Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Friday, February 12, 2010

Poczatki nowego zycia

Normalne zycie zaczelo sie zaraz po tym pierwszym weekendzie.
Vicky i Owczesny szli do pracy a ja zostawalam na placu boju, uzbrojona li tylko w moja inwencje tworcza i ich dobre rady i ostrzezenia.
Przy telefonie (nie bylo jeszcze sekretarek) mialam kartke z fonetycznym zapisem "Nie mowie po angielsku, prosze zadzwonic po 16tej" bo wiadomo, ze telefon odebrac musialam, na wypadek gdyby to dzwonila Vicky, Owczesny, lub Marysia.
Marysia byla kolezanka Vicky, rowniez polskiego pochodzenia i bardzo ja lubilam.
Nie pracowala, mieszkala jakies 10 minut drogi od nas i w przeciwienstwie do samej Vicky byla dla mnie doskonalym zrodlem wartosciowych rad i pomocy. Vicky, jakkolwiek kobieta o zlotym sercu, na niewielu rzeczach sie znala, albo nie chciala znac, a przede wszystkim byla za leniwa zeby zglebiac lub poszerzac jakas wiedze, a tym bardziej jeszcze komus ja przekazywac.
Dewiza zyciowa Vicky bylo "ja do domu nieudana" i "zakonnice w szkole mnie przeklely, to ja na maz nigdy nie poszla" I faktycznie tak bylo, dla przykladu powiem Wam jak Vicky gotowala rosol, zreszta jedyne co twierdzila, ze potrafi ugotowac(???).
Wiec, w sobote lub niedziele o 10 rano Vicky zabierala sie do gotowania. W tym celu wyjmowala z lodowki wczesniej zakupione "skrzydlki" kurczaka, marchew i cebule. Skrzydlki wrzucala do gara, dodawala obrana marchew i cebule, z tym, ze marchew w calosci, a cebule dziabnieta na cwiartki.
Zalewala to wszystko duza iloscia wody, stawiala na kuchence i szla spac.
Budzila sie w zaleznosci od humoru, czyli moglo to byc w poludnie, wtedy zagladala do gara, dodawala sol i gotowala nadal, wcale nie regulujac wielkosci plomienia pod garem.
Jesli obudzila sie pozniej i po zagladnieciu do gara, okazalo sie, ze woda sie wygotowala to uzupelniala jej ilosc zimna kranowa, sypala sol i gotowala dalej tak dlugo dopoki nie stwierdzila, ze jest glodna.
Jak byla glodna, to uznawala, ze rosol jest gotowy, zupelnie nie przejmujac sie smakiem.
A gotowala, bo miala czasem taka ochote, trudno jej bylo przetlumaczyc, ze nie musi. Dodatkowo Vicky opiekowala sie starsza i chora pania Gienia, ktora kiedys byla jej niania. To Vicky dokarmiala biedna Gienie tymi swoimi wyczynami kulinarnymi. Dopiero jak sie zorientowalam w czym rzecz, to sama przygotowywalam niedzielne posilki dla Gieni. W zwiazku z moim przejeciem kuchni Vicky byla bardzo zadowolona, co wieczor po obiedzie szla prosto do telefonu i wydzwaniala do swoich kolezanek, zaczynajac kazda rozmowe od slow "my dzisiej jedli" a konczac na "ona moze gotowac we francuska restauracja"
Tutaj nalezy wspomniec, w kwestii wyjasnienia, ze mieszkalismy razem.
Dom byl wlasnoscia Vicky, ona tam wczesniej mieszkala ze swoja kuzynka, ktora zmarla kilka miesiecy przed moim przyjazdem i Vicky bala sie sama mieszkac, wiec przez jakichs wspolnych znajomych, droga lancuszkowa Owczesny zostal namowiony na zamieszkanie z nia. Gore domu wynajmowala samotnej policjantce, ktora lata pozniej odkupila od Vicky rowniez dol i opiekowala sie nia az do smierci, bo Vicky zmarla 7 lat temu.
Warunki mieszkalne byly przyzwoite, tanio i byla rowniez osobna sypialnia dla Potomka, wiec Owczesny sie zgodzil. W sumie mieszkalismy tam przez 5 miesiecy, czyli do czasu otrzymania mieszkania miejskiego, o ktore moglismy sie starac dopiero po naszym przyjezdzie bo potrzebne byly nasze dokumenty.
