Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Saturday, June 5, 2010

spt gościnnie, ale nie o gościnie bo o impresjach z NY

Po tym jak przespałam dobę powlokłam tyłek do sklepu po małe-tak-zwane-co-nieco i wtedy zobaczyłam, że faktycznie jestem już w domu. Bo snickers ma wielkość snickersa. Majonez jest jak majonez. Muffinka ma wielkość muffinki. I wszystko jest akuratne. Przynajmniej jak przystało na potrzeby kobiety co w życiu ma już niestety metabolizm z tych wolniejszych. Więc nie strach jest kupić ciasteczko – bo nie ma wielkości talerza. A wiadomo, że jak się kupi to już na pewno się zje. Przez dziesięć dni w USA unikałam ciasteczek w strachu przed ich rozmiarem. Bo wszystkie było duże.

Ale nie tylko jedzenie.

W USA wszystko jest DUŻE. To jest pierwsza impresja. Budynki, ulice, porcje. Lodówka, kuchenka, majonez. Serek pleśniowy. Mleko. Gałka lodów. No wszystko. Wszystko jest gigantyczne. Co najmniej dwa razy większe. Biurowiec – jak u nas trzy. I w górę i wszerz i wzdłuż. Wieżowiec. Taki normalny. Wieżowiec do mieszkania. U nas maks pięter dwadzieścia. Tam stałam i liczyłam zadzierając łeb w górę aż okulary mi spadły. Miał pięter trzydzieści osiem. Pociąg metra jak wąż. Stacja metra jak stadion. Lodówka mej gospodyni mogłaby robić za szafę. A zostało wyjaśnione, że należy do tych mniejszych - dla rodzin nierozbudowanych.

Więc dupy też mamy większe... – zauważyła Stardust.

Ale to nie jest prawda. To drugie wrażenie na temat z serii zadziwiających. Trąbi się na okrągło o OTYŁEJ AMERYCE. Może i jest otyła. Ale nie Nowy Jork. Owszem czasami można spotkać osobę grubą i jak już się taką spotka to ona jest gruba NAPRAWDĘ. Ale taką osobę się widzi raz na pięćdziesiąt. Cała reszta jest SZCZUPŁA. Mało tego. ZADBANA. To mnie rozczarowało. Sądziłam, że małym kosztem uda się podlansować. Jak na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie w rozmiarze dwanaście jest się super chudziną. Lub na przykład w Szwajcarii – gdzie mając czerwone paznokcie jest się boginią seksu. Albo jeszcze w Norwegii – gdzie w ogóle wystarczy przypominać kobietę. W Stanach się nie udało. Ulice są zapełnione atrakcyjnymi babkami i mimo najszczerszych chęci nie wyłowiłam żadnej bez dobrego pedicuru. Pomalowane paznokcie, fryzury, biżuteria. Łydki rzeźbione joggingiem. A człowiekowi się trzęsą. No katastrofa i już. Bo trzeba zacząć biegać. Lub nadal jeździć na lans do przydrogiej Skandynawii. A Ameryka jest

tania.

Nawet w cholernym czasie czemuś drogiego dolara trampki od hilfigera wychodzą niecałą stówę. Pięćset jedynki lewisa ze sto pięćdziesiąt złotych. Klapki od nine west kupiłam za trzydzieści dolców. Ceny w knajpach – warszawskie. Taksówki nawet tańsze.

(trza jechać na przeceny i jeszcze jak dolar spadnie – bo wtedy to musi być raj)

Nowy Jork mnie zaskoczył. Jest wielki, gwarny i tłoczny. Kolory, neony, huk. Upał trzydzieści stopni. Duża wilgotność powietrza. Powinien męczyć. Zabijać. A NIE MĘCZY. Nie zabija. Łaziłam godzinami myśląc dlaczego jeszcze nie padłam gdzieś z wycieńczenia. Miast - będąc zrelaksowana jak w czasie spaceru po łące. I wymyśliłam, że to musi być kwestia PSYCHICZNA. Bo Nowy Jork jest życzliwy. Wyluzowany. Swój. Tu w ogóle nie ma napięcia. Mimo że jest ostre tempo. Ludzie się nie potrącają. Nie krzywią. Są życzliwi. Korzystają z uśmiechów. W zapchanej jadłodajni sami machają, że można się do nich dosiąć. Na ulicy podchodzą z pytaniem czy może pomóc - gdy człowiek wbija nos w plan. W parku czy zrobić zdjęcie. Zagadują w pociągu i przytrzymują windę. Ustępują staruszkom. Wylegują się na skwerkach. Których jest tam całe mnóstwo. Dokładnie tych od Allena. Na których przez dziesięć dni nie spostrzegłam pijaka. Pyskówek. Przepychanek. Jojczenia. Dręczenia. Lamentów.

