Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Wednesday, July 19, 2017

W pelnej gotowosci.. (prawie)

W piatek z samego ranca, albo i wczesniej wyjezdzamy do Buffalo na Tatkowe urodziny, ktore odbeda sie 30 lipca. Wszystko co mialam przygotowac w domu przed wyjazdem jest juz gotowe, a bylo przy tym troche roboty, bo kto jak kto, ale ja to sobie potrafie urozmaicic zycie :))
Wymyslilam wiec, ze jak zawsze przy takich uroczystosciach milo jest jak kazdy z uczestnikow dostanie jakis drobiazg, moze nie tyle na pamiatke co w podziekowaniu za przybycie ale jednak.
10 lat temu byly to takie gry zabawy w postaci "zdrapek". Zamowilam wtedy specjalnie wydrukowane na te uroczystosc kupony, na ktorych uczestnicy zdrapywali przysloniete miejsce i "wygrywali" np. male opakowanie kawy, paczke bodajze 8 sztuk herbaty, czekoladki z nadrukiem okolicznosciowym i cos tam jeszcze, ale juz nie bardzo pamietam, wiec nie bede klamac :P
Tym razem wymyslilam cos innego.
Mianowicie poniewaz osob, ktore potwierdzily przybycie ma byc 70 a do tego moze dojsc jeszcze cztery, ktore ewentualnie moga przybyc ale tak sie nieszczesliwie zlozylo, ze nie moga potwierdzic na 100% to przygotowalam 72 malutkich upominkow.
Dlaczego 72 akurat, skoro moze sie zdarzyc ze bedzie nas 74 osoby, ano tak mi wyszlo z rozliczenia:)) a w koncu ani ja ani Wspanialy tych upominkow nie potrzebujemy.
Co to jest?
Juz wyjasniam. Kupilam dwie duze torby malutkich czekoladek zwanych tutaj caluskami (zobaczycie je za moment na zdjeciach), zamowilam na Amazon okolicznosciowe nalepki na te malenstwa.
I tu sie wlasnie klania rozliczenie, z ktorego wyszlo 72 a nie wiecej ani mniej tych upominkow.
Czekoladki wygladaja tak, juz z nalepiona na plaska strone caluska nalepka.


Nalepek bylo wlasnie dokladnie 648 sztuk a czekoladek cos ok. 700 w tych torbach.
Zamowilam to wczesniej zanim jeszcze mielsimy wszystkie potwierdzenia na wypadek gdyby sie zdarzylo, ze musze jeszcze dokupic. Ale juz sobie daruje te ewentualnie pare osob, ktore nie wiedza na 100% mam tylko nadzieje, ze przybeda a nie spotkamy sie na pogrzebie.
Mianowicie okazalo sie, ze jedna z ciotek Wspanialego jest w szpitalu i ze tak powiem "roznie moze byc" w zwiazku z czym jej dzieci nie moga potwierdzic czy beda czy tez nie.
Przykra sytuacja, bo ciotka sie sama deklarowala, ze bardzo chetnie przybedzie mimo, ze jest na wozku inwalidzkim i z butla tlenowa, ale ona uwielbia Tatka.
Trudno co ma byc to bedzie, a my na pewno odwiedzimy ja, jesli tylko nic sie wczesniej nie stanie.
I tak sobie siedzialam i nalepialam te nalepki, upierdliwa robota, bo to male i trzeba dokladnie docisnac, ale dalam rade.


Potem zanabylam tiul w dwoch roznych kolorach, zielony i zolty. Za ten zolty to mi sie oberwalo od Wspanialego, bo to jemu przypadlo w udziale ciecie tiulu na kwadraty o boku mniej wiecej 25 cm i ten zolty na drewnianym jasnym stole byl prawie niewidoczny.
Ale Wspanialy dzielny chlopak dal rade, a ze troche przy tym stekal i prychal to kto by sie tym przejmowal? Na pewno nie ja :)
Potem znow do akcji musialam wkroczyc ja, czyli nalezalo teraz na kazdy kwadrat ulozyc 9 czekoladek jako symbol 90-tych urodzin i zawiazac roznokolorowymi wstazeczkami.
Troche to trudne do wykonania przez jedna osobe, a przeciez jak wiadomo Wspanialy pracuje no i jego rece nie bardzo nadaja sie do takiej misternej roboty.
Ale potrzeba matka wynalazku i poradzilam sobie w ten sposob. Najpierw w niskim kubeczku do picia japonskiej sake ulozylam tiul, potem ulozylam na nim czekoladki i wiazalam.



Tym sposobem szlo mi to calkiem sprawnie i tak wygladaja gotowe pakuneczki.


Poki co ulozylam je w plaskim pude.