No wlasnie, trzeba bylo zalatwic dokumenty, a w zasadzie to jeden najwazniejszy dokument czyli tzw. Karty Social Security. Pojechalismy do tego biura oczywiscie z Marysia, bo zdecydowanie nie poradzilabym sobie bez tlumacza. Zajelo nam to prawie caly dzien, ale zalatwilysmy wszystko lacznie z odciskami palcow i inne duperele, teraz tylko nalezalo czekac na gotowe karty, ktore mialy przyjsc poczta.
Na szczescie tlumaczenia wszystkich dokumentow w sensie aktow urodzenia itp. przywiozlam juz gotowe z Polski, ale nie przywiozlam ksiazeczki szczepien dziecka, a to bylo bardzo wazne.
Bez dowodu szczepien, dzieciaka nie moglam zapisac do szkoly, albo musialby przejsc na nowo wszystkie szczepienia hurtem, co oczywiscie nie bylo madrym posunieciem.
Zadzwonilam do domu i poprosilam rodzicow zeby przyslali, listy w tamtych czasach szly ok. miesiaca a tym bardziej polecone, tak wiec Potomek siedzial caly miesiac w domu zanim poszedl do szkoly.
Odbilo sie to na nim negatywnie, bo przez ten miesiac zorientowal sie, ze nikt jego nie rozumie i on tez nic nie rozumie, zamknal sie w sobie i nawet jak dzieci z okolicy przychodzily prosic, zeby sie wyszedl pobawic to za nic na swiecie nie chcial.
Ja natomiast przywiozlam sobie ksiazki do samodzielnej nauki angielskiego i probowalam sama w domu jakos sie uczyc, szlo mi to jako tako, bo niby uczylam sie pojedynczych slow i zasad gramatyki, ale nie potrafilam ich sensownie zastosowac.
No i oczywiscie zaczynajac od podstaw czyli niejako angielskiego elementarza, mialam zupelnie inne potrzeby niz te pierwsze ksiazkowe lekcje. Ksiazka uczyla czegos podobnego do "Ala ma kota" a ja potrzebowalam isc do sklepu i zrobic zakupy, a to juz bylo bardziej skomplikowane.
W dodatku slyszlam juz historie jak to maz znajomej poszedl po zakupy i wrocil z 6 puszkami kociego zarcia, bo "byly tanie" a nie zobaczyl na nich kota. Nie bardzo usmiechalo mi sie popelnic podobna gafe.
Pamietam jak poszlam pierwszy raz po zakupy do duzego marketu z Marysia.
Tu musze wyjasnic, ze ja bylam wychowana przez kobiete, ktora znakomita wiekszosc zycia spedzila w pozycji stojacej z obawy, ze jak usiadzie to sie spodniczka pogniecie, kobiete, ktora wychodzac ze smieciami musiala miec umalowane usta. I chyba cos z tego we mnie wsiaknelo:) bo do tego sklepu zrobilam sobie loki piekne, makijaz pelny, odpicowalam sie jak stroz na Boze Cialo, obowiazkowo szpilki i zadzwonilam do Marysi, ze jestem gotowa.
Spotkalysmy sie przed sklepem, zupelnie nie zwrocilam uwagi na to, ze Marysia szacujacym wzrokiem przeleciala mnie od gory do dolu i z powrotem. Wzielam wozek i zaczelysmy spacer miedzy regalami.
Od czasu do czasu przystajac zeby obejrzec kolejne produkty, bo przeciez mialam sie zamiar nauczyc, a nie prosic Marysie o pomoc przy kazdych zakupach. W duzych marketach mozna zrobic zakupy bez koniecznosci mowienia, nawet ostateczne "thank you" przy odbieraniu reszty nie jest obowiazkowe, ale jakies podstawowe rozeznanie jest pomocne.
I jak tak chodzilysmy to w pewnym momencie podszedl do nas jakis facet i cos zaczal rozmawiac z Marysia. Ja spokojnie czekalam az skoncza, bo przeciez i tak nie rozumialam slowa, a w zasadzie to rozumialam tylko jedno "Poland", ale o co chodzilo to nie mialam pojecia.
Facet rozmawiajac z Marysia od czasu do czasu spogladal na mnie, grzecznie z milym usmiechem, ale to mnie tez nie dziwilo, bo ja wtedy bylam laska i dosc czesto wzbudzalam takowe spojrzenia, jak i zainteresowanie plci przeciwnej.
Ot co tam!! Pomyslalam sobie dumnie.
Jak wreszcie sobie poszedl to zapytalam Marysie co on chcial?
-- To byl menadzer sklepu, przyszedl zapytac skad Ty przyjechalas? - odpowiedziala Marysia.
Oniemialam!!!
