Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Friday, January 1, 2010

Pic albo nie pic..

... oto jest pytanie.
Temat nieco noworoczny, a przynajmniej na czasie jak jeszcze niektorym dymi czaszka po sylwestrowych zmaganiach z procentami.
Byl taki czas, ze mialam jak to sie mowilo "mocna glowe", czyli moglam naprawde wypic i nie raz przyzam sie wypilam, ale komu z nas sie to nie zdarzylo?
Natomiast mialam jakis dziwny, silnie dzialajacy instynkt zachowawczy i nigdy nie zdarzylo mi sie wypic za duzo w towarzystwie niepewnym, czyli towarzystwie, w ktorym do konca nie czulam sie bezpieczna.
Jesli bylam w towarzystwie kogos, do kogo mialam absloutne zaufanie instykt szedl spac i moglam przekroczyc granice.
Pamietam pierwszy raz przekroczylam te granice bedac z Owczesnym w restauracji.
Kryste wypilismy po pol litra na glowe!!! Wodki!!!
Oczywiscie bylo to rozlozone w czasie kilku godzin, bo siedzielismy tam w tej knajpie od bardzo poznego sniadania az do obiadu, a wiec procenty byly gesto przeplatane jedzeniem.
Prowadzilismy przy tym bardzo powazne rozmowy i jakos tak poszlo. Jak juz skonczylismy to wyszlismy z knajpy, byla zima i pamietam, ze bylo bardzo zimno, poszlismy do hotelu, w ktorym wlasnie spedzalismy urlop i ja nawet otworzylam drzwi pokoju.. i wiecej nie pamietam.
Niezbyt to chlubne uczucie, ponoc rozbieralam sie w marszu rzucajac czesci garderoby po drodze na podloge, caly czas mowiac z sensem, ale jak juz doszlam do lozka, to zasnelam w pol slowa.
Od tamtej pory wiedzialam, ze nawet mocna glowa ma swoje granice.
I uwazalam, przez lata wiec nie mialam podobnych przypadkow.
Zreszta jestem zdania, ze nie ma gorszego widoku niz pijana kobieta z przyklejonym do twarzy usmiechem starajaca sie na sztywno utrzymac poze.
Wiele lat pozniej, jak poznalam Wspanialego, postanowilam rzucic palenie, bo Wspanialy nie palil.
Jak sie to skonczylo? wiemy. Wspanialy pali, ja obecnie popalam, bo to on nie rzucil nawet jak ja rzucilam. Slowem mam wplyw i jestem rownie wplywowa;)
Ale wtedy postanowilam rzucic i mialam wrazenie, ze to latwo pojdzie, bo skoro on nie pali, to przebywanie w jego towarzystwie bedzie sprzyjajace procesowi rzucania.
Byl akurat jakis swiateczny 5 dniowy weekend, bodajze 4 lipca, wiec pojechalam do niego na cale 5 dni z mocnym postanowieniem niepalenia.
Pierwsze dwa dni jakos przebolalam, chociaz nie powiem, nie bylam milym partnerem do towarzystwa, ale biedny Wspanialy sie posiwiecal jak mogl. Wymyslal rozne zajecia i niespodzianki zebym tylko mogla zapomniec o papierosach. Trzeciego dnia juz mialam dosc, a i lista jego pomyslow byla coraz krotsza.
Kto wpadl na swietny pomysl zrobienia pinacolady? nie wiem, bo do dzis nie ma ochotnika do przyznania sie. Faktem jest, ze pojechalismy do sklepu i zakupili gotowy mix, bo zadne z nas nie mialo pojecia jak to zrobic. Wspanialy wlasnie tydzien wczesniej zanabyl nowy blender, wiec wiadomo mial sie czym bawic i tak sie zaczelo. Temperatura na zewnatrz siegajaca 40C a my oboje na balkonie popijamy pinacolade.
Dobrze to idzie, bo zimne i lagodne, ale swoja moc ma.
Z livingroom dobiegala glosna meksykanska muzyka, do jedzenia mielismy jakies fingerfood i bylo fajnie.
W trakcie jak pokonywalismy trzeci dzbanek Wspanialy poszedl do sypialni i zorganizowal romantyczny wystroj na dalsza czesc wieczoru, w postaci tuzina plonacych swiec na szczescie ustawionych w zaroodpornym naczyniu jako podstawie. Bylo swietnie, nastrojowo, przyjemnie, romantycznie, bosko, slonce juz zaszlo, upal ciagle zostal, bo to niezalezne, a my wlasnie konczylismy ostatniego drinka.
Obudzil mnie trzaskajacy bol glowy i glosna muzyka ciagle dobiegajaca z livingroom, tyle, ze lezalam w lozku obok Wspanialego.
Kryste!!! Jaki wstyd? jak sie mozna tak narabac? co on sobie o mnie pomysli?
I jak tak lezalam nieruchomo, oczy ciagle zamkniete i bijac sie z myslami dobiegl mnie glos Wspanialego:
-- Czy Ty pamietasz w jaki sposob dostalismy sie do lozka?
