Regulamin


Czytelniku...
1. Jesli czytasz, staraj sie to robic ze zrozumieniem. W przypadku sklonnosci depresyjnych, braku poczucia humoru, dystansu do siebie i otaczajacego Cie swiata, lepiej nie czytaj.
2. Blog zawiera tresci oparte na pogladach autorki, nie TWOICH.

3. Nie ma obowiazku podzielania moich pogladow, natomiast jest obowiazek poszanowania mojego prawa do ich posiadania i gloszenia tutaj.
4. Nawet jesli odnosisz wrazenie, ze cos co czytasz dotyczy Ciebie, to tylko Ci sie tak wydaje. Pisze tylko o ludziach, ktorzy sa dla mnie wazni.
5. Tak naprawde to na swiecie sa tylko trzy wazne dla mnie osoby:
a) ja
b) ja
c) jeszcze raz JA:)
6. Komentowanie mile widziane i cenione, ale pamietaj, TWOJ komentarz swiadczy o Tobie, nie o mnie.
7. Blog zawiera slowa uznane ogolnie za nieparlamentarne, jesli Cie to gorszy, przestan czytac teraz.
8. Blog jest otwarty dla wszystkich, ale nie ma obowiazku czytania, robisz to z wlasnej nieprzymuszonej woli i na wlasne ryzyko.
9. Wszystkie teksty i zdjecia zawarte na blogu sa wlasnoscia prywatna autorki. Kopiowanie i rozpowszechnianie bez zgody autorki podlega karze z artykulu o prawach autorskich.
10. W przypadkach watpliwosci, czytaj te instrukcje wielokrotnie, az do skutku.

