Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Monday, March 30, 2009

Wspollokatorzy

Kilka notek nizej przy okazji omawiania tematu kanalizacyjnego i wanien, w komentarzach wyszla sprawa mysz, szczurow i innych nieproszonych wspollokatorow. Poniewaz temat szeroki i gleboki, to postanowilam zamiast rozpisywac sie w nieskonczonosc w komentarzach, napisac nowa notke.
Szczury, myszy, karaluchy, robactwo i insze palgi sa tak samo w NY jak w kazdym innym miejscu na ziemi. Natomiast kwestia czy z nimi mieszkac, czy tez nie uwazam jest wyborem kazdego czlowieka. No ja osobiscie boje sie albo conajmniej brzydze takich nieproszonych gosci, a juz jakby mi sie rozpanoszyli i mieszkali bez placenia czynszu, to ja sie pakuje i spierdalam gdzie pieprz rosnie. Oczywiscie wybor jest ograniczony w momencie kiedy decydujemy sie na posiadanie domu, czy tez mieszkania, bo troche trudno jest wyprowadzic sie w ciagu tygodnia z miejsca, ktore jest nasza wlasnoscia i w dodatku obciazone hipoteka.
W tym przypadku moja wrodzona niechec do posiadania nieruchomosci jest bardzo pomocna, jakby co to ja zwarta i gotowa teoretycznie moge sie przerowadzic w ciagu tygodnia, w najgorszym przypadku w ciagu miesiaca.
Pierwsze miejsce gdzie zamieszkalam zaraz po przyjezdzie, bylo najgorszym jesli chodzi o warunki mieszkaniowe, ale nie mialam na to za wielkiego wplywu. Owczesny, przed naszym przyjazdem zamieszkal u kolezanki swojej wlasnej ciotki, pani miala na imie Vicky i byla w sumie fantastyczna kobieta o wielkim sercu. Jesli tylko udalo sie czlowiekowi przebic przez fakt, ze jak sama o sobie mowila "byla nie udana do domu". Tak naprawde to Vicky byla jedynie udana do tanca, ba nawet stworzona do niego!! Normalnie w codziennym zyciu czlapiaca kobieta zamieniala sie w motyla, jak tylko ktos na grzebieniu zagral, z braku partnera potrafila ciagnac 8letniego Potomka do poloneza z okrzykiem:
-- Jestesmy teraz na scenie i caly swiat na nas patrzy!!! Wyprostuj sie i w takt muzyki, no w takt muzyki mowie. Sluchaj, czuj i tancz!!
Potomek uciekal jak mogl, pod pretekstem lekcji i czego tylko sie dalo, natychmiast potrafil dostac sraczki, albo byc bardzo glodny. Ale zdarzalo sie, ze nie mogl uciec, a w dodatku Vicky wiedziala jak Go przekupic na te taneczne wystepy.
Vicky, jako osoba "do domu nie udana" nie przejmowala sie czystoscia, a wiec podloze do robactwa wszelakiego bylo wysmienite, o czym ja na poczatku nie wiedzialam, bo karaluchy zwane tutaj kakrociami maja to do siebie, ze prowadza zycie nocne i w ten sposob nie wchodza czlowiekowi w droge.
Pewnej nocy jednak wstalam do lazienki i jak tylko zaswiecilam swiatlo, ucieklam z krzykiem.
Wpadlam do naszej sypialni i szarpiac Owczesnego za ramie wrzeszczalam:
-- Robaki, robaki!!! Tam w lazience!!! cale armie robakow!!! Co to jest???
-- Aaaaa to... tylko....kakrocie.... - wyjakal Owczesny przewracajac sie na drugi bok i strzasajac zdecydowanym ruchem moja natarczywa reke z Jego ramienia.
Do rana mialam wrazenie ze cos po mnie lazi i balam sie zasnac.
Owczesny wyjasnil, ze w starym budownictwie jest to normalne.
No kurwa!!! Ja przepraszam, NORMALNE?? ja tu przyjechalam zeby sobie polepszyc warunki zycia, a nie mieszkac z robactwem i jeszcze uwazac to za NORMALNE!!!!
Pierdole, wracam!!!!
Uspokoilam sie dopiero jak mi przypomnial, ze przeciez juz zlozylismy dokumenty na mieszkanie miejskie, gdzie mieszka czesc Jego znajomych. "Mieszkanie miejskie" brzmialo w miare przekonywujaco, bo jakos tak po polsku, a jeszcze nie zdawalam sobie sprawy z faktu, ze mieszkania miejskie to nic wiecej jak slumsy.