W mieszkaniu chlodno, bo na zewnatrz to 40 stopni nie zchodzi z termometra, ale wedrowac w takim pudle nie moga. Pomimo klimatyzacji w aucie, przeciez bedziemy robic czeste przystanki i jak nie daj buk auto bedzie stalo przez pol godziny to sie to wszystko roztopi.
No to czekoladki beda wedrowac w torbie termicznej, do ktorej na dno wloze zamrozony ice pack, po to zeby miec pewnosc, ze nic im sie nie stanie w czasie postoju. A torba bedzie siedziec na tylnym siedzeniu razem z druga rowniez termiczna z naszym jedzeniem na droge, bo ja tam wole sobie sama przygotowac kanapki i salatki niz jesc byle co na postojach.
No i niby to juz gotowe, ale caly czas mnie meczylo jak ja te duperelki zaprezentuje w czasie imprezy.
Przeciez nie podam ich w pudle ani nie rzuce luzem na stoly.
I wreszcie dwa dni temu doznalam olsnienia. Mielismy jeszcze sporo tego zielonego tiulu, bo zoltego kupilam mniej i "wyszedl" wiec kombinowalam co ja tez moge zrobic. Okazalo sie, ze mam akurat fajny koszyk odpowiedniej wielkosci no i zabralam sie do dzialania i wyszlo takie cos.
Na dnie koszyka jest jeszcze kawalek tiulu, ktory akurat wystarczy mi na wylozenie dna i ladne wywiniecie rogow. No i mam, calkiem chyba pomyslowo, tak przynajmniej ja mysle.
A Wspanialy podziwia, ze tak mi to ladnie poszlo, on chyba nawet podejrzewa, ze w moim poprzednim zyciu zajmowalam sie takimi duperelami jak dekoracje koszykow :))
No dobra, az tak ladnie to nie jest, ale chyba ujdzie w tloku 70-ciu osob.


Zaupione mamy tez juz talerze jednorazowe, papierowe w dwoch roznych wymiarach, serwetki, kubki do napojow zimnych i goracych, sztucce (niestety plastikowe) Dekoracje na stoly i bannery do powieszenia na scianach. Jeszcze musimy kupic obrusy, bo niestety nie mam pojecia jakiej wielkosci sa stoly wiec to trzeba zalatwic na miejscu, balony i to byloby na tyle z dekoracji.
Oprocz tego musimy zakupic wino, piwo i inne napoje niealkoholowe, zamowic jedzenie w restauracji i mozemy zaczac balowanie.
Wlasnie z tego powodu, ze trzeba jeszcze wiele rzeczy zorganizowac i dopiac na ostatni guzik to jedziemy az tydzien wczesniej.
I co rowniez wazne juz w te sobote spotkamy sie w Buffalo z Monika i Dino, ktorzy razem z matka Moniki przyjada z Toronto. Juz podskakuje z radosci, bo nie widzielismy sie blisko rok, a to bardzo dlugo.
No i cieszy mnie bardzo, ze w Buffalo bedzie troche chlodniej, bo tylko 30+ a to juz mniej niz 40 stopni.
Nawiasem mowiac jest tak goraco, ze magnolie zakwitly po raz drugi (!!) nie jest tych kwiatow duzo bo tylko tak gdzie niegdzie ale jednak to jakis ewenement. Nie, nie bede wychodzic z domu, zeby udowodnic zdjeciem, absolutnie nie wychodze nawet na patio a juz dojscie do rogu ulicy jest przy tych temperaturach dla mnie niemozliwe.
Relacje z imprezy zdam po powrocie.



