Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Friday, February 17, 2017

Ostatnie dni zycia pewnego koguta

Klarka popelnila taki post.
Wszyscy znaja i czytaja Klarke, polecac nie trzeba, ale skoro moja notka jest inspirowana przez Klarke, to bardzo prosze, kto jeszcze nie czytal, niech tam szybko pobiegnie.

Bylo to lekko ponad 40 lat temu, w czasie glebokiego PRL-u i w czasie mojego pierwszego, w przeciwienstwie do glebi PRL-u plytkiego malzenstwa.
Na poczatku lata wybralismy sie z Menzowatym odwiedzic jego ciotke zamieszkala na wsi, gdzies w okolicach Jedrzejowa. Spedzilismy z ciotka (swieza wdowa) caly tydzien glownie pomagajac jej w zalatwianiu spraw urzedowych po smierci meza.
W poniedzialek skoro swit mielismy wracac do domu. Tak nam sie szczesliwie trafilo, ze do naszych rodzinnych Kielc (tak wiem, tam pizdzi, zawsze pizdzilo i dzis pewnie tez pizdzi) jechal ktos z mieszkancow wioski i wyrazil chec porzucenia nas do domu. Ucieszylismy sie jak nie wiem co, bo taka przyjemnosc nie trafiala sie w tamtych czasach czesto, a wracanie autobusem, czy tez pociagiem jest o wiele mniej przyjemne.
I tak pobudka odbyla sie skoro switanie, bo umowiony Laskawca mial sie stawic pod domem ciotki o godzinie cos ok. 5tej tak mi sie przynajmniej teraz wydaje, bo nie powiem, ze pamietam na 100%.

Tak czy inaczej w pospiechu pakowania ostatnich rzeczy, jedzenia czegos na szybko, bo ja akurat bylam swiezo zaciazona i bez wrzucenia czegos na pusty zoladek meczyly mnie okrutnie odruchy wymiotne.
W ostatniej chwili jak juz siedzielismy w samochodzie to ciotka wreczyla Menzowatemu cos Pierzastego. Pierzaste bylo nieznanej nam blizej plci, ale za to zywe.
-- Kryste, ale po co nam to?!! - zawolalam z przerazeniem.
-- Na rosol - odpowiedziala szybko ciotka i zatrzasnela nam drzwi samochodu przed szeroko otwartymi ze zdziwienia koparami.
Kierowca docisnal na gaz i pojechalismy.
Pierzaste siedzialo, a w zasadzie to bylo sila trzymane pod pacha Menzowatego, ktory mial za zadanie Pierzaste trzymac jak najmocniej aby nie zaczelo fruwac w samochodzie co mogloby sie zakonczyc wypadkiem drogowym, ale nie na tyle mocno zeby zostalo uduszone. Pierzaste mialo dojechac do samych Kielc zywe, przeciez nikt nie je rosolu z padliny.
I dojechalo, jak najbardziej zywe, jeno ciezko wystraszone co sie ujawnilo zafajtanymi spodniami Menzowatego.

Mieszkalismy na najwyzszym, 10tym pietrze, mieszkanie dwupokojowe jak to sie dawniej mowilo, oczywiscie z lazienka i nawet balkonem. Jeszcze w drodze ustalilismy, ze najbezpieczniejszym miejscem do przechowania Pierzastego  bedzie lazienka, balkon odpadl, bo zadne z nas nie wiedzialo czy Pierzaste nie cierpi aby na lek przestrzeni, co mogloby spowodowac dodatkowe tortury.
Wystarczy, ze Pierzaste bylo z gory skazane na smierc, a wiec ostatnie dni zycia w/g wtedy jeszcze nie bardzo znanej i nie rozpowszechnionej ekologii powinno Pierzaste spedzic w spokoju a nawet szczesciu.
Nie znam sie, ale wychodzi na to, ze szczesliwi latwiej umieraja.