I ANI JEDNEJ PSIEJ KUPY.

Lecz podobnie nie spostrzegłam kubłów do segregowania. I to było dla mnie dziwne. Świat segreguje śmieci więc uważałam, że kraj wiodący cywilizację winien tym bardziej mieć osobne kosze na. Nie ma. Choć się rozglądałam. Podobnie jak się rozglądałam za podjazdami na wózki – szczególnie gdy ciągnęłam przyciężkawą walizkę. Też nie zauważyłam. Podjazdów, wind, udogodnień. A jeżeli gdzieś są to całkiem nieoznakowane. Trudne do uwierzenia. Bo w końcu czy jest drugi kraj tak walczący z nierównościami?

Brudno jest całkiem przeciętnie. W Polsce jest większy syf. W Niemczech większy porządek.

Przechodzień z całą pewnością nie jest tam świętą krową i czasem musi uskoczyć przed niecierpliwym kierowcą.

Bałagan na lotnisku. Wkurwiająco-koszmarny.

Przefantastyczne knajpy z każdym rodzajem jedzenia.

Bardzo przystojni faceci. I w mundurach i w garniturach.

Absolutnie nie ma smrodu w srodkach komunikacji - a ja wyczulona na smród.

Central Park, plaża, port. Żaglowce. Helikoptery. Drapacze chmur. Kamieniczki. Schodki przeciwpożarowe. Drzewa w wielkich donicach. Ekskluzywne wystawy. Budy z żarciem. Fontanny. Żółte taksówki. Tygiel. Narodów. Kultur. Języków. Kolorów. Stylów. Gdzie nie da się nie zauważyć, że jest się tylko drobiną gigantycznej struktury. Struktury zwanej światem.

I jeszcze jedno coś. Coś co polecę każdemu.

Piechotą przejść Brooklyn Bridge. W kierunku Manhattanu.

By poczuć to, co czasami tylko daje się poczuć. Od palców u nóg - po głowę. Każdym swoim fragmentem. Że naprawdę warto żyć. I nie oglądać się wstecz. I nie czekać na jutro. Bo TA CHWILA jest piękna. A marzenia się spełniają. Wystarczy na nie poczekać. A potem już tylko sięgnąć.

Czekałam od dzieciństwa. Od dnia, w którym moja ciocia przywiozła mi ananasa. Prawdziwego - nie z puszki. Ananas był Z AMERYKI. Co stała się moim marzeniem.

BARDZO DZIĘKUJĘ STAR:*

36 comments:

  1. ja też, jak cholera! NY i Paryż to moje marzenia, to drugie spełnię, bo dotrę nawet samochodem, to pierwsze, niestety nie...

    ReplyDelete
  2. Ciekawa impresja. Jeszcze bardziej zapragnąłem zwiedzić NY. pozdrawiam

    ReplyDelete
  3. Bardzo podoba mi się Twój opis i Twoja perspektywa. Inna niż jak się siedzi po tej stronie stawu już sporo czasu. O ciasteczkach i muffinkach - priceless! No i oczywiście NYC jest zupełnie inny od reszty Ameryki...

    ReplyDelete
  4. No też się wzruszyłam.
    Jak mi brakuje Twojego pisania...
    I zadowoliłabym się nawet notkami kosmetycznymi albo opisami przyrody.;-)

    ReplyDelete
  5. Pokażę córce, bo się wybiera na początku lipca do NY!