Stardust

Saturday, April 30, 2011

Glupia krowa

Bylo to nascie lat temu, nareszcie nadszedl czas, zeby po latach opuscic Estee Lauder i isc na swoje. Ale tak calkiem "na swoje" to nie bardzo mialam odwage, wiec postanowilam sie zatrudnic jako kontraktor w istniejacym biznesie prowadzonym przez znana mi wczesniej Francuzke, Mathe.
Bycie kontraktorem jest wygodne, bo nie ma sie bolu glowy zwiazanego z prowadzeniem calego interesu, a jednoczesnie jest sie zupelnie niezaleznym i nie ma sie "szefa" a mnie cale zycie z szefami jakos nie bylo po drodze. Mathe znalam, a wlasciwie "znalam" to wielkie slowo, bo kiedys pracowala w konkurencyjnym zakladzie w tymze samym Bloomie's co miescilo sie Estee Lauder i ze tak powiem bardziej znalysmy sie z widzenia i slyszenia niz rzeczywiscie. Ale jak kilka lat wczesniej Mathe odeszla i otworzyla swoj wlasny zaklad to juz wtedy proponowala mi etat kontraktorski.
Nawet sie przez moment zastanawialam czy nie przyjac, ale chyba jeszcze nie bylam gotowa.
Na wszystko musi nadejsc odpowiedni czas.
I ten czas nadszedl wlasnie kilka lat pozniej, wtedy tez zadzwonilam i zapytalam czy ewnetualnie jest ciagle zainteresowana wspolpraca.
Bardzo sie ucieszyla i tym sposobem wyladowalam w malutkim, przytulnym zakladzie Mathe.
Zaklad byl maly, bo tylko Mathe, ja i jeszcze jedna kontraktorka Susan.
Tak ta sama Susan, z ktora w piatek spotkalam sie na lunchu.
Obie kobitki mikrego wzrostu, chociaz Mathe byla 2 cm wyzsza od Susan, co czyni jakies max. 127cm, jakos nie mam przekonania czy one sobie nie dodawaly te 2-3 cm, zeby ladniej wygladalo.
Tak czy inaczej, ja przy nich z moimi 167cm czulam sie jak Guliwer w krainie Liliputow.
Obie kobitki byly rozne jak dzien i noc, Mathe na pozor cicha i powolna ale upierdliwa do bolu, a Susan raptus nad raptusami. Mathe miala meza z odwieczna depresja.
Tak naprawde to ten chlop nie mial zadnej depresji tylko byl leniem nad leniami i pasozytem, ktory zyl spokojnie niepracujac na jej utrzymaniu, a ona poniewaz wyszla za niego za maz bedac juz solidne deko po czterdziestce, myslala, ze zlapala pana Boga za nogi i nanczyla go jak dziecko.
Pasozyt mial na imie William i nic nie robil poza wydzwanianiem przez caly dzien i mowil zlamanym bolescia glosem:
-- Hej (Star, albo Susan) to ja William, czy moge mowic z Mathe - glos mial przy tym zywcem konajacy.
Mathe najczesciej zajeta, wiec my obie z Susan bylysmy skazane na przekazywanie jej, ze dzwonil, a ta za kazdym razem pytala podobnym glosem:
-- A co chcial?
Bog jeden raczy wiedziec co chcial, tak daleko to nie bylysmy zainteresowane, bo i co moze chciec chlop w kwiecie wieku (byl o 5 lat mlodszy od Mathe), ktory nic nie robi i nudzi sie w domowych pieleszach.
Kiedys sie Susan wkurwila i na kolejne "co chcial" odpalila:
-- Chcial zebys mu zrobila loda, ale powiedzialam, ze jestes zajeta.
O malo nie umarlam ze smiechu jak to uslyszalam, ale dzieki tej riposcie skonczyly sie durne pytania.
Susan jest Brytyjka, z mocnym brytyjskim akcentem, Mathe z mocnym francuskim akcentem i ja z polskim, mieszanka piorunujaca. Problem z tymi akcentami polegal glownie na tym, ze Mathe jak wszyscy Francuzi nie wymawiala literki "h" co jest wrecz upierdliwe, a glownie wynika z francuskiego uporu.
Wiem cos o tym, bo juz znam Francuzow na tyle. Pracowalam juz wczesniej we francuskich zakladach i moim zdaniem Francuzi sa fajni pojedynczo, ale w grupie wiecej niz piec osob sa raczej nie do zniesienia.
Tak wiec wracajac do akcentu, Mathe nigdy nie mowila "halo" tylko "alo" nie mowila "hat" (kapelusz) tylko "at" nie mowila "who" (kto) tylko "u" i kazda rozmowe z Williamem konczyla "bizu bizu" co w wolnym tlumaczeniu oznacza "cmok cmok"
I tak w rozmowie tlefonicznej czesto slyszalysmy jak Mathe mowi:
-- Alo, alo u is it? (halo, halo, kto to jest?)
Przy takich okazjach Susan dostawala wscieklizny i zaczynala sie awantura pod tytulem jak wymawiac "h"
Ja machalam reka, bo nie lubie sie klocic zwlaszcza o byle gowno, to w sumie nie moj interes czy ktos po drugiej stronie telefonu ja rozumie.
Susan kiedys zapytala mnie jak to sie dzieje, ze ja rozumiem co Mathe mowi, jak ona nie wymawia tego "h"
-- Proste, do kazdego slowa, ktore glupio brzmi dodaje sobie sama "h" i rozumiem - wyjasnilam.