Wsadzilismy wiec Pierzaste do lazienki zostawiajac zapalone swiatlo, zeby Pierzaste moglo oswoic sie z nowym otoczeniem. Oczywiscie sprawdzilam, zeby klapa sraczyka byla zamknieta bo pamietalam jak mojej kuzynce lata wczesniej utopil sie krolik w sraczu. A biedny krolik mial byc domowa maskotka i tak mu sie marnie zeszlo z tego padola.
Pierzaste na poczatek siedzialo cicho i nie rozrabialo.
A my zaczelismy rozmawiac na temat wykonania wyroku.
Menzowaty stwierdzil, ze jest gotowy zabic Pierzaste pod warunkiem, ze ja zrobie cala reszte a wiec skubanie z pierza, patrosznie i te inne wielce nieprzyjemne obrzadki.
Widzialam wielokrotnie jak robily to Babcia i Mama wiec przystalam na taki uklad co przypieczetowalam oswiadczeniem:
-- Jak Ty zabijesz, to ja oczywiscie zrobie reszte. 
Bogowie tylko wiedza jak bardzo sie balam tych slow, ale tez po cichu liczylam, ze Menzowaty nie bedzie w stanie zabic Pierzastego.
Okolo poludnia doszlismy do wniosku, ze trzeba Pierzaste nakarmic, bo nie przystoi zeby Pierzaste umarlo z glodu, w koncu to tez bylaby zdechlizna, a zdechle podobnie jak uduszone czy tez utopione nie nadawa sie na rosol. Pierwszy miejski posilek w postaci pokruszonego chleba dostalo Pierzaste w jakiejs misce.

Wszystko niby bylo bez zmian, tylko korzystnie z lazienki troche dziwne. No bo nagle sa oczy, ktore na czlowieka patrza jak sie rozbiera. A juz nie daj buk jak czlowiek siada na tronie w wiadomym celu, a tu stoi takie Pierzaste i patrzy, lebek przechyla i sie przyglada z taka wnikliwoscia jak by sie samo chcialo nauczyc.
W sumie szkoda, ze sie nie nauczylo tylko sralo gdzie popadnie, na roznych wysokosciach.
Juz tego pierwszego dnia ewakuowalam wszystkie moje kosmetyki z lazienki do sypialni, przy czym oznajmilam Menzowatemu, ze to on jest odpowiedzialny za sprzatanie odchodow Pierzastego, bo to on zgodzil sie wykonac wyrok smierci.
Przeciez ja nie moge oskubac i wypatroszyc ciagle zywego Pierzastego.
Logika zwyciezyla i do walki z kupami zostal oddelegowany Mezowaty.
Dwa dni pozniej okazalo to sluszna decyzja, bo podejrzalam, ze Mezowaty wracajac z pracy przynosi Pierzastemu garstke trawy z okolicznego trawnika. Oczywiscie miseczka z woda juz zostala ustawiona miedzy sraczykiem a wanna.
Nie powiem symbioza miedzy nami a Pierzastym kwitla, Pierzaste tylko od czasu do czasu wydawalo jakies dziwne odglosy, ale nie budzilo nas glosnym pianiem, bo profilaktycznie na noc gasilismy swiatlo.
Owszem istnialo zagrozenie, ze po ciemku Pierzaste nie wyrobi i pierdolnie gdzies lbem skutkiem czego moze zginac smiercia samobojcza a to tez nalezy do kategorii "zdechlak nie nadajacy sie na rosol".
Niestety tego ryzyka nie moglismy w zaden sposob wyeliminowac.
Po dwoch dniach stwierdzilismy, ze skoro Pierzaste mimo karmienia nie znioslo jeszcze zadnego jajka to znaczy, ze Pierzaste jest kogutem, co akurat nic juz nie zmienilo, bo ksywka "pierzaste" przylgnela jak rekawiczka do dloni.
Przyznam, ze nawet siedzac na tronie glaskalam Pierzaste, w zamian za to Pierzaste nie wskakiwalo mi na leb w przekonaniu, ze wlasnie znalazlo gniazdo. A moze koguty nie potrzebuja gniazda?
Nie wiem, ciagle sie na tym nie znam.
Zazylosc miedzy Pierzastym a Menzowatym byla jeszcze glebsza, bo Menzowaty przyznal sie, ze w czasie posiedzen na tronie Pierzaste spoczywa na jego kolanach.