    ReplyDelete
  6. Bardzo sie ucieszylam ta Twoja notka:) Wlasnie chcialam takie Twoje wrazenia, juz po powrocie, kiedy emocje troche ostygna. Rozmawialysmy o wielu roznicach, ale widze, ze nigdy nie wpadlysmy na temat segregacji smieci. Wiec teraz wyjasniam ten brak specjalnych kontenerow. Wiec nie ma ich glownie z przyczyn estetycznych, chociaz to tez nie prawda, bo leza worki ze smieciami na ulicach w odpowiednich dniach, glownie wieczorami. Ale za caly proces segregacji jest odpowiedzialny kazdy obywatel, nie wiem czy zwrocilas uwage, ze nasze smieci plastyk i metal byly w osobnym przezroczystym worku, normalne smieci sa w workach nieprzezroczystych. Na szklo i metale uzywa sie workow przezeroczystych lub przezroczysto niebieskich. Papier musi byc pakowany osobno w karton lub wiazany sznurkiem. Sluzby odbierajace smieci przyjezdzaja osobnymi smieciarami i tak u nas w soboty i srody jada dwie smieciary zabierajace normalne smieci i te w przezroczystych worach do innego samochodu. Tak samo jest w zakladach pracy, sklepach itp. U mnie facet sprzatajacy jest odpowiedzialny za segregacje, ale tez ja musze wyrzucac papiery (magazyny, kartony po dostawie produktow) osobno. W podworku budynku sa osobne kontenery na segregacje i dlatego nie widac ich na ulicach. Do odbioru przyjezdza specjalna firma, ktora jest oplacana przez wlascicieli poszczegolnych biznesow, jak sie wprowadzilam do budynku to natychmiast musialam podpisac kontrakt na odbior smieci. Tak to jest rozwiazane.

    ReplyDelete
  7. Hhehe Snickersy i ciasteczka- jaka to prawda. A z ta segregacją to jest tak- Ty wrzucasz wszystko do jednego worka a później pracownicy to segregują. A wrażenia z Brooklyn Bridge- jak moje.

    ReplyDelete
  8. milo znow przeczytac :)
    i cieszy ze jestes usatysfakcjonowana wycieczka.

    ReplyDelete
  9. Evita--> No nie bardzo rozumiem ten Twoj jeden worek, bo ja juz dwa razy zaplacilam mandat za nieodpowiednie segregowanie. Raz bo pudlo z papierami nie bylo odpowiednio zamkniete, a drugi bo do plastikowego worka wrzucilam opakowanie po jajkach (to takie steropianowe) i dostalam mandat. Nie wiem gdzie Ty mieszkasz, ale... moze bym sie przeprowadzila;)))

    ReplyDelete
  10. Cudnie opisane. Cudnie. Przecudnie:)

    Aż się rozmarzyłam przy porannej kawie.

    ReplyDelete
  11. ...Jak na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie w rozmiarze dwanaście jest się super chudziną. Lub na przykład w Szwajcarii – gdzie mając czerwone paznokcie jest się boginią seksu. Albo jeszcze w Norwegii – gdzie w ogóle wystarczy przypominać kobietę...

    Tak jak 12 lat temu w Polsce na wsi...jejku ja byłam super bogata Amerykanka bo miałam chyba z 10 parów Levi-sy. To było coś bo wtedy Levi's kosztowało w Polsce ponad 400 zl (sprawdziłam) i 400 zl około 10 lat temu było więcej niż teraz.

    Ja też się smiałam na temat wielkości jedzenie...tylko mam problem odwrotnie (bo jestem taka odwrotna). Chcę kupić naprawda duza paczka czipsy na impresa...i musze kupic 5 Polskie paczki dla krasnoludki ;)

    Glad you had a nice trip and a nice visit with your friend :)

    ReplyDelete
  12. Aż mi się łezka zakręciła w oku :-)

    ReplyDelete
  13. wyebauo mi koment w kosmos:(
    Spt, krótko mówiąc: żal, że nie piszesz już bloga, bo zmieniłaś mój osąd i zapatrywania.
    Dziękuję:)

    Stardust: odszczekuję to, co zawsze mówiłam.
    Wiesz co nie?;)

    ReplyDelete
  14. Spt, stanowczo zadam zalozenia przez Ciebie nowego bloga! Chyba ze zaczniesz pisac i wysylac notki do publikacji po koleju kazdemu z rozdzielnika.
    To nie moze tak byc, zeby takie przemyslenia sie marnowaly.