W weekend kazalam sie zawiezc na to osiedle M.M zeby samej zobaczyc jak to wyglada.
Wprosilismy sie do znajomych, Z. czyli pani domu uswiadomila mnie pod przysiega, ze Ona nic takiego jak kakrocie nie posiada, bo glownie zalezy to od czystosci w domu. Fakt kobita nie pracowala i latala ze szmata nonstop nawet w czasie naszej krotkiej wizyty, perspektywa nie do pozazdroszczenia, ale bylam w stanie zgodzic sie na wszystko, zeby tylko nie miec tych armi robactwa. Samo osiedle bardzo mi sie podobalo, bylo w tamtym czasie zamieszkale w 90% przez bialych, w wiekszosci starszych ludzi. Ja tam uprzedzen rasowych nie mialam, ale dotarly mnie juz opinie, ze czarni zwlaszcza o niskich zarobkach lub bezrobotni o porzdek w domach nie dbaja. A od porzadku w domu rowniez sasiadow zalezalo w duzym stopniu czy ja bede miala te robale czy nie, wiec to wszystko bylo dla mnie wazne. Tak wiec zrobilam wstepne ogledziny: mieszkania ladne, trawniki przystrzyzone, 2 place zabaw dla dzieci w stanie idealnym, laweczki pomalowane, klatki schodowe czyste, windy tez...no moge tu mieszkac. Tylko przezornie nikt mi nie pokazal schodow, bo tam bylo niestety brudno, ale pozniej sie okazalo, ze cala wizyta byla ze tak powiem troche staged, co by mnie nie wystraszyc a zachecic.
Managerem osiedla byl Zyd polskiego pochodzenia, bardzo mily i pozytywnie nastawiony na zasiedlanie polskich rodzin pan. Z. umowila mi wizyte u Niego coby przyspieszyc zalatwianie sprawy. Po kilku miesiacach dostalismy tam mieszkanie dwu-sypialniowe, na ostatnim 5 pietrze i bylam cala szczesliwa.
Mieszkalam tam przez 7 lat, co 3 lata malowano mieszkania, co pol roku przychodzil pan od "odrobaczywiania", ktorego zawsze z radoscia witalam, jakkolwiek nigdy nie widzialam zadnego robaka, ale przezornego Pan Bog strzeze. W miedzyczasie nawiazalam znajomosc z A. i K. ktorzy mieszkali w starej kamienicy rosyjskiej dzielnicy. Kiedys w czasie wizyty u Nich zauwazylam, ze maja pilota od telewizorni szczelnie owinietego folia przezroczysta. Zdziwilo mnie to, bo i na jaka cholere ktos tak by sobie utrudnial zycie, czyzby jakies dochodzenie wewnetrzene, kto ostatni ogladal tv i dla zmylenia sladow? Zapytalam i okazalo sie, ze w mieszkaniu maja tyle kakroci, ze te male skurczybyki zrobily sobie gniazdo wylegowe w pilocie!!!!
Po powrocie od Nich na klatce schodowej kazalam sie Potomkowi rozebrac prawie do rosolu, co sama tez uczynilam i z ciuchami polecialam natychmiast do pralni. No tak sie tego swinstwa balam. Po latach spokojnego mieszakania, z tego osiedla przeprowadzilam sie do mieszkania, ktore bylo wybudowane na garazach. Blad!!!
Ale ja ciemna masa, nie mam pojecia o zadnych nieproszonych lokatorach, wiec nic nie podejrzewalam, normalnemu czlowiekowi przyszloby do glowy, ze w takich garazach moga byc np. myszy. No ja normalna za bardzo nie jestem, wiec mnie to nie przyszlo do glowy.
Mieszkanie bardzo mi sie podobalo, mialo ogromna kuchnie, dwie sypialnie, duzy taras i mialo "dusze". Dusza to cos czego nie potrafie wytlumaczyc, ale jak szukam mieszkania, to wlasnie wiem, ze te ktore mi sie podobaja maja dusze, bo wchodze i jest mi tam dobrze, no taka pozytywna energia. Poniewaz Potomkowi to mieszkanie sie tez podobalo, Owczesny rowniez ocenil, ze warto, bo On juz z nami nie mieszkal, ale pomagal jak zachodzila potrzeba.