Thursday, June 29, 2017

Kocia karma

Nie, nie chodzi mi o to co koty zra, ale o karme w sensie przeznaczenia, lub kary albo wynagrodzenia za czyny dokonane w przeszlosci:)
Jak wszystkim wiadomo, ja i koty jakos nie przepadamy za swoim towarzystwem, znaczy bywa czasem, ze jakis okoliczny kot wyraza chec zakumplowania sie ze mna, ale szybko mu to mija jak ja rzucam w jego strone syczace "akysz paskudniku" i paskudnik spierdala natychmiast z szybkoscia swiatla gdzie pieprz rosnie.
Jak wiemy tez nie przeszkadzaja mi koty, na ktore sie czesto natykam odwiedzajac blogowisko, widocznie tak bardzo nie jestem jeszcze pojebana, zeby sie bac widoku zdjec wyzierajacych z monitora laptopa.
Tak bylo, tak jest i... hmm... mimo wszystko mam nadzieje, ze tak bedzie.
Wszystko bylo pod kontrola dopoki w moim zyciu nie pojawila sie synowa.
Junior lojalnie uprzedzil, ze M. posiada dwa koty, na co ja odrzeklam rowniez lojalnie, ze w takim razie maja z glowy moje wizyty po wsze czasy.
Nie wiem jak oni, ale ja osobiscie bardzo bym sie ucieszyla gdyby moja tesciowa powiedziala, ze nie bedzie mnie odwiedzac. M. natomiast pozostawila to dyplomatycznie bez komentarza i tylko stwierdzila, ze rozumie. I fajnie glownie chodzi o to zeby rozumiec, cala reszta jest dla mnie niewazna.
Kociabry w ilosci dwoch sztuk, byly oba przygarniete nie tylko z kociego sierocinca, ale tez obydwa z powaznymi problemami zdrowotnymi.
M. taka jest, lubi to co wymaga wiekszej opieki, lubi przygarnac do serca, a serce ma wyjatkowo wielkie i naprawde szczere, dlatego tez ja podobnie jak koty rzucilam sie z wielkim entuzjazmem na te jej dobroc.
Problem w tym, ze mala kociabra zwana Jameson, tak, tak dokladnie jak znana whiskey bo M. jest z pochodzenia Irlandka, a whiskey to narodowy napoj Irlandczykow. A wiec mala Jameson miala wrodzone uszkodzenie mozgu, ktore powodowalo trudnosci w zachowaniu rownowagi i do tego jeszcze jakies inne wady wrodzone. Slowem mocno zbrakowane kocie.
Kolejnym problemem jest fakt, ze synowa bardzo duzo podrozuje zawodowo i wtedy kociabrami opiekuje sie Junior.
Wszystko bylo fajnie ale jakos jesienia zachorowal starszy i zdrowszy Carl. Bylo podejrzenie raka, byla kupa forsy wydana na leczenie i operacje, ktora na szczescie zakonczyla sie powodzeniem i tylko od tamtej pory Carl musi wpierniczac jedzenie przepisane na recepte, co oczywiscie sila rzeczy stalo sie dieta Jameson, bo ponoc trudno dwa koty w jednym domu karmic inna karma a wet stwierdzil, ze karma zrobi tez dobrze malej.
I tak zlosliwoscia losu M. musiala wyjechac na dluzsza delegacje akurat w momencie kiedy zaczelo sie karmienie specjalna karma.
Po dwoch dniach dzwoni do mnie Junior:
-- Mamo, co ja mam zrobic te skurczybyki nie chca zrec przepisanej karmy i juz dwa dni strajkuja? 
-- Kurde nie dzwon do mnie, dzwon do M. ja sie na kotach nie znam. 
-- Jestem gotowy isc do sklepu i kupic zwykle zarcie, bo nie chce zeby mi skubance zdechly z glodu. 
-- Nie rob tego!!! - wrzasnelam i juz spokojnie dodalam - zadzwon do M. 
M. natomiast stwierdzila, ze kociabry probuja czy da sie Juniora zastraszyc wizja smierci i absolutnie ma sie nie poddawac (Junior znaczy sie) tylko zostawiac karme w misce i czekac az im glod solidnie do dup zajrzy.
No i trzeciego czy tez czwartego dnia kociska wrabaly wszystko co bylo w misce i powitaly Juniora wracajacego z pracy glosnym miauczeniem domagajac sie o wiecej zarcia.
Jamison sie niestety nie mogla sie przyzwyczaic do Juniora i jak go tylko zobaczyla to probowala uciekac co zwykle konczylo sie nieudacznym rozjezdzaniem malych nozek i lezeniem plackiem na podlodze dopoki Junior nie zniknal z zasiegu wzroku i sluchu.
Carl za to zakolegowal sie z Juniorem na calego do tego stopnia, ze w te noce kiedy nie ma M. to sie mosci na tuz obok Juniora i tak obydwaj przesypiaja noc.
I bylo fajnie, az do lutego.
W polowie lutego Jamison powaznie zachorowala, doglebne i bardzo szczegolowe badania wykazaly, ze mala kocina ma jakas nieuleczana chorobe wirusowa, ktora ujawnila sie prawdopodobnie z tesknoty za M. w czasie jej kolejnej podrozy.
Bylo to tuz przed urodzinami Juniora, ja juz mialam zaplanowany obiad (kaczka w pomaranczach) gotowy tort i nagle dzien wczesniej rano dostaje telefon od Juniora.
-- Mamo, ja niestety jutro przyjade sam, bo M. juz dwa dni siedzi z Jamison u weta i debatuja co robic? 
-- Ale co wet na to? Jakie sa szanse na uratowanie jej? 
-- Zadne, to tylko kwestia tego kiedy M. bedzie gotowa na jej uspienie, ja sie nie odzywam, bo to bardzo delikatna sytuacja, wiec jedyne co moge robic i robie to wspieram. 
-- Dobrze robisz, a co do jutrzejszego obiadu i celebracji Twoich urodzin to odlozymy to na nastepna niedziele, kaczka ciagle w oryginalnym, hermetycznym opakowaniu moze wrocic do zamrazalnika, bo i tak sie jeszcze calkiem nie rozmrozila, tort tez pizgne obok kaczki i z glowy. 
-- Myslisz, ze to dotrwa?
-- Synu jak mnie znasz, to juz nie raz zamrazalam tort, a co do kaczki to podobne numery tez mam na koncie i jakos nigdy jeszcze nikogo nie otrulam. 