Odetchnelam z ulga, skoro on nie pamieta, to nie jest tak zle.
Po wylaczeniu muzyki i oczyszczeniu wosku ze sciany zwalilismy wine na rum, na pogode, na pinacolade.
Widocznie nam nie sluzy.
I ambitnie unikalismy rumu. Az do czasu kiedy bedac w Philadephii odwiedzilismy swietna kubanska restauracje Cuba Libre. Jesli ktos z czytajacych ma mozliwosc to serdecznie polecam.
Super restauracja, piekny wysrtoj, doskonale jedzenie i jeszcze doskonalsze mojito.
Och jak nam bardzo posmakowalo to mojito!!! A ze mamy spory kawalek grzadki przydomowej zarosniety mieta, to postanowilismy zrobic mojito w domu.
I pewnego pieknego weekendu nadszedl ten czas, zeby jeszcze raz zmierzyc sie z rumem.
Jedlismy wlasnie pozny obiad na tarasie, jak Wspanialy zarzadzil, ze dzis jest ten dzien, swieza mieta pachnie, limonki w domu i rum tez jest, bo jakos zawsze jest, skoro go sie unika.
Namieszal, nabeltal i zaczelismy.
Mmmmmm niebo w gebie, mojito jak sie patrzy.
Po trzecim przeszlam przez moskitiere w drzwiach na taras, na szczescie rama puscila i cala moskitiera wypadla z hukiem ale nie zrobilam dziury.
Baknelam cos na okolicznosc, ze ja chyba juz mam dosc, ale gdzie tam? moj maz wlasnie nabral ochoty.
Bo na codzien to my nie pijemy, ale raz na kilka lat to mamy ochote.
Poddalam sie i tak siedzielismy chyba do 4 rano, zupelne deja vu z tamtego lipcowego weekendu, tylko muzyka bardziej cicha i zamiast swiec na tarasie plonely lampy dorozkarskie z olejem przeciw komarom.
Nareszcie zdecydowalismy, ze pora spac.
Moj kochany jeszcze mu pol metra do poduszki brakowalo jak juz spal.
Ja sie polozylam i czuje jak sufit zaczyna mi tanczyc przed oczami.. i takie slodkie uczucie gdzies z glebi gardla... NIE!!!
Siadlam szybko, zeby to tylko zwalczyc!!! Wszystko tylko nie rzyganie!!! Kryste!!! Ja wole umrzec niz rzygac!!! Zrobilam kilka oddechow w pozycji siedzacej i juz, juz bylo lepiej, wiec powoli chcialam sie polozyc, jak nagle ta slodycz znow nadeszla, tym razem bardziej gwaltownie.
Zerwalam sie z lozka, wpadlam do sypialniowej malej lazienki i...nie wycelowalam w pore.
Kurwa!!! Wisze nad kiblem i rzygam ale caly czas wiem, ze sekunde wczesniej obrzygalam kabine prysznicowa. Ta mysl nie daje mi spokoju... musze isc przez cale mieszkanie do kuchni po reczniki papierowe i jakos to sprzatnac.
Po drodze do kuchni jeszcze wpadlam do duzej lazienki i znow rzygnelam, na szczescie tym razem wycelowalam odpowiednio. W kuchni zerwalam pol rolki papieru i poszlam z powrotem do sypialni, po drodze do lazienki rzucilam okiem na Wspanialego, ktory spal jak kloda pochrapujac lekko.
Wkurwiona weszlam do lazienki i jak tylko spojrzalam na te obrzygana kabine, to mnie znow naszlo, nastepna fala rzygania. Wiec znow zawislam glowa nad kiblem a reka wygieta do tylu staralam sie zebrac co sie dalo ze sciany kabiny. Za jasna cholere nie chce tam spojrzec!! Mam dosc rzygania!!
Nareszcie jakos przeszlo... Wrocilam do lozka, polozylam sie.
O Kurwa !!! Znow to samo, sufit zaczyna tanczyc, slodkosc w gebie wymieszana z gorzkoscia dopiero co zakonczonej walki.... polecialam znow do kibelka.
Po trzecim podejsciu, jak juz nic we mnie nie bylo, to nagle zamarzylo mi sie zeby sie napic wody, zwyklej wody. Tylko, ze po te wode trzeba znow zapierdalac do kuchni.
Szturchnelam Wspanialego i glosem zlamanym bolescia wyjeczalam:
-- Kochanie, ja sie bardzo zle czuje..
-- Oj, to idz sie wyrzygaj i Ci przejdzie - wymamrotal i zasnal.
Ja pierdole!! Mialam go ochote zabic, tylko sil nie styklo!!!
Powloklam sie po te wode, wyplukalam otwor gebowy, napilam sie i nareszcie zasnelam.
Rano siadlam na lozku i wydeklamowlam na jednym oddechu:
-- Ja wczoraj rzygalam i niechcacy obrzyglam kabine prysznica w malej lazience, ja tego nie chce widziec i ja tam nie wejde. Jesli sie musimy przeprowadzic to trudno, ale ja tego nie chce widziec.
Popatrzyl na mnie dziwnie, zupelnie nie majac pojecia o co chodzi, a potem posprzatal te lazienke.
Ciagle tutaj mieszkamy.
Ale wiem na pewno, ze z rumem mi nie po drodze.