-- Jak to maenadzer? jak to skad przyjechalam?? nie rozumiem, a co go to obchodzi? i w ogole jak to przyjechalam? a skad on wie, ze ja tutaj nie mieszkam od lat? zna wszystkich klientow? - zarzucilam Marysie potokiem pytan.
-- Nie no, nie zna wszystkich klientow, ale Ty sie wyjatkowo rzucasz w oczy - zaczela wyjasniac.
-- ??? rzucam sie w oczy!!! a dlaczego??
-- Rozejrzyj sie dookola, wszyscy normalnie ubrani, na luzie, a Ty jedna jakbys przyszla do teatru - odpowiedziala Marysia z usmiechem.
-- Wiesz tutaj ludzie raczej ubieraja sie bardzo swobodnie, zwlaszcza jesli ida po ziemniaki do sklepu. Ja nie chce, zebys sie obrazila, albo zle zrozumiala, bo to bardzo ladnie, ze tak o siebie dbasz, ale tez nie badz zdziwiona, ze to sie rzuca w oczy.
Do konca zycia tego nie zapomne:)) Z czasem mi przeszlo, ale na poczatek nie moglam zrozumiec, jak kobiety wystrojone do pracy, w eleganckich kostiumach paraduja w ciezkim obuwiu sportowym po miescie, a najczesciej widzialam takie kobiety w subway'u.
Dopiero potem, jak juz sama zaczelam dojezdzac do pracy i nie zawsze moglam liczyc na miejsce siedzace, zrozumialam, ze to sportowe obuwie to dla wygody stania w zatloczonym pociagu, a dopiero w biurze panie zmieniaja obuwie na eleganckie. No wszystkiego czlowiek sie musi nauczyc na wlasnej skorze:)
Nastepne zakupy robilam juz sama, menadzer jak mnie widzial to zawsze wital usmiechem, chociaz staralam sie nie rzucac tak bardzo w oczy, ale to troche trwalo, zanim pozbylam sie odpowiednich lancuszkow genetycznych.
W zwiazku z zakupami to nawet stworzylam sobie moj wlasny slownik polsko-angielski i odwrotnie.
Wiadomo, ze wiekszosc zakupow mozna zrobic odczytujac obrazki na opakowaniu, ale jednak sa takie rzeczy, ktorych nie da sie ocenic z obrazka, albo i w ogole nie ma na opakowaniu obrazka.
Wiec siedzialam w domu i czytalam ogromne dwa tomy slownikow (jednen polsko-angielski, drugi angielsko-polski) i wypisywlam z nich do zeszytu slowa, ktore mialy jakis zwiazek z jedzeniem.
W ten sposob jak czegos potrzebowalam to juz nie musialam szukac w calym slowniku, tylko zagladalam do mojego slowniczka. To pisanie mialo tez jeszcze inny sens, mianowicie, ja mam pamiec wzrokowa, wiec jak pisalam to te slowa szybciej zapadaly mi w pamiec niz takie zaslyszane raz na jakis czas.
Owczesny sie czasem podsmiewal, ze nauczylam sie angielskiego przez zoladek, a ja wiedzialam, ze dzieki temu nigdy nie nakarmilam go kocim zarciem:))
Dodatkowo wiele czasu spedzalam na pisaniu listow do rodziny i znajomych w Polsce.
Pamietam tez swiete oburzenie mojej mamy, jak w jednym z pierwszych listow napisalam cos o Ameryce uzywajac stwierdzenia "u nas". Moja rodzicielka nie potrafila zrozumiec jak ja moglam tak napisac?
A dla mnie to bylo normalne, bo dla mnie tutaj to od samego poczatku bylo u nas.
Jak chodzilam po sklepach i urzedach to dotarlo do mnie, ze najczesciej uzywanym slowem w jezyku angielskim jest "please". Kazdy sprzedawca, urzednik zwracajac sie do klienta/interesanta, zaczyna lub konczy zdanie slowem "please". Troche to bylo szokujace, musze przyznac. I jeszcze dodatkowy szok, to fakt, ze w kazdym sklepie sprzedawca ma obowiazek zapakowac zakupy.
Na przyklad w sklepach w Polsce jeszcze poltora roku temu jak poszlam do marketu, to owszem kasjerka skasowala pieniadze, za artykuly zostawiajac mnie z glupia mina, bo to ja sama mialam sobie je zapakowac do torby. Tutaj nie, tutaj wyklada sie wszystko z koszyka lub wozka na tasme, placi i kasjerka pakuje wszystko w torby. Taka drobna dogodnosc.
I tak to minal mi pierwszy miesiac pobytu w Ameryce..