Pol godziny pozniej zadzwonila M.
-- Rozmawialam z C. i on powiedzial, ze ze wzgledu na moje problemy z Jamison przelozysz jego urodziny na nastepny tydzien, czy to prawda? 
-- Prawda. 
-- O rety, ale przeciez Ty nie lubisz kotow... zrobisz to dla mnie?... 
-- Kotow nie lubie, ale Ciebie kocham, kot jest Twoj, Twoje cierpienie jest wiec w tym momencie moim cierpieniem. 
No i sie zaczelo, ona wybuchnela placzem, ja dolaczylam, potem juz obie slimaczac sie przegadalysmy dobra godzine na temat kociego dramatu i jak to obie sie wzajemnie kochamy.
Nastepnego dnia dostalam tylko krotkiego esesmana od Juniora "wlasnie jedziemy oboje do weta uspic Jamison".
Przesiedzialam pol dnia z sercem w gardle.
Wieczorem zadzwonil tylko zdac relacje, a ja zapytalam:
-- A jak sie M. czuje? 
-- No wiesz, narazie to nie bardzo jest czas na to zeby sie jakos czuc, bo wet nam nakazal, zeby wyrzucic wszystko co Jamison uzywala, wyprac dokladnie wszystko co sie da i generalnie wysterilizowac cale mieszkanie. Mamy wiec zajecie bo jestesmy dopiero w polowie roboty. W poniedzialek M. pojedzie z Carlem na podobne badania. Narazie chodzi i placze. 
No to ja tez znow poplakalam, w duchu blagajac wszystkie sily ziemskie i nadprzyrodzone zeby wyniki Carla byly w porzadku.
Niestety, w poniedzialek po wizycie u weta znow zadzwonila M.
-- Carl ma juz ten sam wirus... 
-- O matko!!! I co teraz? 
-- Narazie nic, wet twierdzi, ze dopoki jest zdrowy i na nic nie choruje to moze z tym zyc jeszcze dlugo, ale jak na cos zachoruje to juz nie ma ratunku. 
Znow mi sie mokro zrobilo w oczach.
A M. tylko dodala:
-- Wiesz, ja Cie bardzo kocham... 
-- Skarbie, ale ja Ciebie tez kocham i nie tylko ja bo Wspanialy tez, a i Tatek jest w Tobie zakochany po uszy albo i jeszcze wyzej. 
-- Wy jestescie wszyscy tacy kochani, moja mama od poczatku mowila mi, ze nie powinnam brac kotow z wrodzonymi wadami, ale... ja teraz wiem, ze Jamison miala dobry dom i byla kochana... 
-- Wiesz, mamy mowia rozne rzeczy i to wcale nie z braku wrazliwosci, wrecz przeciwnie, to wlasnie ze wzgledu na wrazliwosc Twoja Mama chciala chronic Ciebie. 
-- Moze i masz racje, ale ja wolalabym zeby tego nie mowila... teraz tez jak tylko Jamison zachorowala i zadzwonilam do niej to pierwsze bylo "uspic". 
Nie skomentowalam, bo rozumie i M. i jej Mame a w takiej sytuacji zaden komentarz nie jest wlasciwy.
Carl poki co zyje zdrowo, przezyl juz kilka kolejnych rozstan z M. kiedy ona znow musiala wyjechac.
Ale Carl jest ponoc co raz bardziej kotem Juniora niz jej:)))
Tyle tylko, ze Carl na poczatku tesknil za Jamison i jej szukal, a o wzieciu kolejnego kota ze swiadomoscia, ze znow dostanie ten wirus nie ma mowy.
W niedziele spotkalismy sie z Juniorami w Beer Garden i pierwszy raz poprosilam o pokazanie mi zdjec kotow. Widzialam, ze bardzo sie ucieszyla, ze chce zobaczyc.
-- Podobny do Ciebie - zawolalam ze smiechem na widok Carla, bo rudy z bialym brzuchem, a M. maluje wlosy dokladnie na taki kolor.
Potem pokazala mi krotki filmik z Jamison, ktora uparcie chciala sie wdrapc na fotel, ale nie mogla, bo sie rozjezdzala.
-- Tylko tyle mi po niej zostalo, wszystko musielismy zlikwidowac... - westchnela ciezko.
Przytulilam, pocalowalam, bo tylko tyle moge.
I czasem mysle, co to bedzie z tymi kotami, bo tak bardzo kocham te moja synowa, ze kto wie?
Kto wie? drogi pamietniczku?
Na szczescie sie przeprowadzam, wiec jak by... jestem bezpieczna :))