23 comments:

  1. Hahaha... Ale opis! Znam to uczucie (kręcenie w głowie + rzyganie) i bardzo, bardzo skrzętnie go unikam. Ja też kiedyś miałam w miarę mocną głowę, ale już nie mam. Mojito nigdy nie próbowałam, ale narobiłas mi ochoty ;).

    ReplyDelete
  2. No niestety szelki z pupy opadly, do przewidzenia, prawda??
    Aperitifowy drinczek zamienil sie w kompletna rozpuste. Skutki uboczne pewno nastapia wkrotce.
    I z ambitnych planow nici na dzien dzisiejszy nici.
    Tobie zazdroszcze, ze tak zwinnie sie potrafisz rozpisac, a Lorenzy, ze taka sentencyjna, a ja po prostu jakas autystyczny,upita zamorska mazgajka

    ReplyDelete
  3. Mnie też się to zdarzyło, ale już po drugim kieliszku. Byłam pewna,że zejdę z tego świata.Teraz to już wszyscy wiedzą,że ja od samego spojrzenia na alkohol to jestem pijana. A wszystko przez to,że chorowałam na wirusowe zapalenia wątroby typu B i nim się zdążę upić już choruję.
    Miłego, ;)

    ReplyDelete
  4. W zasadzie to ja jestem alkoholik obserwator... tylko czami jakieś winko:)

    ReplyDelete
  5. Były takie czasy, golenie się na przystanku autobusowym "na sucho"... prosto z imprezy do pracy :-)))

    ReplyDelete
  6. Kochani zanim odpowiem indywidualnie to musze stwierdzic, ze MOJA cysterna juz odjechala:))) Minely na szczescie te czasy, dlatego moglam nareszcie napisac o tych kilku epizodach:)))

    ReplyDelete
  7. Aneta--> Mojito w dalszym ciagu lubie, ale w ilosci 1 (slownie jedno). Generalnie jestem typem, ktory nie rzyga, wiec tamten wieczor to byl dla mnie HORROR.

    ReplyDelete
  8. Kolkliko--> Ostatnio zmarnowalismy cala butelke dobrego szampana, bo przez caly sylwestrowy wieczor wypilam jedna lampke chardoney i jedna lampke szampana i co robic z reszta? Wzielo sie i zmarnowalo:)))

    ReplyDelete
  9. Anabell--> To Ty od poczatku nalezalas do grupy, ktorej z alkiem nie po drodze:)) Przynajmniej uniknelas takich doswiadczen. Z perspektywy czasu to smieszne, ale teraz juz sobie nie wyobrazam, zebym miala nastepnego dnia nosic wlasna glowe w rekach;))

    ReplyDelete
  10. Nivejka--> Lampke wina do obiadu lubie i czasem popelniam. Juz chyba generalnie nadszedl czas lekkich alkow, chociaz malym kieliszkiem dobrej nalewki nie pogardze;) Sama lubie sie bawic robieniem nalewek, wiec sa pod reka i tylko odkurzac je trzeba;)))

    ReplyDelete
  11. Lechovski--> Prosto z imprezy do pracy (tylko szybki prysznic) poszlam ostatni raz majac 42 lata. Caly dzien z garscia tictacow w ustach, jak grzechotka. Ale przezylam, najbardziej mi jednak przeszkadzal brak snu, bo wtedy nie pilam wiecej niz 2-3 drinki przez cala noc.