51 comments:

  1. poprawki: "poradziłabym" razem
    po polsku "menedżer" ewentualnie "menadżer" a jak nie to pisz jak w angielskim "mananger"
    "snikersy" to tenisówki albo adidasy (nawet jeśli nie marki Adidas), bo jak piszesz "snikers" to raczej się kojarzy z batonikiem Snickers, przynajmniej mnie.

    w jakim wieku był Potomek?

    ReplyDelete
  2. DS--> Nigdy nie wiem kiedy koncowke "bym" pisac razem, a kiedy osobno:( Te snikersy przerobilam na obuwie sportowe, bo tenisowki to mi absolutnie do tego nie pasuja. Z tego co pamietam to teniskowki to jest bylejaka szmata z cienka podeszwa, a tu chodzi o powazne buty sportowe:))

    Potomek mial 8 i pol roku jak przylecielismy.

    ReplyDelete
  3. no to faktycznie "buty sportowe" jest idealne.

    "by" piszesz prawie zawsze razem z czasownikami, wyjątkiem jest tylko forma nieosobowa, to znaczy taka, do której nie możesz dodać żadnej osoby, przykład: "zamknęłoby" -> "ono zamknęło, zamknęłoby"
    ale
    "zamknięto by".
    mam nadzieję że widzisz różnicę, wiem że nie jest to oczywiste. najwyżej poprawię :)

    ReplyDelete
  4. DS--> Chyba raczej poprawisz;) bo nawet jak (niby)widze roznice teraz, to na 100% zaraz zapomne:))

    ReplyDelete
  5. ale wy sie zescie koncowkow czepneli i tak wiadomo o co chodzi.star ty i tak pieknie po polskiemu piszesz zawazajac na czas jaki spedzilas na obczyznie.
    ja sie urechotalam poprzednim wpisem.Gdzies ty kobieto takiego faceta wytrzasla.On nie tylko jest wspanialy,on kuzwa zloty jest.ty star go w ramki wsadz i na oltarze daj ,niech za przyklad dla innych robi.no moj tez nie wybredny ale jak mu nie smakuje to poprostu nie je i idzie se jajca sadzone smazyc.
    odnosnie twojego pytania co my z tymi haftami uczyniamy to roznie jest;kartki robimy;cos z nimi szyjemy a te wieksze formatowa to klasycznie w ramke i na sciane.Potem PM gada"ze jak w kurpiowskim domu" ale ja to mam w glebokim powazaniu
    mamuska73

    ReplyDelete
  6. Mamuska--> Wspanialy, no faktycznie jest chlop bez jednego nerwa i zacnosci ogolnie;) A jajca to se smazy jak ja mowie, ze na obiad sa resztki z wczoraj, na nastepne pytanie "a co bylo wczoraj?" odpowiadam z rozbrajajaca szczeroscia "NIC" i wtedy Wspanialy smazy, albo gotuje jajca:)))
    Ha, z tymi haftowankami to ja sie nie dziwie Twojemu PM, tez bym sie czula jak w kurpiowskiej chacie:))) Czy to taki trynd?