Wednesday, June 21, 2017

Rodzina

Wiele sie mowi na temat rodziny, a to ze jest najwieksza wartoscia, albo, ze rodziny sobie czlowiek nie wybiera, lub z rodzina najlepiej tylko na zdjeciu, ale tez, ze bez rodziny nie da sie zyc... mozna by tak wymieniac w nieskonczonosc.
A jak to jest naprawde?
Naprawde to raczej w kazdej rodzinie jest jakis trup w szafie. 
W mojej byla cala galeria trupow:))) 
Tylko oczywiscie nie wolno o tym mowic, bo "zly ten ptak co wlasne gniazdo kala" a wiec bez wzgledu na to ile krzywd, czy upokorzen ktos doznal od najblizszej rodziny to i tak ma "stulic dziob i siedziec cicho"  bo przeciez to najwyzsza wartosc czlowieka. 
Naprawde? Kochac matki i ojcow alkoholikow, bo splodzili i urodzili nie wazne, ze pewnie bez zadnej swiadomosci umyslu, a moze nawet niejeden ojciec zgwalcil matke, ale nalezy mu sie milosc i dobre slowo. 
No dobra, az takich drastycznych szkieletow to nawet w mojej rodzinnej szafie nie bylo, ale szczerze nie lubilam i nie lubie mojej rodziny. 
Dlaczego?
Bo moja rodzina jest jak osmiornica, oplata czlowieka ze wszech stron i zanim sie czlowiek obejrzy to juz nie ma czym oddychac.
Jak tylko daleko moge siegnac pamiecia bylam wiecznie pod pregierzem oczekiwan i to nie tylko rodzicow, z nimi akurat bylo w miare latwo. Ale od malego dziecka slyszalam "a co na to powie wujek?", bo brat matki byl jakas swieta osoba w tej idiotycznej rodzinie. A mnie akurat od zawsze zwisalo co powie wujek, bo wujka razem z jego opiniami mialam gleboko w odwloku. 
Nawet jak juz doroslam, wyszlam za maz, sama zostalam matka to ciagle uwazali, ze maja absolutne i niepodwazalne prawo krytykowac i wszedzie wtracic swoje "powinnas", na szczescie ja sobie z tego nic nie robilam, ale ile to nerwow kosztowalo to tylko ja wiem.
Oczywiscie wdzieczna jestem za pomoc, ktora otrzymalam po odejsciu od pierwszego meza, ale nie sadzilam, ze z okazji tejze pomocy rodzina bedzie pisac scenariusz na dalsze moje zycie po wsze czasy.
Emigracja do Ameryki byla najlepszym wydarzeniem w moim zyciu, bo nie dosc, ze ucieklam spod lupy to jeszcze dosc daleko i do tego zeby zapukac do moich drzwi potrzebna jest wiza. 
Jak slowo daje, jak kiedys jakis rzad amerykanski zniesie wizy dla Polakow to ja wypierdalam do Mongolii:)) 
Moja rodzina byla taka bardzo rodzinna w sensie, ze musieli mi zawsze naopowiadac roznych nowinek. 
Wsrod nowinek zawsze najwazniejsze bylo kto stracil prace, komu sie urodzilo kolejne dziecko a czyje idzie do komunii, bo oczywiscie zawsze laczylo sie to z oczekiwaniem zapomogi finansowej. 
Najlepsza byla kuzynka, ktora doslownie dwa miesiace po moim wyjezdzie z Polski napisala, ze wlasnie wychodzi za maz i czy moglabym wyslac jej suknie slubna. 
Pewnie... dlaczego nie? przeciez ja bylam w Ameryce, a im sie nalezy. 
Mistrzynia w bajdurzeniu opowiesci dziwnych tresci byla Mama, przy kazdej rozmowie telefonicznej bylo: 
-- Wiesz Tereska z siodmego pietra... 
-- Mamo, ale ja nie znam Tereski z siodmego pietra... - probowalam sie wyzwolic od nawalnicy nieszczesc jakie wlasnie przytrafily sie Teresce. 
-- Jak to NIE znasz???!!!!
-- Po prostu nie znam, w zyciu na oczy nie widzialam.... Jak dlugo Tereska mieszka na siodmym pietrze? 
-- No jak to? Dlugo mieszka.... bedzie juz ze 12 lat... 
-- Wlasnie a ja wyjechalam 19 lat temu, wiec nie znam! 
-- No dobrze, nie znasz to ja Ci o niej opowiem.... 
Teraz juz lecial regularny zyciorys Tereski, czasem zdarzaly sie drobne potkniecia typu: 
-- Jej rodzice mieszkaja gdzies na wsi pod Jedrzejowem.... oj... chyba mi sie pomylilo... chyba pod Starachowicami... 
-- Mamo nie wazne gdzie mieszkaja rodzice Tereski... - probowalam przekonac bo najbardziej sie balam, ze odlozy sluchawke na bok i poleci na to siodme pietro zapytac Tereske co bylo wielce prawdopodobne. 
Nie bylo czasu na opowiadanie co sie dzieje w moim zyciu, bo przeciez "alez coreczko TY sobie zawsze poradzisz", nie bylo czasu nawet zapytac o wnuka, ktorego ponoc bardzo kochala, bo jeszcze byly opowiesci o pani Krawcowej, o sprzedawczyni z kiosku Ruchu, o tym kto umarl, kto sie urodzil w okolicy, gdzie mieszkalismy 40 lat temu czyli za czaswow mojego wczesnego dziecinstwa. 
To wszystko bylo wazniejsze ode mnie, od mojego zycia. 
A jak juz nawet udalo mi sie cos wtracic to nastepowala krytyka podparta gleboka dezaprobata, czyli czesto jekliwe: 
-- Yyyyyy.... 
Do tego wszystkiego wrecz karalne bylo nie wyslanie zyczen, czy tez nie wykonanie telefonu z okazji imienin, urodzin, czy tez jakichs swiat. Najgorzej mialam z Dniem Matki, ktory u nas jest ok. 2 tygodnie wczesniej i jak zapomnialam kupic kartke z tej okazji to juz po drugiej niedzieli maja nie mialam mozliwosci. 