Najbardziej wkurwiajace byly jej klientki Francuzki, ktore jak odbieralysmy telefon napierdalaly po francusku i nie przestawaly nawet jak mowilysmy, ze my nie mowimy po francusku.
Tak wlasnie kiedys bylo, ze jakas zadzwonila i zaczela napierniczac jak karabin maszynowy, ja do niej spokojnie:
-- Czy mozesz mowic po angielsku?
Ta nic, dalej wali francuskim, to ja jeszcze raz:
-- Posluchaj ja nic nie rozumiem, bo JA nie mowie po francusku, wiec jak chcesz zeby ta rozmowa przyniosla jakis efekt, to prosze mow po angielsku.
Baba nic, napierdala dalej po francusku to ja znow spokojnie:
-- Chuj Ci w dupe stara pizdo - i odlozylam sluchawke.
Zadzwonila za jakis czas i powiedziala do Mathe, ze ja jej cos powiedzialam w "jakims jezyku, ktorego ona nie rozumie" i Mathe byla bardzo ciekawa co ja takiego powiedzialam, bo ze po polsku to sie domyslila. No to jej powtorzylam grzecznie dodajac:
-- Powiedz jej, ze po 30 latach zycia w Ameryce powinna sie przyzwyczaic, ze jezykiem tego kraju jest angielski.
Tak czy inaczej praca z Francuzami w pewnym okresie mojego zycia wywolywala uraz na punkcie francuskiego akcentu, te wszystkie "dze, wet, bazer i alo" powodowaly odruch wymiotny, na szczescie juz od dluzszego czasu nie mam bliskich kontaktow i wcale nie tesknie.
Mathe miala tez taki zwyczaj, ze mowila o sobie w trzeciej osobie i tak np. mowila "Mathe ona bedzie miala urlop w tym czasie" To jest wsrod Francuzow jakos nagminne, ze oni za zadne skarby swiata nie chca sie nauczyc innego jezyka poprawnie, kazdy Francuz(ka) jakiego znalam musi cos sfrancuzic w angielskim inaczej bylby chyba ciezko chory:)
Kiedys mialysmy szkolenie i Mathe, ktora zawsze potrzebowala indywidualnych szkolen, bo w grupie nigdy nie nadazyla ze zrozumieniem zaprosila instruktora do nas do zakladu na indywidualna sesje.
Instruktor, mlody facet troche sie krepowal zeby wziac od niej za taka lekcje pieniadze, wiec zgodzil sie na zaproszenie na obiad. Mathe zaprosila na ten obiad rowniez nas i oczywiscie Williama.
Obiad byl w ekstra eleganckiej, oczywiscie francuskiej restauracji, bo Francuzi tez nie jadaja w innych restauracjach:) i caly czas Mathe nadawala mowiac o sobie w trzeciej osobie.
Bywa to nie tylko upierdliwe, ale tez kompromitujace, zwlaszcza ze William jest Amerykaninem tutaj urodzonym w zwiazku z czym Max (instruktor) w pewnym momencie zapytal zwracajac sie do mnie i Susan:
-- Dziewczyny czy Was to nie wkurwia jak ona mowi o sobie w trzeciej osobie?
Pytanie padlo oficjalnie przy stole w obecnosci Mathe i Williama, wiec Susan dyplomatycznie udala, ze nie slyszy, a ja powiedzialam:
-- Wkurwiac to mnie nie wkurwia, ale jak ona zacznie o sobie mowic Mathe Her Royal Highness, to juz ja jej to z glowy wybije, narazie nie widze potrzeby zwracania na to uwagi.
W normalnych warunkach gdyby to nie bylo w restauracji to juz Mathe i Susan mialyby powod do awantury.
Bosze jak te baby uwielbialy sie klocic. Wystarczylo zeby w zakladzie nie bylo zadnej klientki przez 20 minut juz byla awantura na cztery fajerki. Zaczynalo sie za zwyczaj od tego, ze Susan zostawila gdzies jakis papierek, albo nie domknela szuflade, na co porzadnicka Mathe zaraz jej zwracala uwage, ta sie oburzala, wiec Mathe dodawala:
-- Jak Ci nie zwroce uwagi to Ty jestes taki brudas, ze zaklad bedzie wygladal jak smietnisko.
-- A Ty jestes taka czysciocha, ze jak srasz to gowno wychodzi w ziplocku - nie byla dluzna Susan.
I juz sie zaczynalo, lataly za soba z jednego do drugiego pokoju i darly morde, wyzywaly sie od brudasow, upierdliwych zabojadow i czego tylko, przy czym Susan kazda obelge konczyla:
-- Ty glupia krowo!
I z "glupia krowa" na ustach uciekala do swojego pokoju, na co rozwscieczona do bialosci Mathe leciala za nia i tam dalej pyskowala. A ja zwykle w czasie takiej awantury zamykalam drzwi do mojego pokoju i staralam sie czytac ksiazke. Ale kiedys nie wytrzymalam, wpadlam do pokoju Mathe, bo akurat tam byly i zlapalam je obie za rece, bo juz nad soba wymachiwaly i powiedzialam:
-- Jak sie nie uspokoicie to ja Wam obu wpierdole, zapewniam, ze dam rade!
-- Ty zostajesz tutaj, bo to Twoj pokoj - powiedzialam zwracajac sie do Mathe.
-- A Ty, marsz do siebie i zadna nie ma prawa wyjsc z pokoju. Jak tylko uslysze, ze znow za soba latacie to ja z Wami zrobie porzadek!!
Podzialalo, do konca dnia byl spokoj.

