Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Monday, October 12, 2009

Montreal

Siedze i glowkuje, co by tu napisac, zeby nie brzmiec krytykancko.
Byc moze mialam zbyt wygorowane oczekiwania w stosunku do Montrealu i dlatego wypadlo to blado:(
Znajac troche historii, nasluchawszy sie ochow i achow, tych co byli juz wczesniej przede mna i mlaskali pod adresem "europejskiego czaru i uroku" stworzylam sobie obraz, ktory nie znalazl potwierdzenia w rzeczywistosci. Wyobrazalam sobie cos na wzor miast europejskich, albo nawet Nowego Orleanu, gdzie czlowiek chodzi z otwarta geba i nie moze sie napatrzec na budynki, kamieniczki, koscioly i bazyliki, gdzie kazdy sklep to mala galeria sztuki lokalnej...
Wszyscy mowili, ze Rue Saint Catherine to jest wlasnie TO, serce turystycznego Montrealu i wokol tej Rue sie wszystko kreci.
To nawet hotel wybralismy odpowiednio polozony na rogu Catherine i innej rue, Rue Du Fort, ktora konczy albo zaczyna pasmo turystycznego uroku Rue Saint Catherine.
I tylko nalezalo przejsc te Swieta Kaske od Rue Du Fort kierujac sie na wschod i juz mialam miec caly Montreal w jednym palcu.
Rana nie moglam doczekac, coby sie wydostac na te rue.
Wspanialego wyrwalam z wyra juz o 6 rano.
Jeczal? wiadomo, ze jeczal, ale mial to inne wyjscie.
Nie bardzo.
Bo ja to robie w taki czarujacy sposob i udaje, ze nie potrafie zrobic kawy w tej malej kawiarce, co to jest na wyposazeniu kazdego pokoju i on musi zrobic.
Nic nie mowcie, ten numer dziala juz od prawie 8 lat i niech tak zostanie;)
On robil kawe pojekujac przy tym, a ja wrzucilam zwloki pod prysznic zeby nie sluchac, bo i po co? Wlasnie wycieralam sie recznikiem jak zawolal w strone lazienki:
-- Wracam do lozka, bo deszcz pada.
-- A wracaj, wolna Twoja wola, ale ja lece na te rue, chocby gowna z nieba spadaly.
Poddal sie i ok. 8 rano uzbrojeni w umbrelki wyleglismy na Rue Saint Catherine.
Na sam poczatek wygladalo to jak wielkie nic, ale pomyslalam, ze pewnie sie rozkreci i faktycznie zaczelo sie rozkrecac po kilku przecznicach. W miedzyczasie wstapilismy na sniadanie, o takie:


I nie powiem, ale humor mi sie bardzo poprawil jak zobaczylam, ze kawe podaja w przyzwoitej wielkosci kubku a nie naparstku, ktory moglabym polknac razem ze spodkiem. I croissants przyzwoitej wielkosci i puszyste jak chmurka... mmmmm.... niebo w gebie.
A skoro o niebie mowa, to caly Montreal bardzo mi przypomina niebo, bo chyba 90% ulic to same swiete. Sie nawet zastanawialam skad oni tyle swietych nabrali, ale cholera wie, ja tam sie na swietych nie bardzo wyznaje, to sie nie powinnam wypowiadac.
W kazdym badz razie od Swietego Antoniego do Swietej Zyty (nie widzialam, ale pewnie jest) mozna tam znalezc cala armie niebieska.
Ludzie przeuprzejmi i bardzo dumni ze swego miasta i kraju, chetnie podpowiadaja gdzie pojsc, jak dojsc, czy ewentualnie czym dojechac. Nikomu nie przyjedzie do glowy powiedziec na odczepnego "nie wiem", nawet jak ktos nie mowi po angielsku to zatrzyma innego, aby tylko pomoc. I to niewazne czy ktos zaczepiony wyrywkowo na ulicy, czy sprzedawczyni straganu warzywnego, kazdy, ale to kazdy stara sie odpowiedziec na pytanie najlepiej jak potrafi. Wiekszosc dwujezyczna, bo my po farancusku niegramotni, Wspanialy tylko "oui" i "merci" a ja moglam jeszcze dodac "merci beaucoup" i "sil vous plait" i na tym konczyla sie nasza francuska elokwencja, chociaz ja tam ciagle pamietam kilka pojedynczych wyrazow:)) Ale bardzo nam sie podobalo, ze jestesmy Monsieur i Madame:)))
Po zatankowaniu dopowiedniej ilosci kawowego paliwa wyruszylismy dalej.
Rue Kaska jest w/g mnie mieszanina nowojorskiej 5 Alei, ogromna ilosc drogich markowych sklepow, z naprawde nie wiadomo czym, niestety.
Jest to zdecydowanie miasto kosciolow i wiekszosc z nich, pieknych katedr znajduje sie wlasnie przy Rue Saint Catherine, ale tuz przy takiej zabytkowej katedrze ni wypial ni przypial ktos wybudowal ogromny szklany gmach w dodatku w kolorze baby pink.
No czy mozna bardziej spierdolic urok takiego kosciola?
Raczej ciezko.
I to jest wlasnie to co mi sie nie podobalo.
I to nie jeden kosciol tak zeszpecono, a przeciez kiedys miedzy tymi kosciolami musialy byc jakies zabytkowe domy.
Czy naprawde nie mozna bylo tej Catheriny zostawic z dawnym urokiem?
A te wszystkie wspolczesne budowle pierdolnac gdzies dalej? chocby 3 ulice?
A tymczasem one niemal przylegaja do murow kosciola.
Dawna dzielnica brytyjska i szkocka ma kilka uliczek, ale to doslownie takich od rogu do rogu pieknych wiktorianskich kamieniczek, a tuz obok pierdut biurowiec do samego nieba.
Niechby to byl maly kwadrat kilku uliczek, cos na wzor French Quarter Nowego Orleanu, ktory jest tak urokliwy, ze moznaby tam spedzic caly tydzien i jeszcze byloby malo, bo kazde nastepne drzwi zapraszaja czyms innym niz poprzednie, kazde podworko kryje nowa galerie, pracownie, sklepik, pub, restauracje...
Niestety Montreal zostal wedlug mnie (Wspanialy podziela moje zdanie) zeszpecony i odarty z uroku przez kolejne popisy architektow.
Tylko smutne, ze wladze miasta to zatwierdzily:((
W drodze do Rue North Dame, przy ktorej miesci sie Bazylika North Dame przeszlismy przez Chinatown. Tez nic nadzwyczajnego, moze to wina deszczu, ze bylo malo ludzi i brak tego typowego dla chinskich dzielnic tlumu i gwaru.
Moze...
Z drugiej strony, Wspanialy tlumaczy, ze Canada dopiero od niedawna jest otwarta na przybyszow z innych kontynentow niz Europa. To prawda i to moze powodowac ten brak autentycznosci, ktora tworzy sie przez lata trwania danej nacji na nowym kontynencie.
I tutaj musze wspomniec o jedzeniu;)
Montreal ma ogromna ilosc restauracji i ponoc mozna tam znalezc jadlo z 80 krajow swiata.
Na pewno jest to prawda, przez dwa dni trudno sprawdzic, a ja glownie nastawilam sie na francuskie, bo z tego Montreal faktycznie slynie.
No i nie zawiodlam sie, obiady jedlismy we francuskich restauracjach, obie restauracje naprawde doskonale pod wzgledem nie tylko samego smaku potraw, ale i obslugi.
Francuzi celebruja jedzenie i to daje sie tam zdecydowanie odczuc.
Natomiast lunch postanowilismy przeznaczyc na wyprobowanie innych kuchni. I tutaj nie mielismy takiego szczescia, niestety.
Zarowno tajska jak i meksykanska restauracja nie dorownaly naszym oczekiwaniom, w tajskiej zaznaczylismy na wstepie, ze lubimy naprawde ostre dania, wiec to co nam podano mialo byc ostre.
Nie bylo, przynajmniej dla nas.
W meksykanskiej samo jedzenie bylo dobre, ale salsa jaka podaja na stol w niczym nie przypominala salsy, to byla jakas zmiksowana mazia ze sloika.
A przeciez w meksykanskiej kuchni salsa i guacamole to podstawa.
Oczywiscie moglismy miec pecha i zle trafic, wybieralismy restauracje rekomendowane przez przewodnik turystyczny, no i dwa dni to tez za malo, zeby naprawde wszystko zobaczyc i sprawdzic na wlasnej skorze i podniebieniu.
Ze wzgledu na moje uszkodzenie sciegna nie moglismy sie wdrapac na to ogromne wzgorze parkowe.
No wlasnie, Canada nie jest az taka plaska:))) jak zartowalam w poprzedniej notce.
Ponoc tamtejszy park jest piekny i wierze w tym wypadku kazdemu na slowo, zaluje, ze nie bylam, ale nie moglam ryzykowac powrotu na wozku inwalidzkim.
I tak nie odpuscilam sobie w sobote, bo pogoda byla dla odmiany piekna, wiec nie bylo mowy o braniu niczego na rozum;) i dawaniu sobie ulg.
Najwiekszy problem sprawialy mi schody i wchodzenie wlasnie pod gore, wiec to sobie darowalam.
Natomiast zwiedzilismy miasto podziemne, ktore w Montrealu jest ponoc najwieksze na swiecie, zdecydowanie wierze, ze tak jest.
Jest to cale miasto handlowe pod ziemia, sklepy, centra handlowe i restauracje, raj dla lubiacych zakupy i to wszystko w kilku poziomach.
Jak tylko uporzadkuje zdjecia to nastepna notke poswiece na same fotki.