Troche mnie tylko zastanowilo dlaczego obaj postanowili, ze pozrywaja te paskudne karpety zakrywajace cale podlogi sami jak rowniez zalatwia odnowienie parkietu zanim pozowla mi tam wejsc. Dopiero jak sie z tamtad wyprowadzilam przyznali sie, ze glownie to chodzilo im o nastawienie lapek na myszy i oczyszczenie terenu przed przeprowadzka.
Przeprowadzilam sie i wszystko bylo OK, poza jedna szafka w kuchni... gdzie od czasu do czasu znajdowalam jakies "paprochy" niewiadomego mi pochodzenia, cos jak herbata w granulkach.
Ale nigdy sie nad tym nie zastanawialam, ot paprochy, to posprzatalam i byl spokoj.
Pewnego dnia siedzialam sama w domu i zadzwonila B., ktora wlasnie wrocila po miesiacu pobytu w Polsce. B. mieszkala z kolezanka, bo tak bylo taniej, z tym, ze B. uwielbiala czystosc, a kolezanka raczej jak moja Vicky "do domu nie udana", wiec B. zadzwonila wkurwiona do bialosci wrzeszczac mi w ucho:
-- No tylko mnie miesiac nie bylo i juz w mieszkaniu dzieki tej balaganiarze sa myszy!!!
-- Jak to "sa myszy", skad wiesz? tak wyszly sie z Toba przywitac? - zapytalam.
-- Ty tez jakas nienormalna jestes, witac sie nie musza, wazne, ze widze gowna pod szafka.
-- Ooo a jak te gowna wygladaja? - wykazalam zainteresowanie.
-- Przyjedz to zobaczysz.
Pojechalam i okazalo sie ze to nic innego tylko moja herbatka granulowana!!!!
Wynikla z tego cala afera, ale cos mi mowi, ze o tym juz pisalam, wiec powiem tylko krotko, ze tam tez nie mieszkalam dlugo.
Nastepne dwa mieszkania, to byly bloki na Manhattanie, jedno na 7 i drugie na 5 pietrze, tez nie mialam zadnych problemow, ale trzeba sie bylo wyprowadzic z innych wzgledow, bardziej przyziemnych czyli finansowych.
Ale juz wiedzialam, ze mieszkanie w malych 2-3 rodzinnych domach daje wieksze szanse na uninkniecie niewygodnych wspollokatorow, bo czlowiek wie z kim mieszka. Natomiast duze bloki podnosza ryzyko zamieszkania z niepowolanymi lokatorami. Duze bloki gdzie jest wiecej niz 6 mieszkan moze maja inne zalety, ale ja tam wole prywatne male domy.
Wiec wyprowadzilam sie na Queens, do Astorii, gdzie dom byl 3-rodzinny i wlascicielami starsze Wloskie malzenstwo. Przez 10 lat zupelnie zapomnialam, ze moze istniec cos takiego jak robaki czy myszy. Dziadek byl takim gospodarzem, ze jak tylko powiedzialam, ze mi sie jakas srubka gdzies poluzowala, to juz w ciagu nastepnych 15 min stal pod drzwiami ze srubokretem, zeby przykrecic. Czasem bylo to moze nawet upierdliwe, bo jak sie okazalo, ze w mieszkaniu na 1 pietrze skads robi sie palma przecieku, to Dziadek obwachiwal moja lazienke przez 3 tygodnie zeby sie przekonac czy to aby nie od nas. Wszystko bylo jak w szwajcarskim zegarku i nie daj Bog zeby ktos zapalajac papierosa wyrzucil zapalke na chodnik przed domem.
Z tamtego mieszkania przprowadzilam sie juz ze Wspanialym do obecnego.
Dom jest nowy, bo ma dopiero 12-13 lat wiec nie podejrzewalam, ze tu wlasnie moga wrocic stare wspomnienia. No i ok. 4 lata temu siedze sobie wieczorem przy kompie w moim biurze i nagle cos mi mignelo w kacie oka.
Wyskoczylam jak poparzona i rozdarlam morde:
-- Mysz, mysz!!!! tam jest mysz!!!
Wspanialy, czlek spokojny za cholere nie chcial uwierzyc, ale wykonal moje dramatyczne polecenia w postaci: zamknij, kup lapke, wynies moj loptop, zatkaj szpare pod drzwiami grubym recznikiem i zobaczymy!!!
W ciagu 30 min. wszystko zostalo wykonane w/g polecen.
Znow cala noc nie moglam spac i mialam wrazenie ze cos po mnie lazi.
Rano jak tylko Wspanialego budzik zadzwonil, siadlam z zamknietymi oczami i wydeklamowalam co nastepuje:
-- Mam wszystko w dupie, Ty chcesz to sobie tu mieszkaj, ja sie wyprowadzam, a teraz lec i sprawdz co sie dzieje w tym biurze, tylko ostroznieeeee.
Polozylam sie spowrotem. Bo ja tak mam, ze jak mnie cos bardzo stresuje, to gadam nawet przez sen, Wspanialy to chyba generalnie olewa, ale za chwile wrocil i powiedzial:
-- Mialas racje, mysz sie zlapala i juz jest spokoj.
Znow skoczylam do pozycji siedzacej:
-- Jaki kurwa spokoj?? W domu sa myszy i Ty to nazywasz spokojem??
-- No nie wsciekaj sie, bo narazie to nie myszy, tylko jedna mysz i niestety w tej chwili to musze isc do pracy, a porozmawiamy o tym wieczorem.
Wieczorem porozkladal lapki na myszy w kuchni i w biurze i obiecal, ze zdecydowanie jest sie w stanie pozbyc tych myszy, jesli beda, bo narazie ciagle mnie przekonywal, ze jedna to jeszcze nie problem. Zgodzilam sie, pod warunkiem, ze codziennie rano i wieczorem bedzie sprawdzal stanowiska lapek i ja nie bede nic widziala, bo jak cos zobacze to natychmiast pakujemy manatki.
Uplynal miesiac i nic sie nie dzialo wiec ja tez sie uspokoilam i uwierzylam, ze ta jedna mysz, byla absolutnym dzielem przypadku. Przestalam juz nawet sie bac i calkiem swobodnie poruszlam sie po mieszkaniu. Az do pewnego poniedzialku, kiedy bedac sama w chalupie zajelam sie gotowaniem i lazilam po chalupie zupelnie na luza czyli w jakiejs t-shirt ledwie zaslaniajacej dupe. No swoboda i wolnosc w pelni.
Nagle chcialam cos wyrzucic do kosza, otworzylam szafke pod zlewozmywakiem, a tam w lapce ... zdechla mysz !!!!!!!!!!!!!!!!!
Zlapalam telefon i wylecialam na patio za domem, bez sekundy namyslu zadzwonilam do Wspanialego, odebral a ja wrzeszczalam nieskladnie, bo z tych nerwow i ze strachu slowa nie chcialy sie formowac tylko takie jakies urywane jednosylabowki:
-- O rany!!! pod.... mysz... zle.... ja ... uci.... nat...ych... wra.....
A mialo to byc "mysz pod zlewozmywakiem, ja uciekam, a ty wracaj natychmiast"
-- Uspokoj sie, bo jak tak mowisz urywanymi slowami to ja nic nie rozumiem!!! co sie stalo?? tylko prosze spokojnie i bez paniki.
-- O boze, tam pod szafka jest zdechla mysz, przyjedz natychmiasttttttt!!!!!!!!!!
-- Kobieto, ja jestem w pracy w New Jersey, nawet jakbym mogl wyjsc natychmiast, a nie moge, to dojazd do domu zajmuje mi prawie 3 godziny. Zdechla mysz Cie nie zezre, siedz spokojnie i poczekaj az wroce.
Wylaczylam sie, bo przeciez jak mozna oczekiwac, ze ja z ta prawie gola dupa bede tu siedziec za domem nastepne 5 godzin. Wkurwiona zadzwonilam do Potomka, On pracuje blizej i w ciagu pol godziny moze byc w domu. Wyjasnilam o co chodzi i blagalnym glosem dodalam:
-- Ty wiesz jak ja sie booooje, prosze przyjedz i zrob cos z tym, bo ja umreeeee naaaa serceeeee...
-- Mamo, ja mam jeszcze 2 godziny pracy, bede ale zaraz po pracy.
-- To powiedz Twojemu szefowi, ze matka dostala ataku, albo miala wypadek i musisz natychmiast jechac.... - jeczalam bezlitosnie.
Oddzwonil po kilku minutach i powiedzial, ze zaraz bedzie. Przyjechal i uratowal mi zycie.
W weekend Wspanialy poszedl do sklepu i zakupil galon jakiegos swinstwa do latania dziur. Obszedl caly dom w poszukiwaniu szpar i szparek, ktoredy moglaby przecisnac sie mysz, zalatal wszystko i do dzis jest spokoj. A fakt, ze mezczyzni mojego zycia uwazaja, ze jestem pierdolnieta to ja olewam, przynajmniej na tak dlugo jak to moje pierdolniecie powoduje, ze robia to co ja chce.
A to z kolei zapewnia mi zycie w takich a nie innych warunkach, no ja kurwa nie przyjechalam tutaj, zeby sobie miec wlasny ogrod zoologiczny w domu. NO!!!