Wiecej opowiesci o Susan i Mathe w nastepnych notkach.

22 comments:

  1. Faktycznie internet chodzi jak burza:))) Piszesz post za postem, super.
    To faktycznie mialas przebojowa prace z tymi dziewczynami. Ale tak mysle sobie, ze pewnie zrobilas w koncu z nimi porzadek, bo na dluzsza mete to chyba trudno wspolpracowac z takimi "nadpobudliwymi osobami"'.
    Z niecierpliwoscia bede czekala na ciag dalszy.

    ReplyDelete
  2. no to czekam na ciag dalszy !
    dobrze się czyta te Twoje literki
    pozdrawiam

    ReplyDelete
  3. Przede wszystkim podziwiam Cie za cierpliwość i stalowe nerwy. Nie oszukujmy się praca w zespole gdzie wciąż ktoś na siebie mordę drze to nic przyjemnego. No cóż... tym razem nie robotna a FAJNA z Ciebie babka! A co do Francuzów... jasna cholera! z nimi jest coś nie tak! ZAWSZE gdzie miałam przyjemność być daleko oni uważali że język francuski to język międzynarodowy i dziwili się jak ktoś może ich nie rozumieć. Z jednej strony zazdroszczę ( bo porównaj sobie takiego zakompleksionego Polaka który nie za bardzo po angielsku) a tu Francuz z podniesioną głową napierdala i oburza się że nikt go nie rozumie!? W Polsce ostatnio uważa się, że nie znajomość języka angielskiego to największy wstyd. Może będę kontrowersyjna, ale nie do końca się z tym zgadzam. Oczywiste jest, że to pomaga, otwiera na świat itp. ale czy to największy wstyd?? Jestem ciekawa co o tym sądzą Francuzi. Co najdziwniejsze.. Francuzi(MŁODZI) znający ten cholerny angielski są NIEZWYKLE CIEPLI I KOCHANI!"gekon"

    ReplyDelete
  4. Kto się lubi ten się czubi? ;-)
    Ale co by nie rzec - Star, Ty masz nerwy, żeby jeszcze książki czytać obok takich wariatek częstujących się 'komplementami'.

    A propos kina z naleciałościami językowymi z własnego kraju, w języku obcym, jakie uskuteczniała ta Francuzka. Ja odpadam, jak rozmawiam z ludźmi z krajów, gdzie obowiązują języki tonalne. Temat na poemat normalnie. Zjadane 'h' się chowa, zaręczam Ci :)

    ReplyDelete
  5. Hmmm, tak jakos Sado Maaso....
    Dawno temu mialem zaklad do odbioru towaru, na magazynie tylko kobiety.Klotnie na codzien zaplanowane.Ale tak jakby tego potrzebowaly...
    Przyjechac , pake otwierac , podstawic pod Rampe i uciekac :)))

    ReplyDelete
  6. Przy gównie w ziplocku płakałam ze śmiechu :D
    Dzięki za kawałek słonka w pochmurny u mnie dzień :D

    ReplyDelete
  7. Ataner--> Pracowalysmy razem 2 lata. I szczerze to mam fantastyczne wspomnienia, bo ja sobie z nimi radzilam, a w sumie kazda z nich jest fajna, tylko inaczej:))) A ja sie chyba juz nauczylam widziec w ludziach to co w nich najlepsze, na reszte przymykam oko:))

    ReplyDelete
  8. Gekon--> Ja chyba mam stalowe nerwy:)) Jak sie nastawie na to, ze nic nie jest w stanie wyprowadzic mnie z rownowagi to faktycznie tak jest. Przy czym one sie klocily, skakaly sobie do gardla a za chwile byla pelna komitywa:)) To byl taki show, bez ktorego obie nie potrafily zyc:) A te francusko jezyczne klientki to oczywiscie znaly angielski, ale uwazaly chyba, ze skoro zaklad ma franuska nazwe i wlascicielem jest Francuzka to jezykiem obowiazkowym jest rowniez francuski. Nie wiem, ja tego nie rozumiem, ale tak bylo. Osobiscie nie wyobrazam sobie zycia w kraju, ktorego jezyka nie znam, ale ludzie tak zyja. Podobnie jest w polskiej dzielnicy, gdzie jezykiem dominujacym jest polski i jak mowisz po angielsku to mozesz spotkac sie ze zdziwieniem. Teraz juz jest co raz mniej takich przypadkow, ale 20 lat temu, jak nie znalas polskiego to nie mialac po co wchodzic do polskiego sklepu, chyba ze bylas przygotowana na pokazywanie palcem. Mysle, ze ten "wstyd" z powodu nieznajomosci angielskiego w Polsce to duza przesada, ale nieznajomosc angielskiego w Ameryce, to jednak prawdziwy wstyd, szczegolnie jak sie tu mieszka kilka lat. Mlodzi Francuzi sa bardzo podobni do tych starych, w sumie pracowalam z mlodymi Francuzami, bo w zakladach fryzjerskich i kosmetycznych pracuja mlodzi ludzie. Jakos tak sie sklada, ze oni uwazaja to kaleczenie angielskiego za narodowy obowiazek:))) I tak jak pisalam w notce, Francuzi sa fajni pojedynczo, ale jak juz sie zbierze grupa powyzej 5 osob to nadaja po francusku w obecnosci osob, ktore nie rozumieja, a to juz jest bardzo niegrzeczne. Spotkalam sie z tym wielokrotnie, nawet w kontaktach towarzyskich. Siedzisz przy jednym stole w restauracji i jest wspolna rozmowa, a nagle kilka osob zaczyna napitalac w dla nich tylko zrozumialym narzeczu:)))