    ReplyDelete
  12. mam w życiorysie kilka tak koszmarnych pijackich epizodów, że wstyd i z których wynika, że najmniej mi po drodze z żubrówką ;)))

    ReplyDelete
  13. Spt--> Mysle, ze nie Ty pierwsza, ani ja ostatnia. Problem w tym, ze wiekszosc ludzi nie przyznaje sie do swoich wybrykow, bo to godzi w image. Ja tam olewam image, mozna miec piekny, blyszczacy image i byc szmata. Lepiej wybrac cos pomiedzy;)) tak sobie mysle w tej mojej malej glowce;)

    ReplyDelete
  14. spt , z moich doświadczeń wynika , ze mi z żubrówka tez nie po drodze. z drinków to wchodzi mi gin z tonikiem. a w ogóle najbardziej lubię mocne alkohole w niedużych ilościach i w dobrym towarzystwie.

    ReplyDelete
  15. Pokuszę się o stwierdzenie, że opis ten doskonale pasuje do studenckiej imprezy :)

    ReplyDelete
  16. Grzegorz--> No masz, to teraz nie wiem czy sie cieszyc, czy plakac? bo wychodzi, ze sie zatrzymalam alkoholowo w wieku studenckim, albo jednak jeszcze nie wypilam tej mojej cysterny:)))

    ReplyDelete
  17. Ja mam taką nazwę na ten stan, zwykle poprzedzający rzyganie: 'helikoptery'. Już dawno tego nie czułam, bo staram się nie przekraczać mojej normy, a helikoptery to najgorszy jak dla mnie skutek. Nadlatujący helikopter zwiastuje, że prędzej czy później będzie 'rozmowa z tygrysem'. Uaaa...

    ReplyDelete
  18. Agatha--> Bardzo mi sie podoba, biore helikoptery i rozmowe z tygrysem tez biore:))) Nie bardzo wiem do czego i kiedy wykorzystam, bo tamte helikoptery to byly chyba 5 lat temu, ale zle nie spi;)) Lepiej miec takie slownictwo na stanie.

    ReplyDelete
  19. a mi rum nigdy nie spłatał takiego figla, nawet w połaczeniu z piwem i cytryną :)

    ReplyDelete
  20. Już przeczytałem i komentuję :))), uczucie tzw. helikoptera to była moja zmora lat młodzieńczych, jak bym nie był pijany musiałem pod trzeźwieć aby położyć się spać no chyba, że decydowałem się na haftowanie okolicy, masakra. Po paru latach opracowałem specyficzna pozycję embrionalną w której dawałem rade zasnąć. najlepiej jest teraz bo jak się upodlę to po prostu zasypiam i tylko moja zona musi zdążyć przede mną zasnąć bo potem nie ma szans tak chrapię :)Generalnie wole lekkie alko typu wino ale czasami wódeczką też nie pogardzę tak dla oddechu :) Ten Sylwester był pod znakiem szarlotki czyli żubróweczka z sokiem jabłkowym jak dla mnie pychota, nie czujesz jak schodzisz :), pijesz sobie sok jabłkowy a rano wyrzucasz flaszkę po żubrówce. Wyjątkowo zdradliwe "ciasto" ale przyjemne w smaku i doznaniach :) Pozdrawiam

    ReplyDelete
  21. hyhyhy,pierwszy raz piłam rum kiedy byłam w liceum.
    Ojciec dostał go od jakiejs delegacji niemieckiej i trzymał w barku nie wiedząc co z nim począć(nie lubił).Koleżanka przyszła i chciałam zaszpanować ( to lata siermiezne przecież były) że posiadam TAKI PIRACKI trunek i polałam...Dżizassssssssssssssss !!!:)))) ale żeśmy się upiły !!!!!!
    a to było chyba ze 2 kieliszki na łeb:))),normalnie jak w Ani z Zielonego Wzgórza;>>>
    Ale rodzice nigdy się nie dowiedzieli,bo ja dolalam do butelki nie pamiętam juz co no i wypiłyśmy KAWĘ na otrzeźwienie ( i chyba jużwiem czemu tej kawy nie lubię:))

    ReplyDelete
  22. Pieknie cala sytuacje ujelas... Naprawde.Prawie takie samo rzyganie albo gorzej mialam po szampanie i czyms do palenia, w Strasbourgu w Sylwestra 2000. Na sama etykietke Moet blabla jest mi do tej pory niedobrze.

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...