Stardust ;))

37 comments:

  1. :)))))))) !!!!
    ale że jesteś TERRORYSTKA to fakt:)

    ReplyDelete
  2. dżizys, długie i..do czytania :)

    ReplyDelete
  3. Taki paniczny strach towarzyszył mi w Grecji. Ichnie karaluchy osiągają rozmiary ruskich czołgów, karaluch-kacarida. Na szczęście, nie mam traumatycznych przeżyć związanych z niechlujstwem sąsiadów oraz plagami w kanalizacjach, ale raz przyniosłam taki czołg z łóżkiem polowym, zakupionym przed jednym ze sklepów. W szale absolutnym wyrwałam chwasta. Te małe karaluchy-prusaki, to jest plaga obrzydliwa, mnoży się to na zasadzie miliarda każdego dnia i Grecy mają doskonałą broń. Kupuje się to w tubie, jak silikon, rozprowadza w postaci małych kropek na ścianach i innych rogach. Karaluchy to żrą, a potem wyżerają się wzajemnie...Bardzo skuteczne.

    ReplyDelete
  4. Athina, ja tak pro-forma :-)
    Karaluchy to nie prusaki. To są dwa odrębne gatunki owada, ale trza przyznać że oba paskudne.

    Stardust - mieszkałam w Londynie przez 5 lat, niedaleko Tamizy i parku. Szczury tam latały wielkości KONIA. Wyobraź sobie,że przegryzły się przez ceglany mur z zaniedbanego ogrodu DO MOJEGO !!!

    Jak rany, dołóż do tego myszy i byłam UGOTOWANA.

    A to był normalny dom, przysięgam,że sprzątać potrafię i nie jestem fleja :-)))

    ReplyDelete
  5. Daisy-> Wiem i zdaje sobie sprawe z tego, ze to nie tylko od wlasnego porzadku zalezy, dlatego wole mieszkac w malych domach. Bo latwiej wyczaic czego sie spodziewac po 1 czy 2 rodzinach niz po 6 albo 20tu. Zapewne jest to drozej, no ale spokoj tez kosztuje. Wlasnie rozmawialam z kolezanka, ktora niedawno przeprowadzila sie do mniejszego mieszkania i co? No ma pluskwy!!!!! To jest dopiero ciezkie do wytepienia, cos mi sie zdaje, ze bedzie sie musiala przeprowadzic, bo ponoc pluskwy mozna wytepic i po kilku latach wroca. A tez sie uparla na takie a nie inne sasiedztwo, bo taniej.
    Tak, ze w Twoim przypadku sasiedztwo Tamizy a szczegolnie parku zrobilo swoje.

    ReplyDelete
  6. tuv-> Eee tam zaraz terrorystka;) no wiem czego chce (nareszcie):P:P

    ReplyDelete
  7. Athina, bo glownie to wogole polega chyba na dokladnym uszczelnieniu wszystkich mozliwych szpar, ale o takim siliconie, ktory powoduje, ze to swinstwo sie samo zzera nie slyszalam.
    Ja kupowalam te skrzynki wydajace jakies tam fale dziwekowe nieslyszalne dla ludzkiego ucha i to bardzo pomaga. Tylko nie wiem jak dziala na zwierzeta domowe, w sensie psy i koty. No ale ja akurat nie mialam tego problemu zwlaszcza z kotami;)

    ReplyDelete
  8. Beata-> Cieszy mnie, ze sie zaparlas w sobie i przebrnelas przez to czytadlo:))

    ReplyDelete
  9. Ja to chyba opiszę u siebie, bo wspomnienie tej pani z councilu co przyszła te szczury u mnie tłuc każdorazowo wywołuje u mnie atak głupawki :-)

    Pluskwy są straszne. Potrafią się hibernować kilka lat i czekać na żywiciela. I bardzo trudno je wytępić. Całe szczęście - nie miałam z nimi do czynienia.

    A ten dom w Londynie był podzielony tylko na 3 mieszkania i raczej normalni ludzie mieszkali. A myszy było zatrzęsienie. Za to nie uświadczyłaś karaluchów.