Tak minal tydzien i wiadomo bylo, ze jak Pierzaste przezyje weekend to automatycznie przedluzamy mu zycie na nastepny tydzien, bo cala akcja pozbawiania zycia, skubania, patroszenia i gotowania rosolu to operacja na dwa dni.
W sobote wstalam wiec w bojowym nastroju i tuz po sniadaniu przypomnialam Mezowatemu, ze to on ma wykonac pierwszy etap spisku na zycie Pierzastego.
--... albo dzis albo nigdy!! - zakonczylam mocnym wydawalo mi sie akcentem.
Mezowaty zamarl, po chwili wstal, bez slowa poszedl do kuchni, naostrzyl i tak juz ostry ale za to najwiekszy noz i tylko zerkajac w moja strone udal sie bez slowa do lazienki.
Ratujcie mnie wszyscy swieci!!!!!!!!!!!!!!
Nogi odmowily mi posluszenstwa, nie moglam wstac, wiec siedzialam przy tym po-sniadaniowym stole ocierajac pot z czola. Serce o malo nie wyskoczylo mi z piersi.
A w glowie klebilo sie "teraz juz nie ma odwolania..... jak ja to Pierzaste bede skubac z pierza... oj trzeba zagotowac gar wody... a potem te wszystkie flakiiii...."
W tym momencie nie wytrzymalam i z braku dostepu do lazienki polecialam do kuchennego zlewu rzygac.
Po czym osiadlam a raczej klapnelam resztkami sil na kanapie i czekalam....
Czekanie jest najgorsze........ ale to wszyscy wiemy.
Minelo pierwsze 5 potem nastepne 5 minut a Mezowaty ciagle w lazience i cisza....
Cisza.... jak makiem zasial........
Podeszlam po cichutku, przystawialm ucho do drzwi lazienki... nic szczegolnego nie slysze ot jakby jakies szepty a raczej szum glosu...

Powoli zaczelam otwierac drzwi zerkajac przez powiekszajaca sie szpare....
Az moim oczom ukazal sie taki widok.
Oto Menzowaty siedzial na wierzchu zamknietego sracza, Pierzaste na kolanach, noz na podlodze obok i Menzowaty gaworzacy cos do Pierzastego...
-- Rozumiem - podsumowalam zanim zaczal wyjasniac.
-- Tylko co teraz? Przeciez nie bedziemy mieszkac z Pierzastym przez reszte zycia. 
-- Zawieziemy Pierzaste do Twojej mamy i niech oni sobie z tym radza, a my tylko przyjedziemy jutro na obiad - wpadl na genialny pomysl Menzowaty.
-- Ooo NIE!!! - zawolalam jak tylko szybko i glosno moglam.
Juz widzialam oczami wyobrazni "szczescie"  malujace sie na twarzy mojej mamy a zaraz potem jej slowa "to wiesz coruniu ja ci pomoge, ale tak naprawde to ty musisz sie nauczyc jak to robic".
Nie, nie, nie!!! Wszystko tylko nie to!!!
Raczej bylam gotowa zostac wegetarianka niz uczyc sie jak to robic.
-- O nie moj drogi, Pierzaste pochodzi z Twojej rodziny i tam go zawieziemy!!! - podsumowalam dla pewnosci tonem nie znoszacym sprzeciwu.
I tak tez zrobilismy.
Tesciowie mieszkali (a nawet ponoc byli wspolwascicielami) starej kamienicy. Ich "rezydencja" byla na najwyzszym drugim pietrze a w podworku mieli tez jakas gospodarska drewutnie, gdzie dziadek tworzyl czasem rozne meble. Mieszkala z nimi siostra tesciowej, ktora nigdy nie wyszla za maz i tak na zdrowy rozsadek to zawsze uwazalam, ze oboje wykorzystuja biedna ciotke Wande do wszelkich prac. Poczawszy lata wczesniej od zajmowania sie trojka synow, po gotowanie, zakupy i wszelakie prace domowe.
Ale tak sobie biedna Wanda pozwolila i tak na niej jezdzili.
Poszlismy z Pierzastym na gore i prosto do kuchni, gdzie siedzialy tesciowa i ciotka Wanda.
Menzowaty zdal relacje z pochodzenia Pierzastego i wyluszczyl cel naszej wizyty.
-- Co z Ciebie za chlop jak koguta zabic nie potrafisz??!!! - zawolala ciotka Wanda lapiac zgrabnie Pierzaste za obie nogi.
W tym momencie mialam wrazenie, ze Pierzaste wie co go czeka, bo nagle z potulnego stworzenia jakie zylo z nami pod jednym dachem przez cale 5 dni przerodzil sie w demona walki trzepoczac skrzydlami i rzucajac sie na wszystkie strony.
Tyle zapamietalam i zanim przerobilam te scene w mojej swiadomosci to juz ukazala mi sie nowa....
Do kuchni weszla ciotka Wanda trzymajac tym razem spokojne juz Pierzaste jak poprzednio za dwie nogi, ale z wiszacym do dolu lbem ociekajacym krwia.