18 comments:

  1. Stardust, moim zdaniem o wiele wiecej tego "europejskiego uroku i czaru" znajduje sie w Quebec City - Montreal fajny, ale Quebec City urocze i z dusza.

    mam nadzieje ze noga sie szybko wygoi, szkoda ze Parc Mont Royal nie udalo Ci sie "zaliczyc", ladny widok :)

    ReplyDelete
  2. Trochę mnie zaskoczył sposób zwiedzania i odebrania tak przepięknego miasta. Najwidoczniej nie czytałaś abdolutnie nic o historii Montrealu i o filozofii łączenia pewnych architektur tam. Wyrażanie się o "Kaśce" wręcz ubliża sakralnym zabytkom, no ale to więcej mówi o Twoich własnych obawach i brakach niż o zabytkach. Czy nie chciało Ci się choć troszkę przygotować do wycieczki, poczytać o mieście? Czy nie zauważyłaś, że do restauracji ludzie przynoszą własne wino, bo nie ma opłat "corkage"? Jest to tak fascynujące miejsce, że jestem trochę zasmucona, że nie widziałaś prawdziwych perełek i prawdziwych skarbów (tak wnioskuję bo ani słowa o nich nie napisałaś). Może następnym razem.
    Alicja

    ReplyDelete
  3. B.--> Mnie tez tego parku szkoda:((( ale wiesz jak jest wyzej d... nie podskoczysz:))
    No to moze jeszcze kiedys odwiedze Quebec City, bo Ty chyba wiesz co ja lubie i czego oczekiwalam:)

    ReplyDelete
  4. Star... no wiesz, jak moglas nie odrobic pracy domowej przed wyjazdem?!? I jeszcze ublizasz sacrum! ;P
    A ja taki sam cwok, zaraz wyjezdzam i tez ani slowa o wyspie jeszcze nie przeczytalam;)))

    ReplyDelete
  5. Alicjo--> Jeden lubi zapach Coco Chanel a drugi jak mu skarpetki smierdza. Przykro mi, ze nie dorownalam Twoim wyobrazeniom o zwiedzani Montrealu, ale to byla MOJA wycieczka i miala sprawic przyjemnosc mnie i nikomu wiecej, w zwiazku z czym nie mam zadnych wyrzutow sumienia.

    ReplyDelete
  6. Czarownico--> Bo my wyjezdzamy po to zeby nas cos urzeklo, a nie w celach badan naukowych.
    Zycze wspanialych wrazen z podrozy!!!!

    ReplyDelete
  7. Czekam na zdjęcia:)
    rogalik faktycznie wyglądał na mniam
    jestes jednak bez serca, by budzić Wspaniałego o 6.00:((((

    ReplyDelete
  8. Hej, nie musisz się tak unosić i od razu krzyczeć, że to Twoja wycieczka. Tak jakbym o tym nie wiedziała. :)
    Natomiast czytając co piszesz, wcale nie wiedziałabym, że piszesz o Montrealu. Zupełnie nie "złapałaś" chyba ducha tego miasta. No trudno, do mojej części kraju też przyjeżdżają masy turystów, z których duża część (sic!) nie wie, że wino powstaje z winogron tutaj rosnących. Byłam świadkiem, jak taki busload Teksańczyków pytał się skąd się bierze owoc na wino i jak wygląda (sic!), bo najwyraźniej nie wiedzieli. No, ale nie znali się na tym najwyraźniej, tak jak Ty nie jesteś architektem. A ten bardzo kolorowy budynek - "toto" jak to nazwałaś, warto dowiedzieć się co to jest jest, bo minęła się ogromna i fantastyczna niepodzianka. No ale trudno, może będzie jeszcze następny raz.
    :)
    Twoja wycieczka, oczywiście, po co się czegoś dowiadywać. Takie nuuudy naukowe. Jasne.