    ReplyDelete
  10. Daisy-> Umarlabym ze strachu, no nie dalabym rady mieszkac z takim towarzstwem. Ta moja kolezanka zapraszala mnie do siebie na to nowe mieszkanie jakies dwa miesiace temu, ale juz nie pamietam z jakiego powodu nie doszlo do wizyty. Na szczescie, mozesz sobie wyobrazic co ja bym teraz robila, jak Ona ma te pluskwy. Przeciez takie gowno mozna przeniesc w ubraniu, we wszystkim, albo ja jestem panikara, ale tak mi sie wydaje.
    A Ty pisz o tej Twojej pani, chetnie poczytam, bo czytac o tym moge, mieszkac z tym - zdecydowanie nie.

    ReplyDelete
  11. Dobra, opiszę jutro i dodam, że mnie Twoja notka zainspirowała :-)
    A teraz grzecznie mówię dobranoc :-)

    ReplyDelete
  12. Daisy, ja wiem, ale dla mnie to jeden chuj. Zresztą na to się mówiło mała kacarida, duża kacarida. :)))))))

    ReplyDelete
  13. hm....no nie wiem, tylko troche rozumiem.
    Ja jedynych zwierzat jakich sie boje, to pajakow.
    Lata walki ze soba i przyzwyczajania i osiagnelam, ze te mniejsze juz mnie nie ruszaja. Do srednich moge juz podejsc na odleglosc kija i zabic na przyklad (jak czarna wdowe, tu ich w Kalifornii jest troche na szczescie do domow sie raczej nie pchaja, a po piwnicach i komorkach zasuwaja).

    Duze, takie jak ptaszniki, widzialam na szczescie tylko w sklepie zoologicznym i dobrze, bo nawet nie wiem jak takiego potwora ubic.

    Ja Ci mowie Stardust ze do wszystkiego sie mozna przyzwyczaic, a lęk przed zwierzetami opanowac. Nie mowie zeby zaraz je brac do reki i glaskac, ale na poczatek umiec przejsc obok zdechlej myszy to juz nie byloby zle...

    ReplyDelete
  14. U nas myszy co rok, nie ma zmiluj, wszak przy mlynie mieszkamy. Co rok lapiemy z dziesiec par, bo one parami grasuja. Nie boje sie zupelnie, ale nie znosze, jak mi remanenty w zapasach robia...

    ReplyDelete
  15. Aha, bedac dziecieciem mialam swojona myszke (matka sie wsciekala jak nie wiem co), a jak w szkole biegaly szczury to ja za nimi i lapalam za ogon - bo tylko jak sie szczura za ogon zlapie i podniesie natychmiast w gore to nie ugryzie w reke.

    W piwnicach w bloku w Polsce gdzie mieszkalam z rodzicami tez bylo duzo szczurow, takie wypasione, duze, i oczywiscie duzo pulapek, jak sie ktorys zlapal w okolicy naszej piwnicy to albo ojciec wyjmowal albo ja. Matka i siostra dostawaly zawalu tak samo jak i Ty :)

    ReplyDelete
  16. owady to mnie nie ruszają, mieszkamy w domku jednorodzinnym więc ani karaluchów ani pluskiew nie posiadamy, ale są takie lata że szczypawki się okropnie pchają do domu. Czasem trafia się mysz, ale ja mam podobną schize jak Ty, więc mąż jak tylko się zorientuje to stara się - od lat - tak ukatrupić myszę - żebym ja się nie zorientowała, że w ogóle coś się działo - bo ja jestem gotowa uciec w siną dal

    ReplyDelete
  17. odentka - my myszy nie mamy.Kiedyś szczur się pojawił ale suka śp.zagryzła dziada;).
    Za to pchają sięnam PAJĄKI mnie to rybka ale Młodaaaaa,wrzask taki uskutecznia że czasami płakaliśmy ze śmiechu.
    hyhyhy takie potwory potrafią wspiąć się na sufit i SPAŚĆ centaralnie na łóżko;>

    ReplyDelete
  18. Az mi gęsia skóra wystąpiła po przeczytaniu tego posta. Brrrr....
    Na szczęście w domach jednorodzinnych tacy nieproszeni goście nie bywają. No chyba że u totalnych syfiarzy;) Jedyne czemu muszę stawiać czoła, to pająki - ogromne kątniki o grubych i długich odnóżach. O! I znowu czuję gesią skórę na karku.