Ledwie wyrobilam zakret to lazienki zeby nie zarzygac calej kuchni i oczywiscie....
Nigdy nie przyjechalismy na tamten obiad....



49 comments:

  1. Ja żadnego pierzastego nie ukatrupiłam, ale dla mojej mamy to nie był żaden problem. Opowieść super, trzymająca w napięciu.To były czasy!

    ReplyDelete
    Replies
    1. U nas zabijaniem zajmowal sie Tato, szczerze tego nienawidzil, ale takie niestety byly czasy. Kupowalo sie na targu zywe kury i koguty, ktore trzeba bylo pozbawic zycia w domu.
      Ojcu chyba mimo wszystko latwiej to przychodzilo, bo sie wychowal na wsi. Moja mama byla ta "miastowa" wiec zajmowala sie tylko oporzadzaniem juz ubitego wczesniej kuraka. Ale to byla straszna robota z tego co pamietam, nie dosc, ze brudna i obrzydliwa to i smierdzaca:)))

      Delete
  2. Replies
    1. Takie byly czasy i w sumie kazdy przez to doswiadczenie w mniejszym lub wiekszym stopniu przechodzil. Ja mam tutaj w bliskiej okolicy sklep muzulmanski gdzie robia uboj na miejscu, z tym, ze oni rowniez na miejscu czyszcza i czlowiek kupuje juz czyste mieso. Nie mam pojecia jak to sie ma cenowo w porownaniu, wiem, ze mozesz wskazac ktore chcesz zwierzatko i to ci akurat na zamowienie usmierca.
      Sklep jest w takim miejscu, ze nie przeszkadza perfumeria zapachow nikomu, uboj jest metodami halal, na czym oczywiscie sie nie znam, ale jak ktos chce swieze mieso to na pewno tam moze kupic najswiezsze.

      Delete
    2. Halal znaczy ze trzeba zarznac, gardlo poderznac zeby sie wykrwawilo. Bleeeee...

      Delete
    3. Wiem, ale w sumie to kazde zabijanie jest bleee... Koszerne tez sie chyba ma wykrwawic, ale tak serio to Zydzi i Muzulmanie maja wiecej wspolnego niz chca sie do tego przyznac:))

      Delete
    4. Zabijam.
      Już jako średnie dziecko chodziłam do sąsiadów zabijać.
      Karpie na święta.
      Oni (somsiedzi), choć po mordzie lubieli se dać, to karpia ubić jakoś nie potrafili.
      I tak przez dziesięciolecia tak się to ciągnie.
      Ciężko w tej sytuacji nabrać dystansu.
      Wypracowałam sobie technikę, która jest błyskawiczna i nie paskudzi kuchni. Żadne tam głuszenie młotkiem.
      Jedno cięcie nożem i po krzyku.
      Może wydawać się to okrutne, ale wolę to zrobić sama, szybko i w miarę bezboleśnie niż kupować śnięte lub w inny sposób umęczone.
      Zawsze żegnam się z tymi rybami.
      Innego zwierzaka bym nie potrafiła...

      Delete
    5. Iza, przyznam, ze siedze z otwarta geba i nie wiem co napisac.
      Wiec tylko ogranicze sie do oddania szacunku za odwage do przyznania sie do tego publicznie.
      W koncu jak pisalam nizej to nie wazne kto zabija, wazne, ze wszyscy z tego korzystamy, bo nawet ci co nie jedza miesa to jednak nie maja oporow przed butami czy torebkami ze skory.