    Mowisz most brooklynski - masz:

    Nie Brooklynski Most
    Edward Stachura

    Rozdzierajacy jak tygrysa pazur
    Antylopy plecy jest smutek czlowieczy
    Nie brooklynski most
    Ale przemienic w jasny nowy dzien
    Najsmutniejsza noc
    To jest dopiero cos

    Przerazajacy jak ozdoba swiata
    Co w malignie bredzi jest obled czlowieczy
    Nie brooklynski most
    Lecz na druga strone glowa przebic sie
    Przez obledu los
    To jest dopiero cos

    Bedziemy smucic sie starannie
    Bedziemy szalec nienagannie
    Bedziemy naprzod nieslychanie
    Ku polanie

    Musi co tez go musial zachwycic?

    Tez mam amerykanskie marzenie, wiec dzieki za przypomnienie. Moim oprocz oczywiscie NYC jest podroz ze wschodniego na zachodnie wybrzeze. Samochodem. Czego kiedys dokonam. Amen.

    ReplyDelete
  15. :))))
    notka świetna:) przypomniała mi opisy mojej teściowej,nie dziwię sie że żyjąc w NY 5 lat nei chciała specjalnie wracać do Polski...

    ReplyDelete
  16. Nie byłam jeszcze w NY, wczoraj przeczytałam relację SPT i nie dziwię się zachwytom.
    Ale nie wiem, czy kiedyś będzie okazja odwiedzić to niesamowite miasto :))

    ReplyDelete
  17. W kwestii tej chęci niesienia pomocy przyszło mi do głowy pewne zdarzenie.
    Wprowadzili się nowi lokatorzy do jednego z mieszkań parę lat temu. Jako że mieszkam tu od urodzenia, czuję się w obowiązku jakoś dać "nowym" do zrozumienia, że mają życzliwych sąsiadów. Dodatkowo akurat byłam świeżo po przygodzie z zamieszkaniem na chwilę w innej części miasta i pamiętałam jak było nieprzyjemnie gdy sąsiedzi mieli mnie gdzieś i nawet na dzień dobry odpowiadali z wielką łaską (nawet faceci co to się powinni pierwsi kobiecie kłaniać). No więc spotkawszy nową sąsiadkę powiedziałam dzień dobry, zagadałam życzliwie. Na koniec poinformowałam, że w razie potrzeby - mieszkam 3 piętra wyżej, nad nimi. Chciałam by się nie czuła tak obco w bloku. Reakcja kobiety? - spojrzała na mnie, jakbym właśnie jej zaproponowała seks grupowy z udziałem jej małżonka, dziatek i jeszcze teściów.

    Od tej pory jestem dużo bardziej powściągliwa w kwestii integracji z nowymi sąsiadami. A tak generalnie...to ja tu chyba nie do końca pasuję. Jestem zbyt otwarta i za dużo się uśmiecham. Wczoraj przejechałam się do centrum miasta gdzie już dawno nie byłam i doszłam do wniosku, że jestem jakaś nieprzystosowana - ludzie dziwnie reagują na mój szerooooki uśmiech.
    Kurka...ale się rozpisałam ;)

    ReplyDelete
  18. Teraz choruje na NY jeszcze bardziej...;-)

    ReplyDelete
  19. Kiedy się ogląda własne miasto z gościem, który przybył skądinąd, to zawsze się widzi zadziwiające rzeczy :)

    ReplyDelete
  20. tak czytałam i opisy pasowały mi do mojego dawnego Liverpool'u, którym absolutnie się zachłysnęłam i który stał się dla mnie inspiracją do porównań z miastami polskimi. I do dziś na wizualizację tego jak tam przebywałam mam mały dreszczyk i uśmiech na ryjku.
    Pozdrawiam.

    ReplyDelete
  21. Star- mówiłam o koszach na śmieci na ulicy czy w metrze, u siebie sama muszę segregować :) O tym pisała spt, że brak segregacji ją zdziwił.