Wreszcie sie zmadrzylam i zakupilam zapas kartek na te okazje, tak jednorazowo, zeby nie zabraklo.
Jak by ktos potrzebowal to ciagle mam kilka sztuk na stanie:)  
Przestepstem tez bylo wyslanie takiej samej kartki jak kilka lat wczesniej, a ja nie prowadze rejestru:) 
Nie chce sie tu wdawac w szczegoly, bo to bez sensu, ale relacje z moja rodzina byly zawsze uciazliwe, mowiac bardzo delikatnie.
Tak naprawde to nie wiem kto byl gorszy, Mama czy Brat, bo Mamie mozna bylo wiele wybaczyc chocby ze wzgledu na wiek, ale Brat jest ode mnie starszy tylko dwa lata a zachowuje sie jak by mial 120 lat.
Polecielismy do Polski ze Wspanialym, chcialam mu pokazac Polske, a wiec nie tylko Kielce. Jak tylko wspomnialam Bratu, ze jedziemy do Lodzi, Warszwy, Gdanska, Krakow, Torunia to natychmiast padlo pytanie:
-- Ale po co? 
Jak na takie pytanie odpowiedziec, nie wiem bo ja naprawde nie mam cierpliwosci do idiotycznych rozmow. Dal mi stary telefon komorkowy, podobno zebym mogla sie porozumiewac z ludzmi, do ktorych jechalam, z ktorymi bylam umowiona juz od miesiecy przed wyprawa do Polski.
Ladny gest, wykupilam tylko nowa karte i mialam mozliwosc kontaktu, bardzo mnie to ucieszylo. Tak od wieczora kiedy dostalam ten telefon az do nastepnego rana.
Rano wyjezdzalismy autobusem do Lodzi, Brat nas nawet dostarczyl na stacje autobusowa, pozegnalismy sie "do zobaczenia za 2 tygodnie" i myslalam, ze mam dwa tygodnie prawdziwych wakacji przed soba.
Ale... juz po godzinie jazdy autobusu zadzwonil telefon.
Kto?
Braciszek.
-- Gdzie jestes? 
-- W autobusie - odpowiedzialam zgodnie z prawda.
-- No tyle to wiem, ale gdzie? Jaka miejscowosc mineliscie? Do jakiej sie zblizacie? 
-- Nie wiem, nie interesuje mnie to, ja nie jestem kierowca tego autobusu, ja jestem pasazerem. 
Za nastepna godzine znow telefon, wiadomo Braciszek.
-- To jak Wam sie podoba? 
-- Kryste a co ma sie nam podobac? Droga widziana przez okno? 
Trzeci raz zadzwonil dokladnie w momencie kiedy wysiedlismy z autobusu juz w Lodzi i wlasnie kierowca wykiprowal nasze bagaze na sam srodek przejscia, tak ze tarasowalismy mozliwosc poruszania sie innych pasazerow.
-- Nie moge teraz rozmawiac - urwalam krotko.
Za piec minut nastepny telefon.
-- Nie mozesz rozmawiac to co sie stalo??? 
-- Nic sie nie stalo, do kurwy nedzy, przestan mnie meczyc - wylaczylam sie, bo wlasnie ladowalismy bagaze do samochodu mojego przyjciela.
I tak bylo przez caly dzien, w koncu sie wkurwilam i powiedzialam, zeby mi nie zawracal dupy, bo to sa moje wakacje. 
Dotarlo ale nie na dlugo, szybko sie przekonalam, ze ten telefon to wcale nie z troski o ulatwienie mi zycia, ale to jest smycz, za pomoca ktorej moj Braciszek bedzie mnie molestowal przez cale dwa tygodnie.
Skonczylo sie na tym, ze musialam go zdrowo opierdolic i przestac odbierac jego telefony, a przeciez moglo byc fajnie. 
Jaka jest rodzina Wspanialego? 
Bardzo nieinwazyjna, nie natarczywa, ot jak jest powod to potrafia sie skrzyknac, jak nie ma to potrafia milczec, po prostu wiedza, ze w razie potrzeby sa i moga na siebie liczyc. 
Jak przyjechala z wizyta moja Mama to byl "gosc na stanie" przez 6 miesiecy, trzeba bylo podawac, obslugiwac i dotrzymywac towarzystwa ach i malowac paznokcie codziennie, mimo, ze cale zycie ich nie malowala. 
-- Usiadz i porozmawiaj ze mna - domagala sie co w rzeczywistosci oznaczalo "usiadz i wysluchaj mojego narzekania", bo Mama jakos dziwnie nie miala nigdy nic pozytywnego do powiedzenia. 
Jak przyjezdza Tatek to wiemy, ze jest, kiedy jest o czym rozmawiac to rozmawiamy, jak nie ma o czym to kazdy zajmuje sie swoimi zainteresowaniami i nikt sie nie obraza, ze nie poswiecamy mu czasu. 
Sam sobie robi sniadanie, jak jest glodny to wie gdzie kuchnia i potrafi zadbac o swoje potrzeby. Tak naprawde to tylko obiady jemy razem. Tatek nie opowiada o ludziach, ktorych nie znamy, bo potrafi rozroznic fakt, ze to ludzie z jego otoczenia i nie interesuje nas co sie u nich dzieje. 
Wspanialy ma w Buffalo dwie kuzynki i kuzyna, jak jedziemy odwiedzic Tatka to sie czasem z nimi spotykamy, ale w wiekszosci przypadkow nie, bo nie mamy na to czasu. A jak mamy czas to wolimy jechac do znajomych do Toronto. Jakos nikt nie ma o to pretensji. 
Dlaczego nie lubie jezdzic do Polski? 
Bo kazda wizyta to skazanie na towarzystwo tylko rodziny. Jak nie daj buk powiem, ze gdzies chcialabym pojsc, pojechac cos zobaczyc to zawsze pada niesmiertelne: 
-- Ale po co? 
Owszem gdybym powiedziala, ze funduje wyjazd jemu i calej jego rodzinie lacznie z wnuczka to pewnie by nie mial nic przeciwko temu.