      Delete
    6. Wiem, że dziecko zabijające rybę to niezbyt miły widok lecz dzieci czasem widzą to inaczej.
      Często są okrutne nie widząc w tym nic szczególnego.
      W innych kulturach zabijanie dla jedzenia jest integralną częścią życia i nikogo to nie dziwi.
      Nasza ucywilizowana społeczność woli gotowe filety zapominając o żyjących zwierzętach.
      Konformizm górą.

      Delete
    7. Zgadzam sie, po prostu tak jest latwiej wyprzec niewygodna prawde. Tylko wyparcie niestety nie powoduje, ze prawda znika, ona ciagle jest, tyle, ze my sie do niej nie przyznajemy.
      Zabijanie dla jedzenia jest powszechne i trzeba sobie z tego zdawac sprawe.
      Pamietam jak wiele lat temu "zabawilam" sie w wegetarianizm. Nie jadlam miesa przez cale 10 miesiecy. W tamtym czasie moj syn mieszkajacy ze mna wciaz jadl mieso i czesto musialam mu je przygotowac. Za kazdym razem gdy mialam na desce kuchennej kawalek miesa czy kurczaka widzialam zwloki.
      Bylo to bardzo dziwne uczucie, a jednak musialam to zrobic, przygotowac mu obiad z tego co on chcial mimo, ze sama opychalam sie warzywami.
      Poddalam sie w Thanksgiving:)))

      Delete
    8. Też mówię, konformizm.
      Czasem nieuświadomiony ale jest.
      Wolę zatem iść po prostej i powiedzieć: TAK zabijam i każdy pośrednio też to robi.

      Delete
    9. Dlatego wlasnie Cie podziwiam, bo wiem, ze to nie jest latwe.
      Duzo latwiej jest wypierac.
      Moglabys np. powiedziec, ze te karpie sa jedynym zrodlem bialka, albo jeszcze lepiej, ze one Cie napadaja i zabijasz w obronie wlasnego zycia:)))
      Wiem pitole bez sensu, ale do tego sie to w sumie sprowadza.
      Kazdy z nas ma tysiace powodow dla uzasadnienia takich a nie innych zachowan. I w tym przypadku wszyscy jestesmy winni wybielania siebie.

      Delete
    10. Dobre z tym napadajomwym karpiem,:)
      to jak z reklamy w TV.
      Reszta to życie. tu i teraz
      .

      Delete
    11. Udalo mi sie z tym karpiem, bo reklamy nie widzialam, nie mam mozliwosci. A karpia to tu jedza chyba tylko Zydzi i polscy katolicy. Nigdy nie spotkalam karpia w sklepach rybnych w mojej okolicy, ale tu malo tak Polakow jak i Zydow.

      Delete
    12. Reklamy nie widziałaś, bo takiej nie ma, ale mogłaby być.
      A karpia uwielbiam w każdej postaci: w panierce smażonego na maśle, w galarecie, w zupie rybnej.
      Narobiłam Ci smaka?

      Delete
    13. Nie narobilas mi smaka, bo ja nigdy karpia nie lubilam. W moim rodzinnym domu byl oboz dorsza (ja i Tato) oraz oboz karpia (mama i starszy brat, nie pamietam do ktorego obozu nalezal mlodszy brat). Tak ze w Wigilie oni mieli karpia a my filety z dorsza.
      Brat do dzis robi karpia w galarecie na Wigilie, ale na szczescie z powodow odleglosci nigdy nie swietujemy razem. U mnie natomiast w Wigilie je sie wloskie cioppino czyli cos jak gulasz ze wszystkich owocow morza w tym kawalek ryby, najczesciej jest to dorsz lub fladra.