    A i jeszcze mam uwagę co do psich kup- kiedyś zadzwoniłam do siostry spacerując sobie po Manhattanie i też jej tak mówiła. Żadnych kup, wszyscy sprzątają i co? W psia kupę wlazłam właśnie w tym momencie ;)

    ReplyDelete
  22. Evita--> Ja w ciagu tych 25 lat tez raz wlazlam w psia kupe i to przed sama randka ze Wspanialym. Kurde nie moglam domyc buta i troche bylo dziwnie jak po mnie przyjechal;)) Musialam sie przyznac, ale ponoc gowno to na szczescie:))))) No i tym razem faktycznie wyjszlo na szczescie;)
    No tak w koszach na ulicy to masz racje, ale w Polsce tez nie widzialam koszy ulicznych z segregacja.. Za to w Polsce bardzo mi sie podobaly kosze z miejscem do gaszenia papierosow, a tutaj tego nie ma :((

    ReplyDelete
  23. bardzo się cieszę z tej relacji, miałam nadzieję że gdzieś się taka pokaże. dzięki star za użyczenie łamu i spt za odnotowanie wrażeń :)

    ReplyDelete
  24. Zazdroszczę Wam obu :-) Most Brooklyński i trasa woodyallenowska mi się marzy. Nie wspominając o towarzystwie Stardust.

    ReplyDelete
  25. Dziękuję Wam obu za tę notkę :-)

    ReplyDelete
  26. Ponieważ z domu nie mogę komentować - odezwę się z pracy. dziękuję za dziękuję :) bloga pisac nie będę bo stosunek frajdy do ryzyka napastowania przez debili jest zbyt duży. Można dziękowac - jak napiszę do starych bywalców blogowego świata - wiadomo komu - to obstawimy maksymalnie trzy te same typy ;)

    Segregacji nawet nie porównywałam z Polską - u nas ona jest na poziomie absurdu rodem z Misia - człek się nasegreguje, a pan od śmieciarki i tak wszystko w jeden wór wrzuci. Dokonując jakichkolwiek porównań Stanów zawsze ustawiałam im najwyższą europejską poprzeczkę. Segregacja szła mi w stosunku do Skandynawii - gdzie nawet na ulicach są różne kosze na śmieci.

    No to tyle :) Jet leg mi minął. Pierwszy dzień w robocie ;(

    Buziaki :*

    ReplyDelete
  27. O jeny SPT twopje wrażenia spowodowały, że zapragnęłam natychmiast znaleźć się w NY. Pierwszy i ostatni raz byłam tam 10 lat temu i było to spełnienie marzenia... Marzenia, które wydawało mi się nieosiągalne wówczas i gdy moja stopa stanęła w NY to myślałam, że to mi się tylko śni ... Kocham NY:)

    ReplyDelete
  28. mhm... niby wszystko tansze, ale z wyjatkiem kosztow, ktorych nie da sie usunac czyli czynsz (ktos w Wawie placi $1500 za dwupokojowe mieszkanie..?), ubezpieczenie zdrowotne, szkoly dla dzieci.... takie tam.

    Co do reszty... faktycznie w USA ludzie sa mega mili i uprzejmi, nie tylko w NYC. Ja mieszkajac w USA od 11 lat sie przyzwyczailam i nawet nie zauwazam... dopiero jak pojade do Polski zdaje sobie sprawe z roznicy.
    No i psie kupy wszedzie, fakt :)
    I smrod w miejscach publicznych od niemytych cial.

    ReplyDelete
  29. Coś mi się zdaje, że polubiłabym Nowy Jork :-) Świetna relacja, Spt.

    ReplyDelete
  30. powzdycham tu sobie i przeczytam jeszcze raz :O)

    ReplyDelete
  31. Ale fajny opis, rzeczywiscie mozna nabrac ochoty na NY :)

    ReplyDelete
  32. Ale fajna relacja! Ogromnie szkoda, ze juz nie piszesz, Spt!

    ReplyDelete
  33. Też chętnie zwiedziłabym NY, ale to tylko marzenia raczej nie do spełnienia. Wspaniała relacja z podróży.Pozdrawiam:)))Lea

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...