takie wedrowki zdarzaja. A teraz jestem uziemiona i praktycznie moge spac na bokach, lub na wznak, ale nie moge sie za wiele krecic bo mam ciagle swiadomosc tej stopy i zeby jej krzywdy zadnej nie uczynic.
Skutkiem tego jest uczucie odretwienia, ktore mnie budzi.
Zazwyczaj dzieje sie to miedzy 1:30 i 1:40 a najczesciej powtarza sie 1:37:))
Siadam, zakladam but i wybieram sie na obchod chalupy:) Wspanialy nie reaguje, bo on nawet na czolg w sypialni by nie zareagowal, wracam do lozka zwykle po 20-30 minutach i spie dalej.
Ale rano mimo tego nocnego obchodu budze sie razem ze Wspanialym czyli o 4:30 lub najpozniej 5tej i moze nie jestem w pelni gotowa do zycia, ale mam juz dosc.
Niespotykane!!
Pewnie dzieje sie tak, bo w ciagu dnia mam czas na drzemki i wykorzystuje ten czas, nawet jak ide do pracy to tak sobie ustawiam grafik, ze zawsze mam zaplanowana godzine na drzemke. Ciekawa jestem jak to bedzie jak zycie wroci do normy. Przestawienie sie moze byc bolesne, ale poki co staram sie o tym nie myslec w mysl zasady, ze co ma byc to bedzie.
Innym zupelnie niezrozumialym skutkiem ubocznym jest fakt, ze przez te 4 tygodnie od operacji stracilam na wadze cale dwa kg.
Tego juz zupelnie nie rozumiem, bo to wbrew wszelkim zasadom dietetycznym:)
Wiadomo, ze ruszam sie zdecydowanie mniej i dodatkowo mam wiecej czasu zeby jesc. Owszem staram sie jesc madrze, ale bez przesady, ktos nawet te nieudane doughnuts przeciez pozarl;)
Widzialam tez stope i wiem, ze jest cala i owszem wycieto mi tam jakis skrawek kosci, ale nie mogl on wazyc 2kg.
Tak czy inaczej podejrzewam, ze po tym okresie lenistwa bedzie mi potrzebny jakis zegarmistrz od zegarow biologicznych, przeciez nie moge sie szwedac po nocach do konca moich dni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...