      Delete
  3. A w ogole to tak, wiem, takie czasy byly i juz. Ale jak niedawno calkiem bvlo jakies cztery lata temu czy cos, bylam na Krecie to wstapilam do sklepiku ze zwierzatkami. W klatkach byly kury, kaczki, kurki, kaczuszki i kurczaczki i kaczuszunie zolciutkie i kurczaczeczki malutkie... Sie kupowalo na sztuki. Widzialam. Chyba nie na hodowle sie kupowalo bo to w miescie bylo... Ja sie troche uodpornilam na widok zdechlych ptakow, koty mam co to mi do domu czasami przynosza rozne takie zdobycze. Ale zabic to bym nie zabila. W zyciu.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Czlowiek potrafi sie uodpornic na wszystko.
      Ja bym akurat umarla gdyby mi kot przyniosl zdechlizne do domu, ale rozumiem, ze posiadacze kotow sie z tego ciesza.

      Delete
  4. Kanibale jedne!
    Ja nie tylko bym nie ubila, ale nawet ubitego bym nie oskubala. Ja w ogole dlugo brzydzilam sie wziac kawalek miesa do reki. O drobiu nie wspomne, bo to zawsze przypominalo mi odglowionego noworodka. Jestem ksiazkowym przykladem mieszczucha i pewnie predzej umarlabym z glodu i pozwolila umrzec najblizszym, niz zabilabym zywe.

    ReplyDelete
    Replies
    1. No kanibale wstretne!!!
      A to co kupujesz w sklepie to nie zostalo aby wczesniej zabite?:)))
      Ja tez bym nie zabila, ale zdaje sobie sprawe z faktu, ze ktos zabil dla mnie zebym mogla pozrec.
      Koty tez znosza zdechlizne do domu i to jest fajnie, bo to prezent, prawda?
      Wszystko jest wzgledne Pantero i zalezy od punktu siedzenia.

      Delete
    2. Moje niewychodzace koty na szczescie nie przynosza mi zdechliny dodom. :)
      Mam swiadomosc, ze to, co zre, wczesniej zostalo przez kogos ubite. Wypieram to jednak z siebie z uporem godnym lepszej sprawy, ale z roku na rok ograniczam spozywanie miesa. Calkiem zrezygnowac z niego jeszcze nie jestem w stanie, ale kto wie...
      Dotad czego oczy nie widzialy... wiec zarlam mieso bez specjalnych wyrzutow na sumieniu, ale w internetach wciaz pokazuja, jak niegodnie traktuje sie zwierzeta rzezne, co rzezbi moja swiadomosc i zapewne poskutkuje kiedys calkowita rezygnacja z miesa. Tylko co z rybami? One tez czuja, a ja je tak lubie. No i zdrowe sa.

      Delete
    3. Tak, zasada czego oczy nie widza... dziala cuda:)))
      Ryby sa zdrowe, powiedzialabym to zalezy gdzie zlowione. Druga rzecz, ze na pewno zyja a wiec czuja zadana smierc.
      Ale nizej wlasnie pisalam w odpowiedzi dla Cezarego, marchewka tez zyje, czego dowodem jest fakt, ze rosnie, wiec zjadanie marchewki jest rowniez poprzedzone procesem zabijania.
      No dobrze, nie wiem czy marchewka czuje, chociaz kto wie? przeciez wyrwana z ziemi wiednie, moze to wlasnie powolna smierc?

      Delete
  5. To masz,Star świetne wspomnienia z Polski:)))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Margo, ale to nie tylko Polska w tamtych czasach taka byla. Zreszta nawet dzis sa ludzie, wlasciciele wiekszych lub mniejszych farm, dla ktorych zabicie zwierzecia hodowlanego jest zjawiskiem normalnym.

      Delete
  6. To samo było u moich dziadków...bracia sprezentowali dziadkowi drób w ilości kilku sztuk, który został zamknięty w skromnej garderobie, żył i srał na dziadka garnitury i babci wyjściowe szaty. Zdechło to towarzystwo z przyczyn naturalnych:)
    Teściowa natomiast się nie pierniczy, wali trzonkiem noża w rybie łby i siekierą w szyje drobiu, morduje też króliki i śpi spokojnie:p

    ReplyDelete
    Replies
    1. Samo zycie i w pewnych okolicznosciach zupelnie dla mnie zrozumiale. Ja bym nie zabila, ale przeciez jem to co ktos inny zabil. Czy to mniejsze zlo? Nie wiem:)

      Delete
    2. Repo, rozumiem, nie jesz. Ale buciki i torebki ze skory posiadasz? czy tez nie?