    ReplyDelete
  7. Mnie tylko interesuje jedno, jak już oni smażą te jajca to Was też uwzględniają? :-)
    Berni

    ReplyDelete
  8. Berni--> Odpowiem za siebie:) Oczywiscie!!! Nawet moj Potomek jak cos pichcil to wiedzial, ze musi uwzglednic mnie:)
    Gdyby Wspanialy oblal ten egzamin, to nigdy nie mialby szans zostac mezem:)))

    ReplyDelete
  9. Szczęściaro!!! :-)
    Berni

    ReplyDelete
  10. Berni--> Ale dlaczego? przeciez jak ja gotuje to jego tez uwzgledniam;) Czy to wazne kto gotuje? U nas gotuje ten co ma czas i ochote, przyznam, ze w wiekszosci przypadkow ja, ale on za to sprzata. Tak to sie jakos podzielilo;)))

    ReplyDelete
  11. I u nas są sklepy, które pakują towar. Znalazłam 1"))

    ReplyDelete
  12. Czarny(w)Pieprz--> To wszystko o czym ja teraz pisze, to bylo 25 lat temu. Mozesz sobie wyobrazic jaki to byl dla mnie szok;)) Ja co prawda niewiele chodzilam po sklepach bedac w Polse w 2008 ale na tyle na ile bylam to nie pakowali, pierwszy raz to troche glupio wygladalo, bo ja patrzylam na kasjerke a ona na mnie i chyba obie czekalysmy zeby te moje zakupy spakowaly sie same:))))

    ReplyDelete
  13. No to mogłaś przeżyć szok:) Głębokie lata 80 - hohoho...czytałam Delicje Ciotki Dee - właśnie o Polce w Stanach lat 80, mam "pojęcie o wyobrażeniu".

    ReplyDelete
  14. kilka lat temu pracowałam w szkole na wsi...czasami jeździlismy do miasta zintegrować sie z miastowymi, albo do teatru...moje wiejskie dzieci zawsze się wyróżniały tym, że jadąc do miasta ubierały się jak do kościoła i były rozpoznawalne, zawsze! idealnie eleganckie:)

    ReplyDelete
  15. Czarny(w)Pieprz--> A ja tyle slyszalam o Delicjach Ciotki DeeDee ale nigdy nie czytalam. Moze powinnam?

    ReplyDelete
  16. Beata--> Czyli sie sprawdza, bo ja tez ze wsi:) Kielce to przeciez ciut wieksza wies.

    ReplyDelete
  17. Zabawne wspomnienia. Warto takie przechowywać. Jak przyleci dołek to szufladkę sruuuuu... i od razu lepszy humor...:)))

    ReplyDelete
  18. Stardust, to mialas niezly szok kulturowy. Ja zanim do USA przyjechalam to juz co-nieco wiedzialam o tym kraju, na tyle, zeby sie nie rzucac w oczy za bardzo - ale i tak slyszalam wszedzie, ze jestem "dressed up", dopiero tu na miejscu po zmianie garderoby wtopilam sie w lokalny tlum geekow :)

    Odnisnie nauki jezyka tez popelnilam podobny blad, jak Ty. Zanim przyjechalam, tąże metoda usilowalam sie nauczyc mowic, ze skutkiem prawie zerowym...

    Do dzis mam ciezki wstret do jakiejkolwiek gramatyki, wlacznie z polska ;)
    Nauke nastepnego jezyka (pewnie bedzie to hiszpanski) zaczne od rozetta stone i mowienia. Reszta sama przyjdzie ;)

    ReplyDelete
  19. Stardust - ja Delicje Ciotki Dee kupiłam chyba w 89 roku, pamiętam, że to o czym pisała Hołówka to był dla mnie kosmos (dla niej też) - ale dzięki niej dowiedziałam się jak przeciętny Polak w tym czasie odbierał taki kraj gdzie było wszystko i wszystko inaczej. Kiedy wyjechałam pierwszy raz na zachód to już i u nas był zachód:)) A książkę przeczytaj, bo pewnie znajdziesz w niej dużo tego co sama przeżyłaś /chociaż Hołówka była na terenie The Midlands a nie w NY/:)

    ReplyDelete
  20. A mnie Hołówka zraziła, bo miała melodię "wszystko, co w Stanach, to złe", głównie dlatego, że naród bezrefleksyjny, bez historii i nie chcieli z panią Hołówką wchodzić w głębokie dyskursy filozoficzne, tylko uprawiali smalltalk. I wyszukiwała sobie sfrustrowanych emigrantów z byłych (wtedy obecnych) krajów socjalistycznych, żeby jej słowiańską duszę zrozumieli ;-)

    ReplyDelete
  21. ale ja lubię czytać takie wspomnienia!!!