Niedlugo bedzie 9 lat jak bylismy w Polsce.
Czy jeszcze kiedys pojade?
Raczej nie, bo dla mnie to nie sa wakacje, to jest zeslanie na ciezkie tortury psychiczne. Po kazdych takich "wakacjach" mam wrazenie, ze tak naprawde to zupelnie niepotrzebnie tam pojechalam lepiej byloby gdybym wyslala im te pieniadze, ktore stracilam na podroz i zgrozo pokazywanie mezowi kraju. 
Ktos pomysli, ze sie czepiam? Niezupelnie, moje wizyty i tak zaczynaja sie od splacenia dlugow poszczegolnych czlonkow rodziny. 
Czy ja kiedys cos od nich dostalam? albo chociaz moj syn kiedy jeszcze byl dzieckiem. 
Nie, przeciez my bylismy w Ameryce po to zeby im pomagac. Ja wyemigrowalam po to zeby IM wszystkim "bylo lzej" w Polsce, syn mojego brata wyjechal do Anglii nascie lat temu, zeby "sobie tam ulozyc latwiejsze zycie". 
Czuje ktos te roznice? 
Taka wlasnie jest moja rodzina. La familia... jak mafia :) 
Rok temu pojechalam do Kalifornii na dwa tygodnie, ktore spedzilam z kuzynka Wspanialego. Tak naprawde to nie znalysmy sie prawie zupelnie, bo 3 lata wczesniej spedzilysmy troche czasu razem w gronie rodziny, zeby sie odnalezc na lotnisku wyslalam jej moje zdjecie zeby wiedziala jak jestem ubrana:) 
Spedzilysmy razem dwa tygodnie, przejechalysmy razem ponad 3 200 kilometrow i bylo fantastycznie. 
Owszem klocilysmy sie i sprzeczaly na rozne tematy, potem dochodzilysmy do wniosku, ze w sumie to albo jedna potrafi przekonac druga albo pomimo dyskusji kazda zostaje przy swoim, ale to byly rozmowy argumentami bez zadnych chorych emocji.
Judie w sposob idealny wyczuwala moje potrzeby odpoczynku, byla na to wrecz przygotowana majac swiadomosc, ze 9 miesiecy wczesniej przeszlam przeszczep szpiku kosci, wiec mialam prawo czuc sie zmeczona. Na tylnym siedzeniu zawsze byl kocyk i poduszka dla mnie:))
Ot tak w pelnej gotowosci, bo potrzeba to tak naprawde byla tylko raz kiedy wracalysmy z San Francisco do miasteczka, w ktorym ona mieszka i w drodze zastala nas noc.
Padlam tez w miejscowosci Cambria gdzie mialysmy i tak zatrzymac sie na noc. Padlam tuz po obiedzie na "drzemke" ale prosilam zeby mnie obudzila, bo chcialam koniecznie sfotografowac zachod slonca.
Tymczasem obudzilam sie na 15 minut przed momentem kiedy slonce zupelnie zniknelo na horyzoncie.
"Och czyzby Judie zapomniala mnie obudzic" pomyslalam wybiegajac z aparatem na plaze.
A tam siedziala Judie z moim drugim aparatem i robila dla mnie zdjecia...
-- Tak smacznie spalas... nie chcialam Cie budzic... Ty tak malo odpoczywasz w tej calej podrozy, ze sie martwie, czy sobie nie zaszkodzisz... 
Z radoscia i lzami w oczach rzucilam sie jej na szyje.
Nie jestem przygotowana do takiej troski, nigdy tego nie zaznalam od mojej rodziny. 
Przez dwa tygodnie naszej wyprawy zaden maz (ani moj ani jej) do nas nie wydzwanial tylko po to zeby sprawdzic co robimy i gdzie jestesmy. 
Mialysmy super wakacje. Wszystkie koszty calej wyprawy sprawiedliwie dzielilysmy na pol mimo, ze ja chcialam placic wiecej bo cala akcja byla moim pomyslem, ale Judie sie nie zgodzila, albo 50/50 albo nie ma wakacji tak postawila sprawe. 
Wpadlysmy do jej domu po 9ciu dniach tylko po to zeby Steve umyl samochod, bo juz niewiele bylo widac przez szyby a nam bylo szkoda czasu na myjnie:) 
Taka rodzina to mi sie podoba. Nikt nikogo nie wypytuje, dlaczego, po co i na co? Nikt nie oczekuje, ze pojde z nim po zakupy i oczywiscie zaplace nie tylko za ewentualne produkty spozywcze co mozna przetrawic ale jeszcze za buty "ktore sie akurat trafily okazyjnie"
Nikt nikomu nie zadaje pytan finansowych, nie mowi sie po prostu o pieniadzach, no chyba, ze ktos jest w potrzebie wtedy moze liczyc na pomoc rodziny ale tez bez zagrozenia, ze od tego momentu juz bedzie systematycznie rozliczany do konca zycia. 
Wiem co czesc z Was mysli:) Znow jestem ta wyrodna co sra we wlasne gniazdo bez wzgledu na to czy to gniazdo jest rodzina czy tez krajem urodzenia. 
Problem w tym moi kochani, ze ja juz od bardzo dawna nie mam zadnego gniazda i tak naprawde to mi zwisa zwiedlym kalafiorem czy tam natka pietruszki kto co o mnie mysli. 
Bo serio, to wszyscy moga mnie pocalowac tam gdzie plecy koncza swoja szlachetna nazwe. 
Nikt mi w zyciu nic nie dal, to co mam lub czego nie mam to zawdzieczam tylko sobie.
I niech tak zostanie.
Moim (nie)skromnym zdaniem wiezy krwi to stanowczo za malo, zeby tworzyc rodzine.
Rodzine tworza emocje miedzy ludzmi, takie jak milosc, szacunek i zrozumienie potrzeb drugiej osoby.
Krew?
No coz, tu podobnie jak z miejscem urodzenia nie mamy na to wplywu.