      Delete
  7. Jakby kazdy mial sam upolowac i zabic, i obrobic, to konsumpcja miesa chyba by niezle spadla ;)
    Fakt, kupujemy gotowce w sklepie, i nie musimy sobie nawet wyobrazac, co i jak i gdzie...
    Co do zasranej lazienki. Mielismy cos podobnego, a bylo to tak, ze mielismy bardzo fajnego i dziwnego kota. Kot lubial cos upolowac, i to nie myszy, ale takie wodne kury, niedaleko u nas jest takie dzikie oczko wodne, i one tam sobie zyja. Stwór wyglada mniej wiecej jak mala kura, ale ma ogromne, szare nogi i dlugi epazury. Kiedys kot o imieniu Finek przyniósl cos takiego doroslego zakatrupionego. Wrzucilismy do kontenera z odpadami bio. Za jakis czas przyniósl z tego samego sortu piskle, zywe, i postanowilismy je zaniesc z powrotem nad te wode, ale wieczór juz byl, nie chcialo sie po ciemku i po zaroslach lazic nikomu, wiec stwora do wiadra i do lazienki. Ptaszysko wylazlo w nocy z wiadra, balo sie, i zasralo cala lazienke, wszystkie dywaniki, wanne, umywalke, smród nie z tej ziemi. Leba mu za to jednak nie urwalismy ;) rankem zostal odstawiony do rodziny.
    Ale smród trzymal sie jeszcze kilka dni. Taki maly stworek, a tak sral.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Biologii i natury nie da sie przeskoczyc:)))
      Jak sami nie zabijemy to zabije ktos inny, albo inny zwierz. Tak juz jest ten swiat urzadzony.

      Delete
  8. no tak mięczaki a rosół z koguta jest taki dobry :D

    ja miałam ulubioną kurkę u ciotki na wsi i kiedyś wujek zrobił pyszny rosół ze swojskim makaronem a potem odkryłam że nie ma mojej kurki i wuj wyjawił mi straszną prawdę , dostałam gorączki i znielubiłam wujka ( potem mi przeszło ) ale i wuj nauczył się oszukiwać dzieciaki ;-)

    ReplyDelete
    Replies
    1. No wlasnie, czego oczy nie widza tego sercu nie zal:))
      Ale kiedys i tak prawda wyjdzie na jaw i czlowiek musi sie z nia zmierzyc.

      Delete
  9. Ale się ubawiłam- fajnie się czyta,że nie tylko ja nie potrafię czegoś żywego w obiad zamienić!
    Gdy pierwszy raz miałam sprawić rybę (to była flądra, ale już bez oznak życia) to skończyło się tym, że nie było co na patelnię położyć, bo ciągle mi coś w niej nie pasowało i leciało do kubła.Od tamtej pory nie tylko wszystko kupuję martwe ale i sfiletowane.
    Miłego;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie mam problemu z filetowaniem ryby, w koncu juz jest zabita. Chociaz kazdy sklep filetuje na prosbe klienta i korzystam z tego, ale gdybym musiala to wiem jak to zrobic. Oczywiscie nie mam tu na mysli ptroszenia, ktore jest po prostu obrzydliwe.

      Delete
  10. też chyba by nie zabiła
    chociaż jakbym sobie wyobraziła, że to np A eM:pp

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hmm a to ciekawe... czyli latwiej byloby Ci zabic znienawidzonego czlowieka niz kure?

      Delete
  11. Gratuluje, umiesz pisac, czytanie wciagnelo mnie zupelnie.