    ReplyDelete
  22. Pisz więcej takich notek Stardust, pisz.
    "Delicje ciotki Dee" uwielbiałam, chociaż one faktycznie bardzo krytyczne były. W tej chwili pewnie już nieco trącą myszką, bo i w Stanach, i w Polsce realia się zmieniły.

    ReplyDelete
  23. Stardust...ja myslała, że Ty z NY :))))

    ReplyDelete
  24. Nivejko--> Wspomnienia mam naprawde fajne:)

    ReplyDelete
  25. Nina--> Mialam szok, bo z kraju gdzie nie bylo nic przylecialam do kraju, gdzie bylo wszystko. Ale wiesz ja sie na to nastawilam, dlatego pelne polki w sklepach nie robily na mnie wrazenia, poza tym, ze ciezko bylo wybrac np. make:)))

    ReplyDelete
  26. Czarny(w)Pieprz--> No w Midland, to pewnie bym umarla nawet dzisiaj:))) Nowy York, to jednak nie Ameryka, to miasto jest wyjatkowo inne i specyficzne.

    ReplyDelete
  27. Zuzanko--> Dzieki za te informacje, teraz juz wiem, ze Ciotka Dee nie dla mnie. Nie mam czasu ani energii dla sfrustrowanych emigrantow. Jest takich pelno, ale unikam jak ognia. A jeszcze glebia slowianskiej duszy!!! to sie mozna zalamac. Kocham ludzi szczesliwych, a cala reszta niech sobie cierpi pomalutku;))

    ReplyDelete
  28. Evek--> Ja tez lubie wspomnienia, zwlaszcza pozytywne, jak ktos marudzi i narzeka to mam mu ochote leb ukrecic i nasrac w korpus;)))

    ReplyDelete
  29. Melissa--> Postaram sie pisac troche tych wspomnien, zanim zupelnie uleca w niepamiec;)) Masz racje, to wszystko juz wyglada inaczej, glownie w Polsce wiele sie zmienilo. Ale na poczatku bylo mi glownie przykro, ze moja rodzina, przyjaciele nie moga miec tego wszystkiego. Chociaz ja tez nie mialam wiele, a nawet mniej niz oni, bo ja sie musialam dopiero dorabiac, ale jedzenia nie brakowalo i bylo co tylko czlowiek sobie zamarzyl. Na codzien a nie od swieta. Ech stare czasy;))

    ReplyDelete
  30. Beata--> Teraz jestem z NY, ale jak poszlam po tamte zakupy 25 lat temu to bylam ze wsi:))))

    ReplyDelete
  31. Stardust - jak na tyle lat na obczyźnie, piszesz naprawdę ładną polszczyzną.
    Dzięki za odkrycie dla mnie Chris.
    Dzięki dla Chris, że wywołała w Tobie wspomnienia z Twoich początków w US
    :)

    ReplyDelete
  32. Rotos--> Dziekuje bardzo:) Ja tez sie ciesze, ze Chris trafila tutaj i mozemy sie nawzajem odwiedzac. Jej blog to w jakims sensie podobne doswiadczenia, tyle, ze po drugiej stronie;)

    ReplyDelete
  33. Zuzanka:

    ja akurat Holowke w tym wzgledzie rozumiem.
    Smalltalku nienawidze tak samo - jest to po prostu dla mnie zupelna strata czasu.
    Jak mam pieprzyc o byle g. zeby tylko szum byl, to wole nie mowic nic i napawac sie cisza no i wychodze na gbura.

    W zupelnosci wystarcza mi "hi how are you".