Monday, June 19, 2017

Pracowicie jak mroweczki...

... organizujemy Tatkowe urodziny.
Tym razem nie jest to niespodzianka, bo raczej nie mozna ryzykowac w tym wieku, wystarczy, ze 10 lat temu o malo nie zemdlal z wrazenia jak wszedl na sale. Jednak w wieku 90 lat to mogloby byc troche niebezpieczne.
Caly weekend spedzilismy na telefonie w poszukiwaniu adresow mailowych zeby wyslac oficjalne zaproszenia.
Wyglada na to, ze bedzie ok. 70 osob lacznie z dziecmi, a dzieci to przeciez tez czlowieki, wiec musze przygotowac taka ilosc malych prezentow na pamiatke uroczystosci.
Nie bedzie to nic wielkiego, ot kazdy uczestnik imprezy dostanie czekoladki-caluski w ozdobnych tiulowych pakiecikach. Kazdy taki calusek bedzie mial specjalna naklejke okolicznosciowa, cos w stylu "90 lat".
Trzeba bedzie dla najmlodszych przygotowac jakis kacik do zabawy wyposazony w klocki, malowanki itp.
Sale wynajelismy w budynku gdzie Tatek mieszka, bo jest taka mozliwosc i to nam bardzo ulatwi sprawe lokalu, bo z tym troche ciezko na odleglosc.
Od ostatnich okraglych (80tych urodzin) ubylo nam 5 osob i to jest przykre.
A wiec nie bedzie przyjaciolki Tatka E.
Nie bedzie jego brata R.
Nie bedzie jego siostry M.
Wszyscy troje zmarli w ciagu pierwszych 6 miesiecy 2015 roku, to byl naprawde ciezki rok dla Tatka.
Nie bedzie syna jego brata B, ktory zmarl 4 lata temu.
I nie bedzie corki E. Patty, ktora zmarla zupelnie niespodziewanie 2 miesiace temu, a juz sie deklarowala do pomocy przy organizacji.
Najbardziej nie moge sie pogodzic ze smiercia Patty, miala tylko 53 lata, to takie zupelnie bez sensu.
Powtarzam sobie, ze takie jest niestety zycie, ale ciagle jest ciezko, wczoraj po rozmowie z jej bratem sie po prostu rozryczalam.
Chcemy wiec tez przy tej okazji wspomniec krotko, tych ktorzy odeszli w ostatniej dekadzie a byli obecni w czasie 80 tych urodzin Tatka.
Nie bedzie do zaden pogrzebowy akcent, ale mysle, ze taki moment pamieci o nieobecnych bedzie mile odebrany przez ich rodziny i przyjaciol.
Patty rowniez chciala zrobic na Tatkowe urodziny salatke ziemniaczana, ktora jest tu bardzo popularna.
Amerykanie maja zwyczaj przynoszenia zrobionych w domu salatek czy tez innych dan przy takich okazjach. Wobec powyzszego, ze Patty nie bedzie z nami z tej okazji to wymyslilam, ze ja zrobie polska salatke jarzynowa, ktora smakowo jest moim zdaniem duzo lepsza od tej amerykanskiej ziemniaczanej.
Mam nadzieje, ze bedzie im smakowac.
Jak bylismy ostatnio w Buffalo to juz znalazlam restauracje gdzie zamowimy jedzenie.
Poniewaz impreza bedzie w godzinach od 14 tej do 18 tej czyli raczej lunchowo a nie obiadowo, to zamowimy jakies salatki, pizze i slynne buffalowskie skrzydelka w ostrych sosach, kanapki, napoje oraz wino i piwo. Oczywiscie bedzie tort z odpowiednim napisem ale tez wstawiona dekoracja w postaci napisu "90 years loved".
Bylismy juz w restauracji gdzie chcemy zamowic jedzenie, znamy jakosc jedzenia jakie oferuja i uwazam, ze bedzie to strzal w dziesiatke, bo jedzenie jest swieze, nie przesolone, a same skrzydelka mozna zamowic w sosach o roznym stopniu ostrosci zeby dogodzic wymaganiom smakowym poszczegolnych gosci.
No i do tego, co tam ktos chce przyniesc to niech przyniesie jestesmy bardzo otwarci na taka pomoc i doceniamy kazda oferte.
W przyszlym tygodniu zamowie elementy dekoracji sali.
Oraz wczoraj ustalilismy z bratem Patty, ze on zorganizuje na te okolicznosc wystep trzech piosenkarek, ktore przybeda w uniformach wojskowych i wykonaja kilka piosenek z czasow II wojny swiatowej jak i piosenek kombatanckich.
To bedzie glowna niespodzianka dla Tatka i jego najstarszych przyjaciol, ktorzy sa weteranami wojen.
Oczywiscie znajac historie ekspansji amerykanskiej to kombatantow tu nie brakuje, wiec uwazamy, ze to bedzie dla nich milym akcentem.
Mam juz przygotowany "sloik zyczen" czyli zakupilam taki specjalny sloik, ktory ma w nakretce podluzna dziure, gdzie goscie beda wrzucac specjalnie na okolicznosc wydrukowane bileciki, na ktorych kazdy gosc bedzie mial mozliwosc wpisac zyczenia.
Jest tez kilka osob, ktore z roznych powodow nie moga przybyc na uroczystosc i tym zaproponowalismy, zeby napisali do nas email z osobista wiadomoscia dla Tatka, odczytamy mu te wiadomosci w czasie imprezy.
Wspanialy nawet myslal o zorganizowaniu "zyczen przez Skype", ale to raczej za duze rozproszenie uwagi w grupie tylu osob i biorac pod uwage, ze mamy tylko 4 godziny na cala impreze mogloby okazac sie strata cennego czasu.
W sumie pisze te notke nie tylko dla Was, ale tez dla siebie, zebym czegos nie przegapila w calym procesie przygotowan.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...