    ReplyDelete
  12. Zabijanie zwierząt gospodarskich nabiera w cywilizowanych społeczeństwach miana zbrodni i nikt nie chce paprać się w krwi ofiar. Ale lubimy „mieńsko” pod każdą postacią, czyli udajemy, że z zabijaniem nie mamy do czynienia. Zupełnie! Jeśli nie będzie zapotrzebowania w postaci kotletów, nie będzie zabijania. Proste. Nie uznaję zabijania dla przyjemności. Nie biorę udziału w polowaniach, pod nazwą kontrolowanego odstrzału. Niestety, kilkanaście kogutów zostało utylizowane w naszym gospodarstwie ze względu na przewagę liczebną nad kurami. Prawie 20 sztuk, albo i więcej. Wyrok wykonany osobiście przez Cezarego na klocku i przy pomocy siekiery. Nie przyszło to łatwo i nie bez obiekcji. Ze dwa razy był rosół, a mięso zajadła Zuzia. Czytając o zabijaniu zwierząt zawsze odnoszę to do ludzi. Zabijają, mordują w imię czegoś, czegoś wyimaginowanego dla usprawiedliwienia samego siebie. Ostatnio modne hasła to; zaprowadzanie demokracji, obrona uciśnionych, równość społeczna… itd.
    A kogut z opowieści zapewne śnił się przez lata. Jeden z milionów zabijanych każdego dnia. :((

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dokladnie to samo mam na mysli. Swiat kreci sie wokol zabijania, cieszymy sie zwyciestwami wojennymi, jemy mieso, ale jestesmy nieskalani zabijaniem:)))
      Paranoja.
      Powiem szczerze, ze gdyby ciotka Wanda nie weszla z tym kogutem ociekajacym jeszcze ciepla krwia... gdybym tego nie widziala to pewnie nie mialabym problemu ze zjedzeniem obiadu.
      Ale bylo jak bylo, mialam wtedy 20 lat i pewnie moja swiadomosc faktu, ze zycie generalnie zabija byla na pewno plytsza niz teraz.
      Nie, na szczescie kogut nie snil mi sie po nocach, ale tamten widok zapamietalam.
      Na dobra sprawe marchewka dopoki jej nie wyrwiemy z grzadki tez zyje, a wiec wegetarianie tez zabijaja.
      I co dalej?
      Gdyby sie dalo zyc sama woda?
      Chociaz, kto wie czy jak by zglebic temat to okazaloby sie, ze zabierajac wode innym zywym stworzeniom i roslinom tez zabijamy.
      Najciekawsze, ze zabijanie znienawidzonych ludzi, lub ludzi, ktorych sie rzekomo boimy jest tak latwo usprawiedliwic...
      Ukochane koty zabijajace okoliczne ptaki budza we wlascicielach dume, a przeciez taki kot to nic wiecej tylko morderca. Strasznie pokretna jest ludzka natura i ludzka akceptacja do roznego rodzaju przestepstw.
      Masz racje z tymi kotletami, jak przestaniemy je jesc to nie bedzie potrzeby hodowania tylko po to zeby zabic.
      A co z butami i torebkami ze skory zwierzat?
      Czy ci co nie zabijaja i nie jedza miesa nosza buty ze szmaty?
      Raczej nie... ba, byc moze nawet wierza, ze zwierze zostalo odarte ze skory na zywca i sobie dalej gdzies szczesliwie zyje?
      Nie wiem....

      Delete
  13. Jaki dietetyczny obiad! :P

    Moi rodzice raz jedyny hodowali w garazu kroliki. 4, sliczne, nadalam im imiona. Az tu kiedys przy obiedzie pada pytanie jak smakuje kroliczek? :O I wypieralam te informacje, ze to nie moze byc ktroliczek, bo kroliczki na pewno sa slodsze.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Lola slowem nakarmili Cie jednym z ulubiencow:))
      Niestety takie bylo i ciagle jest zycie.

      Delete
  14. Jak to dobrze, że nie lubię i nie jem rosołków!!
    Historię opowiedziałaś cudnie! :))

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja lubie rosolki, co prawda nie za czesto, ale lubie, zwlaszcza, ze jak sie ugotuje caly gar rosolu to potem zostaje jako baza na inne zupy:))

      Delete
  15. Tle razy widziałam jak pierzaste traciło życie żeby za kilka godzin stać się rosołem ale... sama nigdy!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja nigdy nie widzialam jak tracilo zycie, ale widzialam patroszenie i skubanie z pierza. Niezbyt to przyjemne zajecie, ale jak trza to czeba:)))

      Delete
  16. nie przeczytałam tytułu i myślałam, że się dobrze skończy!

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...