    ReplyDelete
  34. Ja już nie poprawiam żadnych Twych błędów, a właściwie prawie ich nie widzę, delektując się treścią i na niej skupiając uwagę. Nie wiem czy pisałabyś tak barwnie, gdybyś namyślała się nad każdym słowem, jak je napisać - razem czy oddzielnie -... itp oraz itd. :)
    W końcu to nie klasówka z j.polskiego i spoko, spoko - nasza wolna Amerykanko z charakterkiem !!
    Bardzo wielu rodaków w kraju, nawet w mediach,jest bardzo "na bakier" z polszczyzną, ale to już jest niewesołe, niestety... :/

    ReplyDelete
  35. Stardust, Twoje wspomnienia są naprawdę ciekawe i godne opisania. Z perapektywy czasu widać co człek przeszedł i z czym się zmierzył. Nawet może być, to pouczające dla innych. Ja byłam UK jakieś 18 lat temu, jak moje dzieci były jeszcze małe. Pojechałam tam niespodziewanie i nie znałam wogóle języka. Jednak potrzeba mnie do tego zmusiła i musiałam nuczyć się trochę i języka i sama też jeździłam metrem. Mimo że byłam tam dość krótko, bo ponad rok, to też przeszłam tam taki "chrzest bojowy" i niejedno mogłabym opowiedzieć. Cóż, to były czasy. Człowiek był wtedy młody, miał zapał i werwę, ale te czasy już minęły bezpowrotnie. Lea

    ReplyDelete
  36. Nina--> Ale czy Ty odczuwasz presje uprawiania smalltalku? bo ja nie. Owszem czasem z klientkami pieprzymy o tym i owym, ale trudno zebym oczekiwala od nich rozpraw filozoficznych, ani to miejsce, ani czas ku temu.
    Do kazdej rozmowy duzej czy malej uwazam trzeba znalezc odpowiedniego pratnera i okolicznosci.

    ReplyDelete
  37. Kwoko--> Mniodzio lejesz na moje serce i morda mi sie usmiecha z radosci. Masz racje czasem pisze i mysli poganiaja jedna druga i nawet nie nadazam klikac:)) Staram sie czytac przed opublikowaniem, ale czasem cos przeocze.
    Chyba jednak w gruncie rzeczy wazniejsza jest historia a nie bledy, chociaz bardzo zalezy mi na poprawnym pisaniu.

    ReplyDelete
  38. Lea--> Kazdy, kto mial okazje znalezc sie w innym srodowisku, w innym kraju, a zwlaszcza kazdy, kto nie znal jezyka przeszedl chrzest bojowy. Mysle, ze takich wspomnien jak moje jest tysiace. A ze czas mija? no coz taki urok czasu, to nie znaczy, ze nie przynosi nic nowego, rownie wspanialego, tylko czasem jestesmy tak zaabsorbowani przemijaniem, ze nie dostrzegamy nowych mozliwosci.

    ReplyDelete
  39. Stardust:
    ta presja za mna gania jak pijany za butelka.
    Atakuje wszedzie - a to w sklepie, a to jak cos zalatwiam, ze o pracy nie wspomne.

    W robocie czasami bylo fajnie, jak trafialam na ludzi bardziej kumatych i interesujacych sie czyms wiecej, o czym mozna bylo pogadac. Przy czym nie mam tutaj na mysli saznistych rozmow o problemach tego swiata, o nie.

    Natomiast zabijaly mnie baby, ktorym geba sie nie zamykala i ciagle trajkotaly o mezu, dziecku, co zjadly, co kupily i gdzie nie byly.
    Bosz...
    Meski odpowiednik tego gatunku to facio rozprawiajacy o Mets albo innej druzynie sportowej.

    W zasadzie by mi nie przeszkadzalo, ale czasami na sile mnie ciagaly na jakies wspolne lunche, wypady etc.
    No a brak socjalizowania sie z szefem oznacza, ze nastepnym razem cie pominie przy awansie...