    Alicja

    ReplyDelete
  9. Alicjo--> Nie wiem jak Ty, ale ja zyje dla wlasnej przyjemnosci i tak jak ja chce i lubie. Nie musze zwiedzac swiata tak jak inni. Naukowcem juz nie bede, historykiem tez nie, jesli gdzies jade, to wystarcza mi minimum informacji. A jesli dane miejsce, czy miasto zrobi na mnie wrazenie wtedy moge sie pokusic o zdobycie wiekszej wiedzy. Wcale nie musze wiedziec wiecej, wcale nie musze byc encyklopedia, czy wikipedia, tak samo jak nie musze byc postrzegana jako osoba o nadzwyczajnej inteligencji czy elokwencji. W poprzednim komentarzu zarzucilas mi, ze pewnie nawet nie zauwazylam, ze ludzie do restauracji przychodza z wlasnym winem. Wiesz, faktycznie nie zauwazylam, bo jak juz ide do restauracji i stac mnie na obiad, to i na wino. Jak nie to siedze w domu i jem to co upichcilam i pije wino kupione w sklepie. W zyciu nie przyszlo mi do glowy isc z wlasnym winem do restauracji, zwlaszcza we dwoje. Ja pije biale, Wspanialy czerwone i zadne z nas nie wypija wiecej niz lampke, to co mialabym isc do restauracji z dwoma niepelnymi butelkami wina, tylko dlatego zeby bylo taniej? czy dlatego ze mozna?
    Jestem juz za stara na to zeby robic co wypada, albo co mozna. Nareszcie moge robic to co chce i jak chce. Ja zwiedzam tak, Ty inaczej, czy to znaczy, ze jedna z nas robi to zle?
    "Zyj i pozwol zyc" to jedyna recepta na zycie z ktora sie zgadzam.

    ReplyDelete
  10. Niezrozumienie, Stardust :)
    Więc wyjaśniam. ja też piję wino w restauracji ichnie, na pewno jedną z przyczyn jest to, że w Kalifornii nie można przyjść z własnym i otwierać. To znaczy można, ale i nie wszędzie i jeśli już, to zawsze za opłatą, która często przewyższa cenę butelki, którą przynosisz, więc nie ma to sensu. A w prowincji Quebec nie ma za to żadnych opłat i jest to normalne. Obserwując restauracje w Montrealu widziałam, jak co najmniej 50% ludzi przychodzi z własnym. Tego w Nowym Jorku nie widzi się prawie wcale. W Kalifornii też nie. A więc jest to NIEZMIERNIE ciekawe. Pisałaś o restauracjach, więc miałam nadzieję, że to zauważyłaś. I tyle.
    :)
    Alicja

    ReplyDelete
  11. Alicjo--> Niezrozumienie to moim zdaniem polega glownie na tym, ze ja w Montrealu spedzilam 2 dni, a Ty kiedys mieszkalas w Canadzie, byc moze wlasnie w Montrealu.
    Ja naprawde jak jestem w restauracji to nie patrze kto z kim wchodzi albo co przynosi. No, przygladanie sie ludziom pod tym katem nie lezy w mojej naturze. Mam nadzieje, ze wybaczysz? :)))

    ReplyDelete
  12. oooooh nie! To jest coś co jest OGROMNĄ różnicą między i innymi prowincjami Kanady i USA. Znasz termin "people watching"? Trudno tego nie zauważyć, naprawdę! No ale może jesteś bardzo zakochana i nie zauważasz innych. Dobrze. Szkoda, że Ci tak ważna kulturowa różnica nie wpadła w oko. No, ale dla Ciebie mieszkańcy Montrealu to Francuzi przecież. A dla wielu Amerykanów Polacy to ruscy. Same difference, jak to się mówi. :)
    Alicja

    ReplyDelete
  13. Alicjo--> Pozwolisz, ze nie skomentuje, bo Ty w dalszym ciagu nie widzisz roznicy miedzy byciem gdzies raz, a mieszkaniem przez jakis czas. Ty po prostu lubisz miec racje:)))

    ReplyDelete
  14. Beata--> Oj przeoczylam Twoj komentarz, jak moglam, sorry.
    No wiesz ja juz taka malupa jestem bez serca:)) i do tego ignorantka straszna:))

    ReplyDelete
  15. Star,
    jestem Ci niezmiernie wdzieczna za ta notke.

    Jednak New Orleans.

    PS. Niedobra Ty, jak moglas sie tak wyrazac o sakralnych zabytkach.

    ReplyDelete
  16. Lukrecjo--> Jednak:)) Z tymi sakralnymi zabytkami to faktycznie dalam ciala:)))) Szkoda tylko, ze ktos juz im wczesniej przypierdolil rozowym szkielkiem:))

    ReplyDelete
  17. Stardust, powiem wszystko Wspaniałemu:))

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...