    ReplyDelete
  9. Laki--> Tak to jest z jezykami i z tym czubieniem tez, bo naprawde to one sie lubily:)) Nikt sie nie obrazal po takich awanturach, po prostu wszystko wracalo do przykladnej normy wraz z dzwiekiem dzwonka telefonu, albo drzwi wejsciowych:))

    ReplyDelete
  10. Diesel--> Niestety czesto to jest jakas kobieca potrzeba:))) Najlepiej sie przyzwyczaic i traktowac rozrywkowo takie wystepy:))

    ReplyDelete
  11. Antares--> Ja nawet sie obawiam, ze ten ziplock mogl byc prawda:))) W zyciu nie widzialam tak zorganizowanej i przesadnie czystej osoby jak Mathe. Czy Ty masz pojecie, ze w koszu w lazience nigdy nie bylo ani jednego kawalka smieci. Jak klientka wychodzila z lazienki, to Mathe wchodzila wycierala deske, umywalke i oprozniala kosz. Ja sie nawet kiedys smialam, ze nie daj buk ktos moglby pomyslec, ze ta lazienke mozna uzywac:))) Ja wiem, ze zaklad kosmetyczny ma byc czysty, ale ten byl bardziej sterylny niz sale operacyjne nie jednego szpitala:))) Wszystkie przescieradla do nakrywania lozek byly nie tylko prane, ale tez prasowane!!! Nie wolno bylo do kosza na brudna bielizne wrzucic przescieradla zwinietego w klebek, ono musialo byc zlozone!!! Dopiero Melania, ktora sprzatala i robila pranie miala prawo takie przescieradlo roztrzepac przed wlozeniem do pralki. To juz graniczylo z paranoja:)))

    ReplyDelete
  12. A nie mówiłam, że nie nadążę czytać? No, nie nadążam! Ale świetnie to opisujesz, proszę o więcej takich opowieści :))

    ReplyDelete
  13. Super:D Czekam na kolejne części:)

    ReplyDelete
  14. Jestem już na bieżąco z czytaniem Twoich historii,zawsze czytam je z ogromną przyjemnością i czekam na więcej :)asia

    ReplyDelete
  15. Monikana--> Zwolnic?? Wiesz, ja moge;))

    ReplyDelete
  16. Nivejko--> Zebralo mi sie na wspomnienia, wiec troche jeszcze napisze:)

    ReplyDelete
  17. Anon Asia--> Witam serdecznie i bardzo mi milo:)

    ReplyDelete
  18. Dla Susan i Mathe:
    Emerson, Lake and Palmer - "Pictures At An Exhibition" (aranżacja dzieła Modesta Pietrowicza Musorgskiego)

    Czester

    ReplyDelete
  19. Nei tylko Francuzi mają tak z rozmawianiem miedzy sobą po francusku - w pracy mam sporo Filipińczyków i na porządku dziennym jest, że w kuchni przy lunchu gadają ze sobą w tagalog, chociaż siedzi obok osoba nie znająca ich narzecza. Poza tym uważam, że u Francuzów bardzo duże znaczenie mają zaszłości francusko-brytyjskie i stąd nie mają większej ochoty mówić po angielsku. Co nie zmienia faktu, że potrafią być w tym bardzo bezczelni :)

    ReplyDelete
  20. Koalo--> Pracowalam w duzym zakladzie fryzjerskim (francuski;)) gdzie bylo 40 pracownikow roznych nacji (ja tylko bylam jedyna Polka, ale reszta byla w ilosciach wiecej niz 2 sztuki:)) I to ze ktos sobie siedzi jedzac lunch i zapitala w swoim jezyku wcale mi nie przeszkadza. Natomiast jak idzie do restauracji razem 8 osob w celach towarzyskich i nagle 4 z tych osob przeskakuja na francuski to jest chamstwo, niestety:)) Zaszlosci? Ja tez mialam w stosunku do rosyjskiego jak przyjechalam, ale sie szybko pozbylam:))) Tzn. jezyka rosyjskiego i tak nie znam, ale mam znajomych Rosjan i nie mam problemu, a na poczatku jakos mi bylo dziwnie.

    ReplyDelete
  21. cudne:) możnaby film nakręcić!!!

    ReplyDelete

Mow do mnie jeszcze....

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...