    ReplyDelete
  19. miałam straszną plagę prusaków w mieszkaniu małżeńskim. zrobiły sobie gniazdo w zegarze od kuchenki (podobno one ciągną do takich elektronicznych urządzeń) trzeba było to wszystko rozbierać i czyścić, brrr, a najgłupsze że nie pamiętam jak się ich w końcu pozbyliśmy - chyba była globalna akcja w całym bloku.
    szczury są tu w metrze, jak się czeka na metro to nie należy bezmyślnie gapić się na tory bo można się nagle bardzo zdziwić ;)

    ReplyDelete
  20. Nina-> Oczywiscie, ze do wszystkiego mozna sie przyzwyczaic, tylko jesli sie nie musi to po co?
    Nie cierpie dziadostwa i tyle. Pewnie, ze nie umarlabym gdybym musiala czekac na Wspanialego z ta zdechla mysza pod kuchennym zlewem. Siedzialabym w drugim kacie mieszkania i wmawiala sobie jak mantre, ze ta mysz do mnie nie przyjdzie bo jest zdechla:) Ale byl jednak sposob na szybsze rozwiazanie problemu:))

    ReplyDelete
  21. Aaaa i jeszcze mi sie przypomnialo, u nas w Polsce w blokach tez byly szczury i myszy w piwnicach, ale ja tam nigdy nie bylam. Wlasnie dlatego.

    ReplyDelete
  22. Dikejka-> Dlatego wlasnie wybieram mieszkania w malych 2-3 rodzinnych domach:) Wieksze zbiorowiska sa gorsze do opanowania:))

    ReplyDelete
  23. ds-> U nas tez sa na torach metra na szczescie nie wylaza wyzej na perony. Teraz sie juz przyzwyczailam, ale na poczatku to z trudem przychodzilo mi opanowac sie na tyle, zeby nie wrzeszczec. Natomiast na widok takiego zwierzatka maszerujacego po torach ciagle sie odwracam, czytam, no moglabym raczej wsadzic leb w cudza dupe, zeby tylko tego nie widziec.

    ReplyDelete
  24. Wszytsko mnie swedzi teraz.
    Mysz w chałupie widziałam raz w życiu. Nowobudowane osiedle, obok pola. I nigdy nic więcej.
    Tak myślę, że na mysz to bym tylko wrzeszczała, ale robactwa bym nie przeżyła.

    ReplyDelete
  25. Sze-> To masz podobnie jak ja, bo ja jak tylko cos sie dzieje to sie przeprowadzam i po ptokach.

    ReplyDelete
  26. a się nie mogę przeprowadzić bo to jest OJCOWIZNA a raczej DADKOWIZNA znaczy się po dziadkach.
    Musialabym sprzedać.
    Chociaż czasami mam takąmyśl.pierdzielnąć to i sprzedać.Ale matka,eszcze tu mieszka więc.

    A zdjęcie jest takie...uspokajające.

    ReplyDelete
  27. Po pierwsze - ładny obrazek. Czy to dom, w którym mieszkasz, czy może podobny?
    Po drugie - notka, jak zwykle zajmująca i dowcipna, ale od jej tematyki skóra mi cierpła, bo ja też z tych brzydliwych wobec wszelkiego robactwa i uciekających przed myszą, bardziej przed żywą jednakże.
    Po trzecie - szczury to prawdziwa plaga, wielkich miast szczególnie i są z nimi ciągłe problemy.Jakiś czas temu nasza lokalna gazeta wielkimi literami na stronie tytułowej głosiła: " Szczury wychodzą z sedesów", a w środku podawano przykłady spotkań mieszkańców pewnego osiedla z gryzoniami.Zapowiadano wielką deratyzację itd, a ja od tamtej pory z niepokojem podnoszę klapę nad każdym sedesem.

    ReplyDelete
  28. Kwoko-> To nie jest dom, w ktorym mieszkam, bo my mieszkamy w miescie. To jest kawalek domku, w ktorym spedzilismy weekend z okazji 60tych urodzin Wspanialego w ubieglym roku. To byl moj prezent dla Niego, co prawda pojechalismy tam w kwietniu, mimo, ze urodziny mial 13 lutego, ale pogoda ladniejsza. Okolica jest przepiekna i cisza, cisza, cisza. Nie ma tv, ani komputerow, jest tylko CD player dla nastrojowej muzyki, hamak i wogole jest cudnie tam. Moze jeszcze kiedys bedzie okazja, ale niestety taka impreza nie jest tania. Ja jeszcze chyba nie splacilam tego weekendu:))

    ReplyDelete
  29. Jak sie juz chwale, to dodam, ze do dyspozycji mielismy caly ten domek i tam nie przyjmuja dzieci, wiec jest naprawde pelny Zen i kwiat lotosu:)) A na terenie tego Inn sa zywe owce, i wieczorem do nas pod domek przychodzily sarny.