    ReplyDelete
  40. Ehhh Stardust... tam gramatyka, ja sie absolutnie tym nie przejmuje... Gdy ja czytam to tez 4 razy przynajmniej aby zrozumiec(i nie zawsze mam sukces) To se tak mysle naskrobie tak jak potrafie a reszty sie mozna domyslec ;)

    ReplyDelete
  41. Dobrze, że się tamten znajomy nie uzależnił od kociego żarcia, bo krążą plotki, że producent doyspuje coś, żeby kot już nie chciał nic innego tylko jego :D

    ReplyDelete
  42. W DE pakował tylko zmarły Wallmart, w Polsce pakuje francuski Auchan (i ja zawsze proszę, żeby tego nie robili, bo sama zapakuję się w dwie siaty a oni lutują w piętnaście plastików). Czasem pakują harcerze za datek na obóz/biwak/inną akcję.

    Bardzo fajne są takie wspomnienia pierwszych dni. Wszystko nowe, wszystko inne :-)

    ReplyDelete
  43. Bardzo fajnie mi się czyta twoje wspomnienia. Przenoszę się nie tylko w miejscu ale i w czasie - bardzo lubię te wycieczki :)

    ReplyDelete
  44. Stardust, masz absolutną rację. Trzeba zająć się teraźniejszością, tym co jest tu i teraz. A wspomnienia zachować, niektóre w pamięci, a inne włożyć do albumu. Według powiedzenia: "co było, a nie jest , nie pisze się w rejestr". Lea

    ReplyDelete
  45. Nina--> Myslalam i myslalam nad tym i dochodze do wniosku, ze mnie nie meczy ani nie denerwuje smalltalk, bigtalk, stupidtalk;) Aby tylko byl talk a nie meczace cedzenie przez zeby czy z palcem w dupie. Kwurwiaja mnie ludzie, ktorzy mysla, ze sa lepsi czy tez madrzejsi od innych. Tacy co to nie potrafia rozmawiac ze sprzataczka bo nie ma dyplomu. I tu juz nic nie pomoze, nie cierpie tego i tyle.

    ReplyDelete
  46. Diesel--> Ty to sie nie odzywaj;) bo Ty to zupelnie inna para kaloszy, TY miales ile? 6? 7? lat jak wyjechales? To dokladnie tak, jakby moj Potomek za kilka lat zaczal pisac bloga po polsku.
    Ja mialam 30 lat jak wyjechalam, wiec mialam solidne podstawy i chcialabym je zachowac jak dlugo sie da, bo pewnie kiedys i tak dopadnie mnie taka dementia, ze powiem "a mam w dupie, pisze tak jak mysle". Ja Ciebie zawsze podziwiam i poniewaz czasem dostawalam od Potomka jakies notki, czy zyczenia pisane po polsku to nie mam problemu czytania Ciebie. Piszesz swietnie, szczegolnie biorac pod uwage fakt, ze wyjechales bedac dzieckiem.

    ReplyDelete
  47. Magneta--> Oni chyba na szczescie tego nie zjedli, bo sie zona w domu zorientowala, ale ubaw byl z tej historyjki po pachy. Przez lata cale mowilo sie "wyslij Henka po zakupy":)))

    ReplyDelete
  48. Szeherezado--> Bo to jest cala szkola pakowania, to nie takie NIC jakby sie wydawalo. Im nie wolno pakowac miesa z innymi produktami, jajka i mleko zawsze musza byc osobno i jakies tam jeszcze inne przepisy. Jak idziemy po male zakupy to biore nasze domowe torby ekologiczne, wtedy sobie pakujemy sami, bo tak jest, ze przynosisz wlasna torbe i kasjerka juz nie jest odpowiedzialna. Natomiast przy duzych zakupach gdzie i tak zabieram to wszystko do samochodu, to jest bardzo wygodne.

    A pierwsze dni emigracji sa zawsze milym wspomnieniem, szkoda ze wiele z tego ulatuje z czasem;))

    ReplyDelete
  49. Lea-->:))) tak wlasnie tak. Przeszlosc nalezy wspominac, a nie, zyc nia:))

    ReplyDelete
  50. Sebastian--> W tym wypadku wycieczka w czasie jest chyba najciekawsza, bo jak ktos wyjechal 10 lat temu to juz z innej Polski niz ja.

    ReplyDelete
  51. :) to bardzo dobry pomysł, żeby pisać o początkach :) bardzo mnie ciekawie tamtejsze życie i to oczami Polki! Super ;)

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...