    ReplyDelete
  30. Mieszkajac w NY mialam problem najczesciej z myszami, brrr, i bardzo podobnie reagowalam jak Ty Stardust
    Natomiast w PA w ubiglym roku mielismy atak mrowek, otwierasz cukierniczke a tam czarno. Dramat, pomogly jakies swinstwa chemiczne.

    ReplyDelete
  31. W domu rodzinnym zagościły kiedyś prusaki. Zanim zdążyliśmy sie poważnie zastanowić nad zdjeciem boazeri, zniknąły.
    Za to w pracy miałam wesoło.
    Pracowałam w biurze, ze ścianek gipsowych, postawionym w hali magazynowej. Zimno, brudno ale dało się znieść.
    Kolega z porannej zmiany zostawił kiedyś suche bułki na półce, ja pracowałam na II zmianę więc o 18-tej było już raczej cicho. Podniosłam oczy na odgłos chrupania, na półce nasze polne myszki rąbały Bartkowe buły. Napychały sobie poliki, złaziły z półki i pod ścianą, a później za moimi plecami czmychały do swoich. Za trzy minuty był powrót, śmignięcie za plecami, odgłos wspinania po ściance regału, za chwilę chrupanie.
    Nie przeszkadzały mi.
    Za to leciutko, leciuteńko świruję na sam odległy widok pająka :)

    ReplyDelete
  32. Malgoska-> Zamarlam w bezruchu czytajac Twoj komentarz. A Ty tak spokojnie o tych wedrowkach i napychaniu policzkow:)))

    ReplyDelete
  33. Do szczura bym miała mniej sympatii, ale polne myszki mi w pracy nie przeszkadzały

    ReplyDelete
  34. poprostu uwielbiam myszki...mają aksamitne futerko...ale nie chcę z nimi mieszkać,
    nie histeryzuję na widok mysz, mogę wziąć do ręki...
    szczura nie, ale jakis czas temu w mieście Łódźi widziałem młodzieńca, który prowadził na pięknym łańcuszku szczura dużego wyobraźcie sobie środkiem chodnika maszerowoli obydwoje. Pająków nie lubię, ale też ich nie zabijam staram się delikatnie złapać i "wyprowadzić na podwórko" i tu jest pewna legenda...pajaków nie można zabijać!!!
    pozdrawiam RRR
    a jeżeli chodzi o karaluchy prusaki i inne mniej fajne zwierzaczki co by mi przeszkadzły stanowczo mówię veto, oby nie zamieszkały pod jednym dachem

    ReplyDelete
  35. kto wie, jak sie pozbyc mrowek? okazalo sie, ze maly domek, w ktorym teraz mieszkam chyba w calosci stoi na jednym, wielkim mrowisku, brr... a mysz myszy nierowna:) kiedys w hotelu stracilam z zaslony cos, co sie okazalo malenka, brazowa myszka, nie mam pojecia co to za gatunek, ale wygladalo jak zabawka dla dzieci a nie paskudztwo do wytluczenia; pamietam, ze smakowaly jej groszki czekoladowe i nie biegala po lozku. Nastepnego dnia przy sniadaniu okazalo sie, ze zupelnie zepsulam zabawe, bo mysz byla podrzucona a ja, zdaniem dowcipnisiow, mialam z piskiem wyskoczyc z pokoju i zrobic raban na caly hotel. Noc na darmo zarwali przez to czekanie na moj wystep:)

    ReplyDelete
  36. aaa!!! Tez mialam mysz, 2 lata temu (w Connecticut w domu, takim dwurodzinnym). Natychmiast wyprowadzilam sie do wujka, zazadalam od landlorda usuniecia myszy asap, pod grozba natychmiastowej wyprowadzki. Wrocilam po paru dniach, do tej pory mam porozstawiane trutki na myszy w kuchni i living roomie. I poki co myszy nie powrocily (odpukac w niemalowane).

    Zawsze myslalam, ze myszy mnie nie ruszaja, teraz juz wiem, ze panicznie sie ich boje. A landlord do tej pory chyba uwaza, ze wynajal mieszkanie jakiejs wariatce ;)

    Aha, no i zorientowalam sie, ze mam mysz dopiero jak ja zobaczylam (i wrzasnelam jak opetana), tez myslalam, ze to po prostu sa jakies paprochy, a nie mysie odchody ;)

    Pozdrawiam! (znalazlam Cie przez linka u ds, czytam od jakiegos juz czasu, ale poki co nie komentowalam)

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...